niedziela, 21 sierpnia 2011

JAK GO SPOTKAŁAM


Zanim bohaterowie tej historii dotarli do Boga, przeszli spory kawałek drogi. Od okultyzmu, przez niewolę giełdy, po zainteresowanie zdrowiem i dietą. A na końcu czekał Chrystus.
Kiedy zaczęłam naukę w liceum, zmarł mój ukochany dziadek, z którym byłam sil-
nie związana. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Trafiłam do Odnowy w Duchu Świętym. Moje życie nabrało innych kolorów poza czernią, która zaczynała mnie spowijać. Piękne to były chwile, jednak nie trwały długo. Chodziłam do kościoła, jeździłam na rekolekcje, jednak zaczęła mi dokuczać pewnego rodzaju płytkość tych spotkań. Zauważyłam, że dużo było śpiewu, eksponowania emocji, a mało w tym wszystkim Chrystusa. I przestałam przychodzić.
Półtora roku później zasnęła moja babcia. Kolejny cios nie do zniesienia. Zaczęły mnie ogarniać myśli samobójcze. W noc poprzedzającą moje plany, nad którymi — jak teraz wiem — czuwał szatan, Jezus ukazał mi się we śnie, aby zapewnić o swojej wiecznej miłości, a także zostawił mi podarunek, który świadczył, że nie był to sen. Po obudzeniu się szukałam oczywiście Jezusa po całym mieszkaniu, ale Go nie znalazłam. Pozostało jednak uczucie zachwycenia, miłości i pokoju, zupełnie jakbym została ubrana w jakąś niewidzialną szatę. Trwało to miesiąc. Czułam w sobie taką Bożą radość, że nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi ani nawet zasmucić.

Dekadencja,
gotyk i wudu

Szatan jednak nie odpuścił i po krótkim czasie mrok od nowa zaczął spowijać moje życie. Pod koniec liceum przerabialiśmy na języku polskim epokę fin de siécle, dekadentyzm, naturalizm i poezję tamtych czasów. Były to lektury na wskroś przesiąknięte rozkładem, śmiercią i okultyzmem. W wieku nastoletniego buntu te złe ziarna padły na podatny grunt i razem z koleżankami pogrążyłyśmy się w tych czarnych klimatach. Mniej więcej w tamtym czasie doszło dodatkowe towarzystwo, ubierające się na czarno, słuchające mrocznej, także gotyckiej muzyki. Czułam się wtedy pośród nich dowartościowana. W duszy grało nam to samo. Cotygodniowe spotkania zakrapiane czerwonym winem, które przypominało krew, z dołującą muzyką i nieprzespanymi nocami. Nawet nie zauważyłam, że dałam się wciągnąć w niebezpieczną sektę. Kiedy odkryłam, że nie potrafię żyć bez słuchania ich muzyki, która prześladowała mnie (kiedy próbowałam jej nie włączać, zaczynały się dziać w moim życiu i wokół mnie dziwne rzeczy, których nie opiszę ze względów osobistych), zdałam sobie sprawę, że brnę w ślepy zaułek. Niesamowite w tym wszystkim było to, że Jezus stał zawsze obok mnie i podczas największego udręczenia jakby włączała się w moim umyśle pieśń wielbiąca Chrystusa, która przeganiała wszystko inne, co mnie w tym momencie dręczyło. Odczuwałam przy tym wielką ulgę.
Wreszcie towarzystwo zaczęło coś u mnie zauważać — podejrzewali chęć wyrwania się spod ich kontroli. Pewnego dnia w domu jednej z koleżanek znalazłam laleczki wudu. Razem z inną koleżanką zgłosiłyśmy się do egzorcysty. Nie było łatwo odbyć tej wizyty, ponieważ diabeł niesamowicie nam przeszkadzał. Rok trwało, zanim dotarłyśmy do księdza, a i w tym dniu obie zapadłyśmy na bardzo wysoką gorączkę. Jednak wzywając imienia Chrystusa, wybrałyśmy się tam półprzytomne. Po tym spotkaniu ogarnął nas wielki pokój. Wszelkie kontakty z sektą zostały definitywnie zerwane.

Mąż, czyli okultyzmu
ciąg dalszy

Minęło kilka lat. Po wielu życiowych perypetiach poznałam w końcu wybranka mojego serca. Mój przyszły mąż był wiernym czytelnikiem prasy ezoterycznej. Miał za sobą dwa kursy reiki oraz uprawnienia do uzdrawiania tą metodą. Na dodatek nosił pogańskie amulety, krzyż ankh oraz pierścień Atlantów. Wszędzie w domu poustawiał piramidki i różne symbole, rzekomo energetyczne. Kiedy go poznałam, podchodziłam wyjątkowo sceptycznie do jego zainteresowań, mając w pamięci swoje doświadczenia. Ale z czasem mąż zaczął mnie przekonywać do swoich poglądów i literatury. I tak brnęliśmy coraz głębiej w pułapkę zastawioną po raz kolejny przez siły demoniczne.
W tym czasie, jeszcze przed ślubem, wybraliśmy się na wykład profesora Sanga Lee o zdrowiu, który wygłaszał jako lekarz. Poznaliśmy tam naszą obecną przyjaciółkę Agatę. Muszę dodać, że już wcześniej interesowały nas zdrowie i kondycja fizyczna. Kiedy poznałam Bogusia, zaskoczył mnie swoim zdrowym stylem życia, spożywał tylko razowe pieczywo, hodował kiełki i uprawiał kilka rodzajów sportu. Widząc, że ja ciągle choruję, postanowił mi pomóc i zlikwidować przyczyny moich infekcji dróg oddechowych, dolegliwości układu pokarmowego oraz alergii. Szukaliśmy razem, przeczytaliśmy wiele książek na te tematy. Zasady jednej z nich zaczęliśmy stosować na co dzień i zauważyliśmy wielką poprawę. Nie spoczęliśmy jednak na laurach.
Po wykładzie Sanga Lee mąż znalazł ogłoszenie w gazecie o serii wykładów na temat zdrowego stylu życia organizowanych przez Stowarzyszenie Promocji Zdrowego Stylu Życia. Z chęcią wybraliśmy się tam i spotkaliśmy... poznaną niedawno naszą koleżankę Agatę. Okazało się, że wykłady współorganizował Kościół adwentystów. Ponieważ dalecy byliśmy od jakichkolwiek uprzedzeń rasowych czy religijnych, przyjęliśmy zaproszenie do domu Agaty i zaprzyjaźniliśmy się. Wykłady pomogły nam jeszcze bardziej podreperować zdrowie. Nauczyliśmy się, w jaki sposób prawidłowo zbilansować dietę wegetariańską. Taką dietę stosujemy ściśle od pięciu lat, a teraz staramy się, aby przynajmniej połowa każdego posiłku miała postać surową. Czujemy się świetnie, o czym świadczą nasze wyniki badań, a lekarka, z którą konsultowałam mój styl życia, propaguje go i zachęca do kontynuowania. Co najważniejsze, nie choruję, nie mam alergii i regularnie uprawiam sport, co wcześniej było nie do pomyślenia!
W tym czasie poznaliśmy wiele wspaniałych osób — do dziś przyjaźnimy się z jedną rodziną, z którą regularnie się odwiedzamy i zapraszamy na wakacje. Iwonka i Marek także pomagają organizować spotkania o zdrowiu, a swoją przyjaźnią potrafią wlać wiele światła w życie innych ludzi. Przez te wszystkie lata nigdy nie rozmawialiśmy o religii, nikt nie narzucał nam rozmów o Bogu. To my sami w końcu wystąpiliśmy z tym tematem.
Kiedy Boguś odszedł z pracy, postanowiliśmy zarabiać na życie, inwestując m.in. na giełdzie. Cieszyły nas nasze spektakularne sukcesy. Mówiliśmy sobie: mamy siebie, mamy pieniądze, jesteśmy zdrowi i nic więcej do szczęścia nie potrzebujemy. Jakże się myliliśmy! Przyszedł światowy kryzys ekonomiczny, krach na giełdach i zasadnicza część naszego majątku stopniała. Później odkryliśmy, że właśnie w ten sposób Bóg chciał nam pokazać, że mieliśmy innego bożka — pieniądze. I tak było rzeczywiście, bo dysponując dość sporym majątkiem, nie dosyć, że nic sobie nie kupiliśmy, myśląc tylko o jego pomnażaniu, to na dodatek nie pomogliśmy nikomu potrzebującemu, nawet najbliższej rodzinie. Teraz wiemy, dlaczego Jezus powiedział, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Niebios. W tej chwili niczego nam nie brakuje i choć nie mamy z górki, potrafimy dzielić się tym, co posiadamy, a Bóg nam błogosławi.

Odkrywanie i wyznanie

Kiedy coraz głębiej pogrążaliśmy się w ezoterycznej tematyce: literaturze, filmie, programach telewizyjnych i praktykach, podczas kolejnej naszej przeprowadzki (a było ich kilka) trafiliśmy na sąsiadów adwentystów. Nie znaliśmy ich wcześniej, ale okazało się, że to przyjaciele naszych przyjaciół. Kiedy po przeczytaniu kolejnej książki coś w nas pękło i nie pasowało do całej układanki, wręczyliśmy ją sąsiadowi i poprosiliśmy o opinię. Przyszedł z Biblią i spytał, czy chcemy coś usłyszeć, co niekoniecznie wyda nam się zgodne z naszym dotychczasowym światopoglądem. Zawsze interesowało nas Pismo Święte (kilka lat wcześniej kupiłam sobie jeden egzemplarz z zamiarem przeczytania, ale nadal leżał nowiutki na półce) i co Bóg ma do powiedzenia, więc tak rozpoczęły się nasze spotkania i obalanie mitów okultystyczno-pogańskich. Rok trwało, zanim uzmysłowiliśmy sobie, jakie kłamstwo otaczało nas w życiu. Przeraziło nas nasze wcześniejsze bałwochwalstwo, a po następnej przeprowadzce, kiedy zabrakło nam spotkań z sąsiadem i serdecznym przyjacielem Karolem, odkryliśmy treść biblijnego dekalogu z sobotą jako dniem świętym. Zaczęliśmy czytać regularnie Słowo Boże i modlić się o głębsze zrozumienie. Odkryliśmy wiele prawd, a także potrzebę chrztu przez zanurzenie. Im bardziej zagłębialiśmy się w lekturę Pisma Świętego, tym więcej rozbieżności docierało do nas podczas konfrontacji z wcześniej wyznawaną wiarą. Odkrywając tajemnice Słowa Bożego, czuliśmy się niemal jak pierwsi reformatorzy, którzy płacili życiem za posiadanie i czytanie Biblii. Odrzuciliśmy tradycję i dogmaty ustanowione przez ludzi, które okazały się całkowicie sprzeczne z ustaleniami Bożymi. Nie znaleźliśmy żadnego innego Kościoła, który by się opierał tylko i wyłącznie na Biblii, bez dodatkowych ludzkich interpretacji i naleciałości.
Podczas naszych przygotowań do niezwykle ważnej dla nas ceremonii chrztu przyjaciel pożyczył nam Poradnik walki duchowej. Książka ta uświadomiła nam, że w naszych szufladach leżały płyty z muzyką, której Bóg nie chciałby u nas słyszeć, na naszych półkach stały całe tomy okultystycznych książek, których nikt nie powinien u nas czytać, na naszych ścianach wisiały wizerunki będące obiektem kultu innych bogów. Kosz na śmieci został zapełniony, a ognisko dopaliło się do końca. Serca nam biły jak młoty, ale po tym wszystkim ogarnął nas pokój Boży.
W kwietniu tego roku zawarliśmy przymierze z Chrystusem przez wyznanie wiary i zanurzenie w wodzie. Staliśmy się innymi ludźmi. Bóg udzielił mi mocy do przebaczenia człowiekowi z najbliższej rodziny, z którym zerwaliśmy niegdyś wszelkie kontakty, a teraz żyjemy w zgodzie.
Na początku popełnialiśmy błędy, ponieważ kiedy odkryliśmy nieznane dotąd prawdy w Biblii, chcieliśmy je od razu wszystkim uświadomić, a to nie jest właściwa droga. Łączy nas Chrystus i Jego miłość i to na Nim powinniśmy się skupiać. Bo każdy, kto w Niego wierzy, jest Jego dzieckiem i Jego ludem. Przykład zachowania naszych przyjaciół pokazał nam, że to nasze życie powinno świadczyć o Bogu w nas, nasze życie powinno dawać innym przykład ewangelii.
Jedynie Bóg wie, w jaki sposób może ożywić tego, którego pragnie zbawić i ocalić, choć niczego nie uczyni wbrew woli człowieka. Nam objawił się tam, gdzie się akurat znajdowaliśmy. Trafił do naszych serc przez zainteresowanie zdrowiem i dietą, a także przez nasze zagłębianie się w sprawy natury duchowej i dociekanie prawdy. Przysłał do nas swoich wiernych posłańców w postaci ludzi. 
Weronika Winiarska
Znaki Czasu sierpień 2011r.

Znaki i fak 

NA LINI FRONTU


Na początku nie było żadnego buntu. Nikt nie przeciwstawiał się rządom Boga ani nikt nie wyrażał wrogości wobec Jego woli. Jednak w pewnym momencie doszło do fatalnego zdarzenia, które zapoczątkowało duchową wojnę. Na jej linii znajdujemy się my, ludzie.
Pewien senator, zawiadamiając w dzienniku „Los Angeles Times” o swojej rezygnacji, za-
kończył list takim oto szczerym wyznaniem: „Na przestrzeni lat, w których upajałem się mocnym winem władzy i wpływu, hierarchia wartości w mojej pracy zawodowej zaczęła się niebezpiecznie zmieniać. Sukces i uznanie wysuwały się zdecydowanie do przodu, podczas gdy uczciwość i poszanowanie prawa schodziły na dalszy plan. Podobnie jak wielu przede mną zacząłem przykładać nadmierną uwagę do gromadzenia funduszy, do osiągania odpowiedniego statusu politycznego i do robienia wrażenia na znajomych. Dokładne stosowanie się do obowiązującego prawa pozwoliłoby mi uniknąć w mojej wieloletniej służbie publicznej stawania się obiektem coraz to nowych kontrowersji politycznych. Dobrze życzę wszystkim moim kolegom i ogromnie ucieszyłbym się, jeśli ktoś odniósłby korzyść z tego, co powiedziałem, i gdyby powtórnie oddał się temu, by nie zbaczać z prostego kursu. Jeśli w pogoni za politycznym sukcesem i osobistymi korzyściami, czy też kierując się pragnieniem pomocy przyjaciołom, jesteś gotów niebezpiecznie zbliżyć się do granicy tego, co uważasz za dobre, to ryzykujesz, że pewnego poranka obudzisz się, by uświadomić sobie, że już dawno gdzieś na tej drodze przekroczyłeś granicę, co do której miałeś kiedyś mocne przekonanie, że jej nigdy nie przekroczysz. Właśnie w takim stanie ja dzisiaj się znajduję. Żegnajcie. Powodzenia. Dziękuję wam. Przepraszam was. Proszę, pamiętajcie o mnie w swych modlitwach”1.
Ten były senator nie jest pierwszym człowiekiem, który upojony mocnym winem władzy i wpływu przekroczył granicę między dobrem a złem. Nie jest on też ostatnim na tej drodze. W dzisiejszym świecie wielu ludzi poświęca uczciwość na ołtarzu prestiżu, władzy i wpływu. Może trudno w to uwierzyć, ale faktem jest, że pierwsze przekroczenie tej granicy miało miejsce w niebie.

Upadek z wysokości

Pismo Święte mówi o aniołach i archaniołach, o herubinach i serafinach, rządcach, zwierzchnościach i władzach. Określenia te wskazują na fakt, że Bóg ustanowił anielską strukturę. Na jej szczycie widzimy anioła najwyższej rangi. W Księdze Ezechiela znajduje się opis stworzenia tak kompletnego, że posiadło ono nawet znamię doskonałości2. Ten najwyższy anioł był nienaganny od chwili swego stworzenia. Jednak nadszedł dzień, w którym znaleziono w nim nieprawość. Jaka to konkretna nieprawość została w nim znaleziona? Postawa buntu przeciwko Bogu. „Serce twoje stało się wyniosłe z powodu twej piękności” — anioł ten dopuścił do tego, że jego doskonałość stała się przyczyną zepsucia, w które popadł. Grzech ten nie był nieodłączną częścią Bożego stworzenia, lecz później pojawił się w nim z powodu jego pychy.
Prorok Ezechiel kończy ten opis odpowiedzią Boga na grzech anioła: „Sprawiłem, że ogień wyszedł z twego wnętrza, aby cię pochłonąć, i obróciłem cię w popiół na ziemi, na oczach tych wszystkich, którzy na ciebie patrzyli”. Bóg wyrzucił go z nieba i zamierzył jego ostateczną zagładę.
Inny prorok, Izajasz, opisał to wydarzenie tak: „Jakże to spadłeś z niebios, Jaśniejący, Synu Jutrzenki? Jakże runąłeś na ziemię, ty, który podbijałeś narody? Ty, który mówiłeś w swym sercu: Wstąpię na niebiosa, powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na Górze Obrad, na krańcach północy, wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego. Jak to? Strąconyś do Szeolu na samo dno Otchłani!3. Jezus powiedział: „Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica”4.
Szatan nie był osamotniony w swym upadku. Apostoł Jan napisał, że „ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba”5, utożsamiając te gwiazdy z upadłymi aniołami, demonami związanymi z szatanem. Choć sam szatan jest stworzeniem posiadającym przeogromną moc i choć wywiera on wpływ na wiele rządów i narodów, nie jest jednak wszechobecny tak jak Bóg. Jego działanie wspomagane jest przez jedną trzecią zastępów upadłych aniołów.
Ile wynosi ta jedna trzecia? Nie wiemy. Wiemy jednak, że aniołowie ani się nie rodzą, ani nie umierają6. Dzisiaj istnieje dokładnie tyle samo aniołów, co w dniu ich stworzenia. W ich szeregach nie ma żadnego odpływu ani też napływu. Pismo Święte tak opisuje liczebność świętych aniołów: „A liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy”7. Greckie słowo myriad oznacza dziesięć tysięcy. Była to największa liczba dostępna w słowniku tego języka. Być może jest zbyt wielu aniołów, by można ich policzyć.

Lew ryczący pożera

Chrystus jest nadrzędnym celem ataków szatana. Dlaczego? Dlatego, że Bóg w swym planie zamierzył, „aby przez śmierć [Chrystusa] pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli”8. Szatan bezskutecznie starał się zniszczyć mesjańską linię genealogiczną, by Chrystus nie mógł się nawet narodzić. W czasie przyjścia na świat Zbawiciela król Herod wydal dekret, by odnaleźć dziecię i je zgładzić. Gdy ta szatańska intryga nie przyniosła pożądanego efektu, diabeł starał się zwyciężyć Chrystusa na pustyni. Potem chciał Go wielokrotnie ukamienować rękami faryzeuszy, a w końcu Go ukrzyżował rękami rzymskich żołnierzy. Być może właśnie na Golgocie diabeł pomyślał, że wreszcie pokonał Chrystusa. Jednak Chrystus ogłosił swe zwycięstwo nad siłami piekieł9 i w pełnej chwale powstał z martwych oraz wstąpił do nieba.
Szatan przeciwstawia się wszystkiemu, co czyni Chrystus. Chrystus objawił prawdę10, lecz szatan ją ukrywa. Jezus powiedział o szatanie, że ten „w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa”11.
Chrystus daje życie, natomiast szatan je zabiera. Człowiek, który ufa Chrystusowi jako swemu Zbawicielowi i Panu, „ze śmierci przeszedł do życia”12. Szatan jednak „od początku był zabójcą”13 i „dzierżył władzę nad śmiercią”14.
Za sprawą Chrystusa w naszym życiu dojrzewa duchowy owoc: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie15. Szatan natomiast lubuje się w owocu ciała — „w nierządzie, w nieczystości, w wyuzdaniu, w uprawianiu bałwochwalstwa, czarach, nienawiści, w sporze, w zawiści, wzburzeniu, niewłaściwej pogoni za zaszczytami, niezgodzie, rozłamach, zazdrości, pijaństwie, hulankach i im podobnych”16.
Chrystus zgadza się na próby w naszym życiu, by wspomóc nasz wzrost duchowy17, a szatan nęci pokusami, chcąc nas zniszczyć18. Chrystus uwalnia wierzących19, a szatan zniewala zgubionych20. Chrystus broni wierzących21, a szatan ich oskarża22.
Szatan atakuje Chrystusa jeszcze w inny sposób — atakując Jego uczniów. Choć każdy człowiek jest celem diabolicznych ataków, to wierzący wydaje się być celem specjalnym. Przecież sam Chrystus oznajmił: „Kto was dotyka, dotyka źrenicy mojego oka”23. W Księdze Apokalipsy donośny głos w niebie obwieszczał: „Oskarżyciel braci naszych został strącony, ten, co dniem i nocą oskarża ich przed Bogiem”24. Jezus mówił Piotrowi o swych uczniach, że „oto szatan wyprosił sobie, żeby was przesiać jak pszenicę”25. A później sam Piotr tłumaczył chrześcijanom, że „przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć”26.
Jesteśmy uczestnikami tej walki. To konflikt o wszechświatowej skali, w którym Bóg i Jego prawda ściera się z szatanem i jego kłamstwami. Jest to konflikt woli pomiędzy Bogiem a szatanem. Jest to kosmiczna bitwa angażująca Boga i Jego najwyższe stworzenie, która swym zasięgiem dociera do każdej ludzkiej istoty. Linia frontu przebiega bardzo wyraźnie.        
Oprac. K.S.

[Opracowano na podstawie: John MacArthur, Niewidzialny przeciwnik, Wydawnictwo „Pojednanie”].

1 „Los Angeles Times”, 20 listopada 1991. 2 Ez 28,12-18. 3 Iz 14,12-15. 4 Łk 10,18. 5 Ap 12,4.9. 6 Mt 20,30. 7 Ap 5,11. 8 Hbr 2,14-15. 9 1 P 3,18-20. 10 J 1,17. 11 J 8,44. 12 J 5,24.
13
 J 8,44. 14 Hbr 2,14. 15 Ga 5,22-23. 16 Ga 5,19-21. 17 Jk 1,3. 18 1 P 5,8. 19 J 8,31-32.
20
 2 Tm 2,26. 21 1 J 2,1. 22 Ap 12,10. 23 Za 2,12. 24 Ap 12,10. 25 Łk 22,31. 26 1 P 5,8.

MASKARADA


W niemal wszystkich współczesnych książkach i filmach aniołowie to postaci nieszkodliwe, cukierkowe i świetliste.
Tak jakby wszystkie niewidzialne istoty pragnęły tylko i wyłącznie ludzkiego szczęścia.
Ale to niebezpieczne uproszczenia.   Aniołowie Boży są posłani, aby nam służyć, ale to nie my kieruje-
my nimi, lecz Bóg. Nie przychodzą do ludzi z własnej inicjatywy, dlatego nigdy nie mogą być wezwani przez człowieka. My mamy modlić się do Boga, a On w odpowiedzi może nam posłać aniołów.
Święci aniołowie nigdy nie przyjmą chwały od ludzi. Pismo Święte przestrzega przed duchowymi istotami, które są obiektem kultu1. Manoach chciał oddać cześć aniołowi, który go odwiedził, a wówczas anioł rzekł: „Jeśli chcesz przygotować całopalenie, złóż je Bogu”2. Apostoł Jan był pod takim wrażeniem wizji, jakie przedstawił mu anioł, że dwukrotnie upadł przed nim na kolana. W obu przypadkach anioł zareagował tak samo: „Nie rób tego! Jestem tylko jednym z twoich braci. Jestem sługą Boga, tak samo jak ty. Tylko Bóg zasługuje na to, by oddawać Mu cześć”3.
Święci aniołowie są bardzo skromni. Nie mówią o sobie, nie wywyższają siebie, ani nie plotą głupstw w rodzaju, że posiadają „wszelaką wiedzę”. Wzdrygają się przed wszystkim, co mogłoby mieć związek z dumą, ponieważ to właśnie pycha doprowadziła do upadku jednego z najwspanialszych aniołów — Lucyfera4.
Warto podkreślić, że Boży aniołowie nie są duchami umarłych, które weszły na wyższy poziom egzystencji. Aniołowie istnieli, zanim pojawili się ludzie, zanim jeszcze ktokolwiek z ludzi umarł. Istoty, które przybierają postać zmarłych, są aniołami, ale tymi upadłymi. Biblia mówi, że umarli nie mogą powrócić do żywych ani komunikować się z nimi5. Ludzie, którzy sądzą, że komunikują się ze zmarłymi, w rzeczywistości kontaktują się z demonami, dlatego Bóg tak stanowczo zakazuje wywoływania duchów i wszelkich kontaktów z zaświatami6.

Specjaliści
od zwiedzenia

W Biblii czytamy, że szatan może przybierać każdą postać, nawet anioła światłości7. Demony są specjalistami od zwiedzenia. Pan Jezus nazwał ich przywódcę „ojcem kłamstwa”8. Aniołowie zła są upadłymi buntownikami, którzy na ziemi znaleźli przystań po porażce w kosmicznej rewolcie, jaką wzniecił Lucyfer9. Pismo Święte opisuje, w jaki sposób szatan przyniósł grzech i śmierć na doskonały świat, który stworzył Bóg10.
W dzisiejszych czasach próbuje się szatana zrehabilitować. Sugeruje się, że zło jest jedynie niezbędnym balansem dla dobra, bez którego nie byłoby dobra. Szatan jest więc jedynie przeciwstawną mocą do tej, która pochodzi od Boga. Ale wszystko to jest częścią dobrze zorganizowanej kampanii, która w oczach ludzi ma ukazać szatana jako anioła światłości. Tymczasem on i jego demoniczne zastępy wciąż wzniecają nienawiść, konflikty, wojny, egoizm. Wciąż pragną czci od ludzi, dlatego nie możemy ślepo wierzyć, że każda duchowa istota, która nam się pokaże, pochodzi od Boga, nawet jeśli wygląda cudownie i mówi pięknie.
Apostoł Paweł przestrzegł: „Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy — niech będzie przeklęty!”11. Natomiast apostoł Jan zachęca nas do sprawdzania zjawisk nadprzyrodzonych, gdyż „jest wiele fałszywych duchów w tym świecie”12.

Kłamstwa
pięknie opakowane

Czary nie muszą polegać na tańcu czarownic wkoło ogniska ani na seansach w ciemności, którym towarzyszy pukanie w ściany. Czary mogą występować przybrane w świetlistą otoczkę.
Richard Bach napisał bestseller pt. Jonathan Livingston Seagull. Jest to piękna historia o cudownej mewie. Książka ta pełna jest filozofii New Age. I nic dziwnego. Jej autor przyznał, że została napisana z inspiracji ducha. Podobną inspirację miały także popularne książki autorstwa Napoleona Hilla. Pozycje te bazują na ludzkim pragnieniu mocy, wiedzy, sukcesu. „Wyzwól swoją moc”, „Odkryj swoją boskość” — to jedne z wielu sloganów, które ilustrują niebezpieczny skrót do zwiększenia swego poczucia wartości.
Nie sposób pominąć fenomenu tzw. śmierci klinicznej. Polega on na tym, że ludzie podczas jakiegoś traumatycznego przeżycia lub choroby na pewien czas tracą świadomość i po wyjściu z tego stanu opowiadają, że zostali zawróceni spod bramy nieba, aby zaświadczyć przed żywymi, co ich czeka po śmierci. W Ameryce Północnej żyje około siedmiu milionów ludzi, którzy coś takiego przeżyli. Historie o takich wizjach poza ciałem są tak stare jak Biblia (apostoł Paweł opisuje jedno z nich13) i tak współczesne jak książki z listy bestsellerów.
Od niedawna przeżycia z pogranicza śmierci stały się wielkim biznesem. Początkowo ze względu na egzotykę, a teraz — ponieważ stały się źródłem duchowej „prawdy”. Przeżycie śmierci klinicznej uprawnia człowieka do występowania w roli eksperta od spraw Bożych, życia i śmierci.
Betty Eadie jest mormonką i byłą hipnoterapeutką. Pewnego dnia, gdy leżała w szpitalu, opuścił ją duch, a jej ciało pozostało w łóżku. Szczegóły tego, co stało się potem, opisała na setkach stron w książce Embraced by the Light (W objęciach światła). Pozycja ta przez ponad rok była na topie listy bestsellerów magazynu „New York Times”. Eadie pisze w niej o swoim niebiańskim tournee, w czasie którego doznała wielu cudownych przeżyć. Książka traktuje też o miłości i potrzebie służenia innym. Bez miłości, pisze autorka, jesteśmy niczym. Te cukierkowe frazesy okraszone są pokaźną dawką nauk New Age i konceptów mormońskich.
Podczas swego rzekomego pobytu w niebie Eadie spotkała niesłychanie inteligentną istotę, od której emanowała bezinteresowna miłość. Uwierzyła, że był to Jezus Chrystus. W czuły sposób powiedział: „Twoja śmierć była przedwczesna. Twój czas jeszcze nie nadszedł”. Potem wydano na jej cześć przyjęcie, w którym wzięli udział aniołowie w cieniutkich, pastelowych szatach, które miała otrzymać, gdy powróci we właściwym czasie.
Opowieść ta nasuwa wątpliwości wynikające nie tylko z porównania jej treści z Biblią, ale z samego zdrowego rozsądku. Czy mamy wierzyć, że ludzie przez pomyłkę dostają się do nieba? Czyżby Bóg albo Jego personel potrzebował lepszego oprogramowania albo komputera nowszej generacji? A może ktoś tam w niebie obija się w pracy? Skoro zaś Betty dostała się tam przedwcześnie, to po co te honory i przyjęcia?
A może cała ta wizja to tylko sprytne zwiedzenie? Nauki Betty Eadie plasują ją w gronie wspomnianych w Biblii „bajarzy”, którzy swoimi cukierkowymi historiami usypiają czujność ludzi potrzebujących nawrócenia. Tacy mówili prorokom Bożym: „Nie prorokujcie nam nagiej prawdy! Mówcie nam pochlebstwa, prorokujcie złudzenia! Ustąpcie z drogi, zboczcie ze ścieżki, oddalcie sprzed nas Świętego Izraela!”14. W ich słowach nie ma zachęty do samozaparcia, nie ma mowy o krzyżu, grzechu, zbawieniu, jedynie o rozwoju samego siebie i o miłowaniu wszystkiego, nawet nieprawdy. No cóż... łatwiej jest uwierzyć łechcącemu ucho kłamstwu, niż być napomnianym przez świętego Boga.

Różne twarze fałszu

W Piśmie Świętym znajdziemy zapowiedź, że „w czasach ostatnich niektórzy odpadną od wiary, skłaniając się ku duchom zwodniczym
i ku naukom demonów”15. Fałsz przybiera różne formy. Nawet chrześcijanie dają się pod tym względem zwieść. Najbardziej szokuje to, że niektórzy posługują się mocą szatana, a są święcie przekonani, że służą Chrystusowi. Ewangelie przestrzegają, że wielu czynić będzie cuda, nawet egzorcyzmy w imieniu Jezusa, ale nie Jego mocą. Nieświadomi będą używani przez przeciwnika Bożego16.
Pismo Święte zapowiada eksplozję fałszywych cudów przed końcem świata. „Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych”17. Księga Apokalipsy mówi, że przed końcem świata duchy diabelskie czynić będą cuda, którymi zwiodą cały świat18. W jednym z listów apostoła Pawła znajdziemy proroctwo: „Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie Szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, działanie z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia”19.
Szatan już teraz infiltruje mass media swoją filozofią, która doprowadzi do przerażającego apogeum. Wiele wskazuje na to, że opracował w szczegółach końcowe zwiedzenie, a jego posunięcia są tak subtelne, że nie budzą większych podejrzeń nawet w chrześcijańskich Kościołach.
Wielu inteligentnych ludzi, którzy nie wierzą w zjawiska nadprzyrodzone, wierzy w istnienie pozaziemskich cywilizacji. Przyczyniają się do tego takie filmy jak Gwiezdne wojny, Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Star Trek. Czy w celu zwiedzenia ludzi szatan mógłby wymyślić coś lepszego niż to, aby ludzie uwierzyli, że ratunek od wojen, przemocy i głodu nadejdzie z kosmosu? Przybysze z odległych gwiazd mają przynieść ludzkości wiedzę, jak żyć w pokoju i harmonii.

Iluzja ostateczna

Wszystkie większe religie mają proroctwa zorientowane na przyjście jakiegoś mesjasza czy wybawiciela. Zgadnij, kto ma zamiar wystąpić w tej roli? Szatan szykuje wielką maskaradę, w której planuje wystąpić w roli zbawiciela świata. Jaki jest jego plan? Na czym będzie polegał ten wielki finał?
Pewnego dnia wszystkie spirytystyczne media, deseczki do wywoływania duchów, zjawy przybierające postać Madonny ogłoszą zgodnym chórem, że Jezus przychodzi w chwale nieba.
Nie za często chodzę do kina, rzadko wypożyczam wideokasety, ale dobrze pamiętam kulminacyjną scenę Bliskich spotkań trzeciego stopnia. Pod koniec filmu jest bardzo wzruszająca scena kontaktu człowieka z przyjaznym kosmitą. Wiedziałem, że oglądam jakby generalną próbę tego zwiedzenia, jakie zapowiada Biblia, a jednak byłem wzruszony do łez. Scena ta ukazuje życzliwe stworzenie z zaświatów, które obejmuje człowieka, zapowiadając nową erę pokoju i miłości. Jeśli film może mieć tak potężny efekt, cóż dopiero gdy nadejdzie rzeczywistość? Lucyfer przybierze świetlistą szatę i zstąpi z nieba w otoczeniu anielskich chórów, ogłaszając ziemi pokój. Nastanie chwilowy pokój między narodami. Nastąpią uzdrowienia, cuda, znaki. „Mesjasz” przypomni stare i objawi nowe „prawdy”. Hydraulicy i politycy, matki i przestępcy, wszyscy zmęczeni zmaganiem się poczują płynące od niego ciepło, pragnąc wierzyć w każde jego słowo. Kto wtedy będzie myślał o tym, co mówi jakaś stara Księga...?
Dopomóż nam wtedy Boże! Straszliwe zwiedzenie przyjdzie na świat. Jedyną drogą, aby go uniknąć, jest nie ufać niczemu poza Słowem Bożym. Jeśli położymy ufność w Słowie, które dał nam Bóg, będziemy bezpieczni. Jeśli nie, wielu z nas przekona się, że niezdrowa ciekawość zabija.       
Oprac. K.S.

[Opracowano na podstawie: E. Lonnie Melashenko, Thimothy E. Crosby, W obecności aniołów, Wydawnictwo „Betezda”, www.betezda.pl].

1 Kol 2,18. 2 Sdz 13,16. 3 Ap 19,10; 22,8-9.
4
 Iz 14,12-20. 5 Koh 9,5-6; Hi 7,9-10. 6 Pwt 18,9-12; Iz 8,19-20. 7 2 Kor 11,14. 8 J 8,44. 9 Ap 12,7-9. 10 Rdz 3. 11 Ga 1,8. 12 1 J 4,1.
13
 2 Kor 12. 14 Iz 30,10-11. 15 1 Tm 4,1.
16
 Mt 7,15,23. 17 Mt 24,24. 18 Ap 16,14. 19 2 Tes 2,9-10.

W Piśmie Świętym znajdziemy zapowiedź,
że „w czasach ostatnich niektórzy odpadną od wiary, skłaniając się ku duchom zwodniczym
i ku naukom demonów”
15. Fałsz przybiera różne formy. Nawet chrześcijanie dają się pod tym względem zwieść. Najbardziej szokuje to, że niektórzy posługują się mocą szatana, a są święcie przekonani, że służą Chrystusowi. Ewangelie przestrzegają, że wielu czynić będzie cuda, nawet egzorcyzmy w imieniu Jezusa,
ale nie Jego mocą. Nieświadomi będą używani przez przeciwnika Bożego.

KOMU POTRZEBNE SA ZWIĄZKI PARTNERSKIE ?


Jak bumerang wróciła przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi kwestia legalizacji związków partnerskich. Komu i dlaczego na legalizacji tych związków najbardziej zależy?
W dniu 17 maja SLD złożył w sejmie projekt ustawy o umowie związku part-
nerskiego. Według projektu umowa taka zawierana byłaby między dwiema osobami fi­zycznymi pozostającymi faktycznie we wspólnym pożyciu, które określiłyby w niej swoje wzajemne zobowiązania majątkowe lub osobiste w celu organizacji wspólnego życia. Umowa wymagałaby formy pisemnej z podpisami notarialnie poświadczonymi, a następnie zgłoszenia faktu jej zawarcia kierownikowi urzędu stanu cywilnego. Choć zawarcie umowy nie powodowałoby zmiany stanu cywilnego, to jej strony mogłyby przyjąć wspólne nazwisko. Umowa ulegałaby rozwiązaniu z chwilą złożenia wspólnego pisemnego oświadczenia o jej rozwiązaniu, zawarcia przez jedną ze stron związku małżeńskiego lub sześć miesięcy po jej pisemnym wypowiedzeniu przez jedną ze stron. Projektowana ustawa odnosi się też do spraw majątkowych, stwierdzając, że o ile strony nie postanowią inaczej, to przedmioty użytku domowego nabywane przez jedną ze stron w trakcie obowiązywania umowy stają się przedmiotem współwłasności stron w częściach równych; podobnie miałoby być z udziałami we współwłasności rzeczy i praw majątkowych nabywanych wspólnie. Strony odpowiadałyby też solidarnie, o ile nie postanowiłyby inaczej, za zobowiązania zaciągane w celu zaspokajania bieżących potrzeb życia codziennego.
Projekt proponuje szereg zmian w przepisach obowiązujących zrównujących pozycję partnera z pozycją osoby bliskiej. I tak ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych przewidywałaby prawo partnera żyjącego do pochowania partnera zmarłego. W znowelizowanej procedurze administracyjnej, cywilnej, karnej i skarbowej partner zyskałby prawo odmowy zeznań w charakterze świadka w sprawach dotyczących drugiego partnera. Kodeks cywilny miałby przewidywać wstępowanie partnera w stosunek najmu lokalu mieszkalnego w razie śmierci drugiego partnera będącego najemcą tego lokalu. Przepisy spadkowe zrównywałyby pozycję żyjącego partnera z żyjącym małżonkiem osoby zmarłej. Dotyczyłoby to również zwolnienia od podatku z tytułu spadku czy darowizny. Partnerzy mogliby się także łącznie rozliczać z podatku dochodowego od osób fizycznych. Zyskaliby też prawo do występowania z powództwem o ochronę autorskich praw osobistych zmarłego partnera. Mogliby dokonywać wypłat środków z rachunków bankowych partnera po jego śmierci. W przepisach o emeryturach i rentach prawo do renty rodzinnej zyskałyby dzieci drugiego partnera związanego umową związku partnerskiego i sam partner związany ze zmarłym w dniu jego śmierci umową związku partnerskiego. Żyjącego partnera osoby zmarłej traktowano by w tych przepisach jak wdowę lub wdowca. W ustawach o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa oraz o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych partnerzy mieliby być traktowani jak członkowie rodziny. Podobnie w ustawie o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów oraz w ustawie o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta.
Zwolennicy projektu przekonują, że ustawa taka jest potrzebna, bo w Polsce 20 proc. związków ma charakter nieformalny (z tendencją wzrastającą), a brak tego typu przepisów powoduje brak poczucia bezpieczeństwa partnerów i ich dzieci. Zdaniem twórców projektu to kwestia praw człowieka. Nie chodzi też o nadawanie przywilejów, ale o trzymanie się standardów, które są faktem w 16 krajach Unii Europejskiej, a zwłaszcza o zrównanie partnerów w przysługujących im prawach z małżeństwami. Podkreśla się również i to, że choć umowy takie będą mogły zawierać również pary jednopłciowe, to projekt nie dotyka w ogóle kwestii adopcji dzieci.
A tego właśnie głównie się obawiają przeciwnicy legalizacji związków nieformalnych. Twierdzą, że jej uchwalenie to wprowadzenie tylnymi drzwiami legalizacji tzw. małżeństw homoseksualnych, po których prędzej czy później, też w imię praw człowieka, pojawią się żądania umożliwienia parom homoseksualnym adopcji dzieci.
Przeciwnicy uważają, że legalizowanie związków nieformalnych osłabi społeczną rolę instytucji małżeństwa. Jeśli bowiem dąży się do tego, by docelowo stworzyć alternatywną instytucję prawną, w której prawa i obowiązki partnerów byłyby podobne (jeśli wręcz nie tożsame z prawami i obowiązkami stron związku małżeńskiego), to zachodzi pytanie, po co tworzyć kopię oryginału. Jeżeli heteroseksualna para żyjąca z wyboru w związku nieformalnym, a nie w małżeństwie, zechciałaby na pewnym etapie wspólnego życia zalegalizować swój związek, by zapewnić sobie i dzieciom większe poczucie bezpieczeństwa, to może dziś to zrobić w formie małżeństwa. Komu nie pasuje kościelna formuła małżeństwa, może wybrać cywilną. Warto przypomnieć, że to właśnie małżeństwa cywilne, historycznie rzecz biorąc, pojawiły się jako świecka alternatywa dla kościelnego związku małżeńskiego. Tworzenie kolejnej instytucji o tych samych zadaniach co pierwsza z istoty rzeczy osłabia tę pierwszą. Jeśli którakolwiek ze stron związku nieformalnego nie będzie zainteresowana przyjmowaniem na siebie obowiązków quasi-małżeńskich, to w żaden sposób nie będzie formalizowała swojego związku ani w postaci małżeństwa, ani związku partnerskiego. Wydaje się więc, że najbardziej zainteresowane projektowaną ustawą są środowiska homoseksualne, uparcie dążące do „unormalnienia się” w oczach społeczeństwa.
Heteroseksualni zwolennicy legalizacji związków partnerskich powinni się zastanowić, czy nie są w całej tej sprawie traktowani przedmiotowo przez środowiska polityczne i homoseksualne podnoszące tę kwestię zawsze przed wyborami. Związków partnerskich przybywa. Komu uda się wmówić ludziom żyjącym w takich związkach, że są obywatelami drugiej kategorii, ten zyska elektorat, który zapewni mu kolejną kadencję na niezłej poselskiej posadzie. Głosujcie na nas — zdają się wykrzykiwać polityczni rzecznicy legalizacji — a my to dla was załatwimy! Realia powyborcze sprawiają jednak, że z tego hasła pozostają już tylko słowa „my was załatwimy”, na szaro oczywiście. Z kolei duchem sprawczym skłaniającym polityków do pochylania się z troską nad tym „prześladowanym” elektoratem są środowiska homoseksualne. Dla nich heteroseksualiści żyjący „po partnersku” są jedynie listkiem figowym przykrywającym właściwy cel tej legalizacji. Jest nim zrównanie w świadomości potocznej tradycyjnego małżeństwa (jako związku kobiety i mężczyzny) ze związkami homoseksualnymi
Autor:. 
Olgierd Danielewicz ; Znaki Czasu sierpień  2011r.

NIE WSZYSTKO ZŁOTO CO SIĘ ŚWIECI


Wydaje się, że to prawda stara jak świat, a jednak stale dajemy się komuś na coś się nabrać. Kupiłem od domokrążcy miód. Miał być najprawdziwszy
, leśny, najzdrowszy. Mienił się w słoiku złotą barwą. Wyglądał jak prawdziwy. Nawet domokrążca wyglądał na chłopa ze wsi, którego pilna potrzeba zmusiła do osobistego sprzedawania własnych produktów miastowym. Dopiero teść, posmakowawszy tego cuda, wyprowadził mnie z błędu. Za cenę prawdziwego kupiłem miód sztuczny.
Dajemy się nabrać w sprawach małych i dużych. Oszukują nas reklamy i opakowania. Im większe, bardziej kolorowe, z szokująco atrakcyjną ceną, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś chce nas wykorzystać. Oszukują nas operatorzy telefonii komórkowej, pozwalając, by przychodziły do nas SMS-y od innych oszustów o treściach: Wygrałeś! Wylosowałeś nagrodę! Musisz tylko wpłacić..., wysłać SMS-a pod numer..., zadzwonić... Zrób to, a przekonasz się, ile naprawdę będzie cię kosztowała twoja „wygrana”.
Weszliśmy w okres kampanii wyborczej do parlamentu. Politycy zamieniają się wtedy w... producentów kiełbas, wyborczych oczywiście. Ale to taka sama kiełbasa jak ta „wyborowa” z supermarketu, w której jest więcej wody i dodatków niż mięsa.
Typową kiełbasą wyborczą wydaje się być majowy projekt ustawy o umowie związku partnerskiego. Niby chodzi w nim o wyjście naprzeciw coraz większej liczbie par, głównie heteroseksualnych, żyjących w związkach nieformalnych, które to pary rzekomo pozbawione są należnych im praw. Ale biorąc pod uwagę powyborcze losy poprzednich podobnych inicjatyw przedwyborczych, i ta obliczona jest tylko na zdobycie głosów, a nie na doprowadzenie do realnych zmian. Poza tym większość kiełbas wyborczych zielenieje zaraz po wyborach, ta zaś od początku ma nienaturalny kolor, i to nie jeden — mieni się wszystkimi barwami tęczy. A kolory te zdradzają, komu najbardziej na tej legalizacji zależy.
Tu muszę dorzucić swoje trzy grosze do artykułu Komu potrzebne są związki partnerskie? Nie negując potrzeby wprowadzenia pewnych zmian w prawie, które ułatwiłyby nieco życie osobom w związkach nieformalnych, trzeba jednak zwrócić uwagę na istotne cele, dla których ludzie łączą się w pary. Te cele to wzajemna pomoc i opieka nad sobą teraz i w starości, ale także zrodzenie i wychowanie potomstwa. Ono przejmie nad nami opiekę, gdy już będziemy bezradni. Instytucją, która od wieków stwarza ramy prawne i zapewnia bezpieczeństwo parom, które chcą realizować te cele, jest małżeństwo — związek mężczyzny i kobiety nakładający na nich zarówno określone prawa, jak i obowiązki. Obowiązki muszą być, bo małżonkowie odpowiadają za siebie i swoje dzieci.
Społeczeństwo to suma rodzin. Płodzenie potomstwa to nie tylko nasz przywilej, ale i obowiązek — wymóg międzypokoleniowej solidarności. Każde społeczeństwo, kierując się swoim dobrze pojętym interesem, musi dbać o to, by ludzie chcieli i mieli warunki łączyć się w pary, rodzić i wychowywać dzieci. Bez przyrostu demograficznego jako naród wymrzemy, a wcześniej pójdziemy na żebry. Dlatego państwo powinno popierać związki, które mogą rodzić dzieci. Powinno popierać rodziny, tworzyć im odpowiednie warunki ekonomiczne i prawne zapewniające w miarę bezpieczny byt.
Tworzenie instytucji quasi-małżeńskich, takich prawie małżeństw, których celem miałoby być tylko przyznanie ludziom żyjącym w związkach nieformalnych praw, jakie mają małżonkowie, ale bez nałożenia na nich obowiązków względem siebie nawzajem i ich potomstwa — jest wbrew interesowi społeczeństwa, naszego narodu i państwa. Tworzenie zaś instytucji, która w prawach i obowiązkach dublowałaby małżeństwo, jest nielogiczne, chyba że chodzi o ominięcie póki co powszechnie występującego kryterium małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety.
A wracając do oszustw, to grożą nam one nie tylko w sprawach materialnych, ale i niematerialnych, a wręcz duchowych. Autor Maskarady pisze m.in. o przebieraniu się starej magii w nowe szaty filozofii New Age, zwodniczych interpretacjach różnych dziwnych zjawisk (np. tzw. śmierci klinicznej czy opuszczania własnego ciała) czy o spotkaniach z aniołami, którzy wcale nimi nie byli.
Nie każdy cud pochodzi od Boga. Biblia ostrzega przed czyniącymi cuda duchami demonów1. Nie każdy duchowny jest — jakby to miało wynikać z samej nazwy — osobą oddająca się tylko sprawom ducha. I tu Biblia ostrzega, że skoro szatan może przybrać postać anioła światłości, to jego słudzy mogą się wydawać sługami sprawiedliwości2. O takich ludziach mówił Chrystus: „Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, że podobni jesteście do grobów pobielanych, które na zewnątrz wydają się piękne, ale wewnątrz są pełne trupich kości i wszelakiej nieczystości. Tak i wy wewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, wewnątrz zaś jesteście pełni obłudy i bezprawia”3. Ale zostawmy duchownych, bo obłuda to problem szerszy. Nie każdy człowiek, który wydaje się pobożny, taki faktycznie jest. W listach apostoła Pawła czytamy o ludziach, którzy w czasach ostatecznych będą przybierać pozór pobożności, podczas gdy ich życie będzie temu przeczyć4. Nie każdy, kogo usta będą pełne Chrystusa odmienianego przez wszystkie przypadki, wejdzie do Królestwa Niebios. Wejdą tylko ci, którzy faktycznie pełnią wolę Bożą5.
Jak nie dać się takim ludziom oszukać? Biblia mówi: „po owocach poznacie ich”6. A te owoce to m.in. łagodność, ustępliwość i pokojowe usposobienie7. Biblia mówi, że o szczerości czyichś intencji świadczą nie tyle słowa, co czyny8. Jeśli uznać, że osoba oszukana to ta, która błędnie oceniła sytuację lub innych ludzi, to sam Jezus radził, jak nie popełniać takich błędów. Mówił: „Błądzicie, nie znając Pism ani mocy Bożej”9. Czyli znajomość Pisma Świętego — będącego m.in. zbiorem natchnionych rad, ostrzeżeń i przykładów płynących z życia innych ludzi na przestrzeni setek, jeśli nie tysięcy lat — może nas ustrzec od podejmowania dziś błędnych decyzji. A jeśli już je podejmiemy, pomóc w wykryciu błędów i wskazać drogę wyjścia z trudnego położenia10. Bo jak mawia stare przysłowie, nie wszystko złoto, co się świeci.

1 Zob. Ap 16,13-14. 2 Zob. 2 Kor 11,14-15. 3 Mt 23,27-28. 4 Zob. 2 Tm 3,5. 5 Mt 7,21-23. 6 Mt 7,20. 7 Zob. Jk 3,13-18. 8 Zob. 1 J 3,18. 9 Mt 22,29. 10 Zob. 2 Tm 3,16.
Autor: Andrzej Śiciński  Znaki Czasu sierpień 2011r.

Ludzie listy piszą...

niedziela, 12 czerwca 2011

ZAKAZ LECZENIA ZIOŁAMI ?


Wszyscy mamy świadomość, że preparaty ziołowe są często kluczowym składnikiem suplementów diety oraz żywności funkcjonalnej, wspomagają proces leczenia i rekonwalescencji. Jednak nie wszyscy wiedzą, że preparaty i zioła, które od lat stosują, zostały właśnie zdelegalizowane. Wkrótce znikną z europejskiego rynku.
Martin Luter King powiedział: „Nasze ży­cie zaczyna się chylić
ku upadkowi, gdy zaczynamy milczeć w sprawach, które się dla nas liczą”. Zdrowie, tak duchowe, jak i fizyczne, niewątpliwie do owych spraw należy; co więcej, jedno przenika drugie, bo przecież w zdrowym ciele — zdrowy duch. Dlatego trudno pozostać obojętnym w obliczu tzw. dyrektywy ziołowej Codexu Alimentarius. Nikt bowiem nie powinien siłą narzucać drugiemu człowiekowi ani wiary, ani metod leczenia. Choćby w jedno i drugie wpisane były błędy. Bo wolność wyboru i sumienia to nasze największe zdobycze.

Niechlubna
dyrektywa THMPD

„Spróbuj sobie wyobrazić zwrócony twarzą w stronę swoich dzieci i wnuków, kiedy zapytają, dlaczego nic nie zrobiłeś. Jak im powiesz, że tak naprawdę nie byłeś zainteresowany ich dobrostanem i zdrowiem? Jak im powiesz, że istotniejsze było obejrzeć najnowszy reality show w telewizji i że nie miałeś ani trochę czasu, aby napisać prosty list? Nasze prawa do ochrony naszego zdrowia i zdrowia naszych dzieci wiszą na włosku. Naprawdę nie ma czasu do stracenia” — napisała Heidi Stevenson z organizacji Gaia Health w obronie leków ziołowych, które znikną niebawem ze sklepów w całej Unii Europejskiej. W ubiegłym miesiącu weszła bowiem w życie kolejna dyrektywa Komisji Kodeksu Żywnościowego — w sprawie tradycyjnych ziołowych produktów leczniczych 2004/24/EC (tzw. dyrektywa THMPD — the Traditional Herbal Medicinal Products Directive). Uderza ona przede wszystkim w produkty ziołowe typowe dla pozaeuropejskich systemów naturalnego leczenia.
To druga taka regulacja po obowiązującej od ubiegłego roku dyrektywie witaminowej. W obu chodzi o to samo. W rezultacie ostatnich aktów prawa unijnego oraz krajowych przepisów następuje stopniowe przenoszenie ziół, witamin i minerałów do kategorii produktów leczniczych podlegających prawu farmaceutycznemu. Wiele produktów, obecnie sklasyfikowanych i sprzedawanych jako suplementy diety, trzeba będzie zarejestrować, aby móc je nadal sprzedawać. Oczywiście chodzi o zupełnie inną rejestrację (każdy oficjalnie sprzedawany suplement był już zarejestrowany) i tu jest kruczek. Procedura rejestracyjna jest niezwykle skomplikowana i droga, a wymagania dotyczące jakości produktu bardzo wysokie — takie jak w przypadku farmaceutyków, czyli syntetycznych związków o działaniu ubocznym. Ziołowe i witaminowe suplementy diety muszą teraz spełniać wymogi analiz bezpieczeństwa wykorzystywanych dotychczas dla substancji toksycznych. Większość firm nie będzie stać na kosztowne badania i rejestrację swoich produktów. Jak napisał Jeremy Laurance w brytyjskim dzienniku „The Independent”, dyrektywa THMPD oznacza, że „tysiące pacjentów, którzy są w trakcie kuracji ziołowych, staną przed faktem odmowy dostępu do nich”1.
Z wielu tysięcy produktów tylko dwustu udało się przejść te skomplikowane regulacje. Zwycięzcami są głównie produkty pochodzące z wyciągów alkoholowych pojedynczych ziół, które są wspólne dla europejskich fitofarmaceutycznych tradycji. Głównymi przegranymi są produkty związane ze znanymi od tysięcy lat holistycznymi systemami opieki zdrowotnej2. Choć z chrześcijańskiego punktu widzenia można mieć wiele zastrzeżeń do filozofii, która przenika niektóre obszary naturalnej medycyny3, to należy pamiętać, że rozporządzenie unijne nie dotyczy technik terapeutycznych, lecz roślinnych tradycji medycznych, czyli rozsianej po całym globie Bożej apteki. Ofiarą regulacji UE padły zresztą nie tylko zioła, ale też inne kategorie produktów, bowiem gdy poszczególne składniki ziołowe (choćby jeden) są uznane za lecznicze (czyli wymagające nowych procedur rejestracyjnych), wtedy cały produkt staje się nielegalny i nie może być nadal sprzedawany jako suplement żywności. Przepisy Kodeksu wykluczają zatem nowe innowacyjne mieszanki, które mogą powstawać przy wsparciu rozwijającej się nauki.
Regulacje unijne dotyczą też tzw. oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych. Zakazują umieszczania informacji o działaniu leczniczym na produktach ziołowych i suplementach diety, ograniczając możliwość świadomego wyboru, zakazują stosowania wielu form minerałów, np. najlepiej przyswajalnych form chelatów aminokwasowych oraz wszystkich form srebra i wanadu, ograniczają maksymalne dawki witamin i minerałów w suplementach diety do poziomów często bezwartościowych dla utrzymania dobrego zdrowia.
Produkty ziołowe nie znikły jeszcze ze sklepów. To zajmie trochę czasu, bowiem organy odpowiedzialne w krajach UE za wprowadzanie dyrektyw KŻ będą musiały dokonać spisu takich preparatów. Niektóre państwa, jak Wielka Brytania, aby zmniejszyć ryzyko publicznego oburzenia, pozwoliły na sprzedaż niektórych produktów uznanych za niezarejestrowane ziołowe leki jeszcze przez dwa, trzy najbliższe lata.

Protesty

Prawdą jest, że przepisy dotyczące suplementów diety i wszelkich odżywek nie są doskonałe i wymagają poprawek. Ale nowa dyrektywa nie uzdrawia sytuacji. Według organizacji broniących praw człowieka, w tym prawa do wyboru metod leczenia, a także części polityków nowe przepisy służą nie tyle ochronie obywateli, co interesów przemysłu farmaceutycznego. Tak właśnie ocenił to brytyjski europoseł Daniel Hannan, który stwierdził, że „jeśli widzimy z pozoru szaloną dyrektywę Brukseli, oznacza to, że ktoś gdzieś na niej zyskał”. Podczas głosowania w Parlamencie Europejskim w sprawie europejskich regulacji dotyczących leków ziołowych mówił: „Nie mam pojęcia, jaka jest skuteczność tych leków, moja żona im ufa, ja jestem bardziej sceptyczny, ale jak mądrze mówi król Salomon, lepiej mieć miskę gorzkiego zioła w domu, gdzie jest miłość, niż tłustego wołu z nienawiścią. Rzadko można przysłowie o ziołach zastosować tak trafnie, jak w tym przypadku. Czy są one pomocne, czy bezużyteczne, nie wiem, ale nie są szkodliwe, dlaczego więc Unia Europejska kryminalizuje działalność niewinnie realizowaną przez 20 milionów Europejczyków? Odpowiedź: to lobbing niektórych wielkich korporacji farmaceutycznych, które dostrzegły możliwość usunięcia z biznesu »małych zielarzy«”. Hannan podkreślił, że koncerny nigdy nie zyskałyby tych regulacji od krajowych parlamentów, a ograniczenia dotyczące suplementów ziołowych i witaminowo-mineralnych nazwał jednym z większych skandali wśród rozporządzeń europejskich.
Tylko w Polsce rynek suplementów diety jest wart dwa miliardy złotych.
Naukowcy krytykujący regulacje Kodeksu, jak dr Robert Verkerk, szef naukowy i wykonawczy międzynarodowej organizacji Alliance for Natural Health (ANH), podkreślają, że Komisja Kodeksu dobiera nieadekwatne kryteria i metody naukowe dla uzasadnienia swych przepisów. ANH wydała petycję w obronie leków ziołowych „Stop THMPD”, w której wezwała Komisję Europejską do wstrzymania dyrektywy ograniczającej „prawo każdego obywatela Unii Europejskiej do swoich własnych decyzji dotyczących zarządzania własnym zdrowiem. Wykracza ona bardzo daleko poza zasady kontrolowania produktów niebezpiecznych dla zdrowia i narzuca przymus stosowania ograniczonych metod lecznictwa. Publiczny dostęp do produktów ziołowych, które tradycyjnie były ogólnodostępne, powinien pozostać nieograniczony”. Protestujący podkreślają, że potrzebny jest bardziej racjonalny system regulacji. European Benefyt Foundation od ponad roku opracowuje taki system. Projekt jest niemal gotowy, teraz potrzebne jest poparcie Parlamentu Europejskiego dla alternatywnego systemu. ANH razem ze znaną organizacją Avaaz4 zbierają podpisy pod petycją skierowaną do Komisji Europejskiej i rządów UE, w której wzywają „rządy naszych krajów do odmowy wypełniania postanowień niniejszej dyrektywy do czasu jej zmiany. Mamy prawo do wyboru spośród wszelakich preparatów i leków, które mogą utrzymać nas i nasze rodziny w zdrowiu”. W ciągu zaledwie tygodnia Avaaz zebrała 600 tys. podpisów, ale potrzeba ich milion5.
Profesjonalny zespół złożony m.in. z prawników i naukowców, któremu przewodniczy dr Verkerk, przygotowuje się do rewizji sądowej dyrektywy THMPD. „Wytrwale pracujemy z zainteresowanymi stronami w całej Europie, by wnieść sprawę, i jesteśmy prawie gotowi, aby to zrobić — napisał Verkerk. — Jednak ze względu na złożoność sprawy zajęło to dłużej, niż planowano. (...) Robimy wraz z naszymi prawnikami europejskimi, co w naszej mocy, by wyjaśnić jedną z największych niesprawiedliwości niszczącej medycynę naturalną”.
Verkerk widzi jeszcze jedno zagrożenie: „Tysiące ludzi w Europie opierają się na zielarstwie, by polepszyć sobie jakość życia. Nie zażywają ziół, ponieważ są chorzy, ale dlatego, żeby utrzymać zdrowie. Jeśli specyfiki te będą wycofane z rynku, ludzie ci spróbują znaleźć je gdzie indziej, na przykład poprzez internet, gdzie istnieje prawdziwe ryzyko zakupu produktów niskiej jakości, które mogą być nieskuteczne lub sfałszowane”.
Politycy unijni i nasze rządy stoją przed dużym testem. Oby nie sprawdziły się słowa Salomona: „Nie mów przed głupim, gdyż wzgardzi twoimi mądrymi słowami”6.         
Katarzyna Lewkowicz-Siejka

1 „The Independent”, 30.12.2010. 2 Z rynku UE znikną zioła stosowane w medycynie chińskiej, tybetańskiej, amazońskiej czy południowoafrykańskiej — silne odżywczo specyfiki mające działanie profilaktyczne i wspomagające leczenie czy rekonwalescencję. Na przykład stosowany w medycynie chińskiej żeń-szeń zawiera prawie dwieście substancji, m.in. glikozydy saponinowe, które pomagają zaopatrywać narządy w tlen, powodują wzrost odporności na infekcje bakteryjne i wirusowe, przyspieszają rekonwalescencję. Żeń-szeń usprawnia krążenie, działa przeciwzakrzepowo, reguluje poziom cukru we krwi i obniża poziom cholesterolu. Z kolei z medycyną ludową Peru związana jest maca [czyt. maka] bogata w niezbędne aminokwasy, sterole, fitohormony, witaminy:
A, B
1, B2, B6, C, E, sole mineralne: wapń, żelazo, miedź, cynk, mangan, potas, sód, jodki, kwasy tłuszczowe, glukozynolaty, leukoantocyjaniany, saponiny, tanniny. Szczególnie przydatna jest w stanach wycieńczenia i niedożywienia organizmu, w czasie rekonwalescencji. Wykorzystuje się ją w leczeniu zespołu przewlekłego zmęczenia i zaburzeń hormonalnych. 3 Oprócz potwierdzonych naukowo terapii dietą i suplementacją witaminowo-ziołową niektórzy naturoterapeuci wykorzystują ezoteryczne metody leczenia i diagnozowania, np. bioenergoterapię, homeopatię, irydologię, refleksjologię. 4 Avaaz [avaaz — ‘hałas’, ‘głos’] jest międzynarodowym ruchem obywatelskim promującym prawa człowieka i ochronę środowiska. Działa głównie metodą petycji kierowanych do przywódców politycznych, które umieszcza na stronie internetowej www.avaaz.org. Każdy użytkownik internetu może się pod nimi podpisać, popierając jednocześnie proponowane rozwiązanie problematycznej sytuacji. W szczególnych przypadkach podejmuje się dodatkowe kroki — masowe pisanie listów lub dzwonienie do konkretnego urzędu. Jedna z najbardziej spektakularnych akcji miała miejsce w Brazylii. W przeciągu dwóch dni brazylijscy członkowie Avaazu wykonali ponad 14 tys. telefonów i wysłali 30 tys. e-maili do urzędu prezydenta Luli. W 11 godzin udało się powstrzymać ustawę, która przekazałaby znaczną część lasów deszczowych Amazonii do eksploatacji przez agrobiznes. Wokół serwisu Avaaz tworzy się coraz większa społeczność internetowa. W ciągu roku do organizacji przyłączyły się ponad trzy miliony osób. 5 Petycję można podpisać na stronie: http://www.avaaz.org/en/eu_herbal_medicine
_ban/?vl; petycja z polskim tłumaczeniem: http://www.stop-thmpd.pl.
6 Prz 23,9.
ZNAKI CZASU Nr. 6/II CZERWIC 2011r. Można zamawiać www.sklep.znakiczasu.pl tel.223319800
ul. Foksal 8 
00-366 WARSZAWA


ZAMIESZANIE Z IMIENIEM BOŻYM


Jednym z powodów datowania Ksiąg Mojżeszowych na późniejsze wieki było założenie, że często występujące w nich imię Boże nie było znane przed połową IX wieku p.n.e. Odkrycie Steli Meszy zachwiało tym argumentem. Występuje na niej tetragram JHWH zapisany tak jak w Starym Testamencie. Jak go wymawiać?
W 1868 roku protestancki misjonarz Frederick A. Klein (1827-1903) odkrył słynną
Stelę Meszy1. Król Mesza postawił ją w Dibonie, na terenie obecnej Jordanii. Beduini zażądali dużej sumy za ten czarny kamień, gdyż uważali, że posiada magiczne właściwości. Misjonarz wykonał szkic monumentu i wrócił do Jerozolimy, aby zebrać środki na jego zakup.

Stela Meszy

O odkryciu dowiedział się francuski uczony Charles Clermont-Ganneau (1846-1923), który po kryjomu wysłał zaufanego młodzieńca, aby skopiował dla niego parę linijek tekstu ze Steli Meszy. Zaintrygowany jego treścią posłał tam trzech ludzi z misją zrobienia papier-mâché2 całego napisu. Dwaj pilnowali koni, a jeden przyłożył wilgotny papier do inskrypcji. Wtedy nakryli ich mieszkańcy Dibonu. Podejrzewając, że chcą wykraść magiczne właściwości kamienia, zagrozili im śmiercią. Jeden zdołał zedrzeć jeszcze wilgotny odcisk i schować za pazuchę. Uciekli przed pościgiem, ledwie uchodząc z życiem3.
Francuski archeolog zabrał tę poszarpaną papierową kopię do ojczyzny, aby ją poskładać i odczytać. Wtedy stwierdził, że napis opowiada o tym samym, co Biblia w słowach: „Mesza, król Moabu, był hodowcą trzód i dostarczał królowi izraelskiemu sto tysięcy owiec i wełnę ze stu tysięcy baranów, lecz po śmierci Achaba król Moabu zbuntował się przeciwko królowi izraelskiemu”4.
Moabici tworzyli królestwo po wschodniej stronie Jordanu. Izraelici przegrali z nimi wojnę w czasach sędziów i podlegali im przez 18 lat, aż sędzia Ehud zabił ich króla i pokonał Moabitów5. Następnie Dawid (1010-970) podbił ich teren i pobierał od Moabitów daninę6. Podobnie czynili kolejni władcy izraelscy aż do Achaba (874-853).
Król Mesza zbuntował się przeciwko Izraelowi po śmierci Achaba, którego syn Jehoram (852-841) połączył siły z królami Judy i Edomu, aby pobić Moabitów7. W obliczu bliskiej przegranej król Mesza złożył w ofierze Kemoszowi swego pierworodnego syna, co z jakichś względów, być może duchowych8, skłoniło koalicję do odwrotu9. W rezultacie umocnił swoją pozycję i odbił część ziem okupowanych przez Izraelitów. Upamiętnił to, stawiając w połowie IX wieku p.n.e. monument w stolicy kraju z napisem, który potwierdza biblijną relację o tych wydarzeniach10.
Francuski rząd wyłożył środki na zakup tak cennego zabytku, ale kiedy Clermont-Ganneau dotarł do Dibonu, już go tam nie było. Niemiecki konsul za namową Kleina postanowił zakupić stelę, prosząc o pośrednictwo rząd turecki. Rozeźlił tym Beduinów, którzy postanowili zniszczyć kamień, aby nie dostał się w ręce nielubianych przez nich Turków. Wrzucili go do ogniska, rozgrzali, po czym polali zimną wodą, aby popękał. Wtedy rozbili go na wiele kawałków, które umieścili w domach lub w spichlerzach na zboże, wierząc, że „magiczny” kamień pomnoży ich dobytek.
Clermon-Ganneau, niezrażony przeciwnościami, przez wiele lat skupował od Beduinów fragmenty Steli Meszy. Wykupił 57 kawałków, które składają się na dwie trzecie monumentu. Dzięki swej papierowej kopii zrekonstruował całość, którą można oglądać w Luwrze. Inskrypcja na Steli Meszy liczy 34 linijki. Tekst zapisano przy pomocy alfabetu starohebrajskiego. Jego literacka forma przypomina narracje z Ksiąg Królewskich, co poświadcza ich dawne pochodzenie.
Mesza podał, że Izrael okupował Moab przez 40 lat. W 12. wersecie występuje imię Dawida, który podbił ziemie Moabitów. W 31. wersecie, który nie jest do końca czytelny, zapisano prawdopodobnie słowa „Dom Dawida” (hebr. Bet Dawid)11. Występuje tu podobny zwrot jak na słynnej Steli z Tel Dan z IX wieku p.n.e., która wymienia dynastię Dawida12.
Król Dawid nie jest jedyną biblijną postacią, która znalazła pozabiblijne potwierdzenie na Steli Moabickiej. Napis wymienia także imię boga Kemosza, króla Omriego oraz autora tej inskrypcji — Meszę13. Wymienia też kilkanaście nazw geograficznych znanych z Biblii, w tym królestwo Moabu i Izrael, którego nazwa jest zapisana identycznie jak w Starym Testamencie. Niezwykle ciekawa jest wzmianka o biblijnym plemieniu Gad. Czytamy, że mężowie tego plemienia od wieków mieszkali po wschodniej stronie Jordanu w okolicach Atarot14. Król Mesza potwierdził tym samym biblijną relację o rozmieszczeniu plemion izraelskich po ich wejściu do Kanaanu15.
Miasto Atarot wymienione przez Meszę jest oddalone o 200 km od Dan oraz o niecałe 100 km od Samarii, stolicy Izraela16. Potwierdza to biblijną relację o rozległej i dobrze zorganizowanej monarchii, gdyż utrzymanie takiego dużego państwa przez dziesiątki lat byłoby niemożliwe bez centralnej administracji oraz silnej armii. Jej istnienie w Izraelu potwierdził w 853 roku p.n.e. asyryjski król Salmanasar III na Steli z Kurh.
Wzmianka na Steli Meszy o dominacji izraelskiej na tak dużym terytorium już od czasów Dawida oznacza podzwonne dla mrzonek liberalnych biblistów, określanych mianem minimalistów, którzy od lat bagatelizują historyczność tekstu biblijnego, sugerując między innymi, że Dawid i Salomon byli jedynie wodzami plemiennymi, a nie władcami dużego państwa.
Mesza podał, że najechał miasto Nebo i całkowicie wymordował tych, których „poświęcił” Kemoszowi. Użył tego samego słowa (hebr. herem), które w Biblii oznaczało całkowite wyniszczenie wroga wraz z jego dobytkiem, tak jak w nakazie zniszczenia Jerycha czy też Amalekitów w czasach Saula, co poświadcza stosowanie takiej klątwy17.
Moabici zabili w Nebo siedem tysięcy Izraelitów18. Liczba ta jest niezwykle ważna, gdyż w jej świetle populacja izraelska w IX wieku p.n.e. musiała być wielokrotnie wyższa niż to szacują archeolodzy. Na bazie swoich ubogich danych zakładają, że największe izraelskie miasta liczyły wtedy zaledwie dwa, trzy tysiące mieszkańców. Skoro jednak w niedużej miejscowości położonej na wschodnich rubieżach państwa, takiej jak Nebo, przebywało aż siedem tysięcy Izraelitów, nawet wliczając w to mieszkańców okolicznych osad, to znaczy, że miasta w głębi Izraela były jeszcze liczniejsze.
Nam może wydawać się, że siedem tysięcy mieszkańców to nic godnego uwagi, ale weźmy pod uwagę, że w stołecznym Gnieźnie i okolicach w XI wieku n.e. mieszkało zaledwie około czterech tysięcy ludzi. Oznacza to, że Izrael w IX wieku p.n.e. był większym narodem niż piastowska Polska! Dane ze Steli Meszy świadczą, że Izrael miał wielokrotnie wyższą populację, niż uważają archeolodzy, którzy lekceważą źródła pisane.
Największą sensację wzbudził na Steli Meszy 18. werset, gdyż występuje tam imię Boga Jahwe! Moabici zapisali je tak samo jak w hebrajskiej Biblii, przy pomocy czterech liter JHWH. Oczywiście skoro już w połowie IX wieku p.n.e. sąsiednie narody, takie jak Moabici, znały imię izraelskiego Boga, to znaczy, że Izraelici musieli być od dawna wyznawcami Jahwe.

Jahwe czy Jehowa?

Niektóre starożytne ludy nazywały Boga tytułami El (Eljon) lub Adon (Aton19). Występują one w Biblii między innymi jako Elohim i Adonaj. Hebrajczycy znali dodatkowo imię Boże, jakie Bóg objawił tym, którzy byli z Nim w przymierzu20.
Imię Boże zapisywano czterema spółgłoskami JHWH, które nazywamy tetragramem, co z greckiego znaczy „cztery litery”. Imię to może pochodzić od czasownika „być”, „istnieć” (hebr. hajah) i oznacza Wiekuistego, który był, jest i będzie. Kryje ono w sobie niewyobrażalną głębię Bożej natury.
Napis na Steli Meszy wykonano alfabetem starohebrajskim. Jego litery nie pochodzą z pisma aramejskiego, tak jak hebrajskie litery używane po niewoli babilońskiej, lecz z pisma protokananejskiego. W tym piśmie stworzono alfabet z obrazków, dlatego każda litera pierwotnie coś wyobrażała. Co litery JHWH mogą same w sobie powiedzieć nam o Bogu?
Litera „J” (hebr. jod) pochodzi od rysunku ramienia z wyciągniętą dłonią, aby coś podać, wskazać czy pobłogosławić, a zatem kojarzy się z mocą i autorytetem, w przeciwieństwie do litery „K”, która obrazuje otwartą dłoń, aby brać lub prosić. W piśmie hebrajskim „J” jest dziesiątą literą alfabetu i oznacza liczbę „10”, być może dlatego, że ręce mają dziesięć palców.
Z kolei litera „H” (hebr. he) wyobrażała człowieka z rękami podniesionymi w akcie modlitwy. Oznaczała modlitwę lub tchnienie, dlatego jej brzmienie przypomina oddech, westchnienie lub zawołanie „hej”21. Z czasem rysunek uproszczono do samych wzniesionych ramion i obrócono o 90 stopni, stąd nasza litera „E”.
Litera „W”, podobnie jak nasze „F”, „U” oraz „V”, wyobraża zarówno część pala zakończonego dwoma ramionami, na którym wspierała się konstrukcja namiotu, jak i ćwiek, który wbijano w ziemię, aby zakotwiczyć namiot.
Tak więc gdyby pokusić się o obrazkowe znaczenie liter JHWH, to mielibyśmy potężną rękę podtrzymującą życie, gdyż po „J” następują litery „HWH”, które znaczą „żyć”, „istnieć” (hebr. hawah). Obrazki, które dały początek literom występującym w imieniu Bożym, przedstawiają Dawcę Życia, od którego pochodzi życiodajne tchnienie i ku któremu kierujemy nasze westchnienia i modlitwy, aby otrzymać wsparcie oraz zakotwiczenie dla naszego „namiotu”. W JHWH można też dojrzeć ręce przybite ćwiekiem do rozdwojonego pala, a więc Dawcę Życia przybitego, aby nas zbawić.
Imię Boże występuje w Starym Testamencie blisko siedem tysięcy razy, a mimo to nie wiadomo, jak je wymawiano. Stało się tak, gdyż Żydzi dla legalistycznie pojmowanej czci przestali wymawiać je na głos. Mojżesz nakazał: „Imienia bogów obcych nie wspominajcie, by nikt nie słyszał ich z ust waszych”22, a tymczasem Izraelici przestali wymawiać imię swojego Boga, z wyjątkiem arcykapłana w Dniu Pojednania23.
Zakaz ten wprowadzili zapewne faryzeusze, gdyż wcześniej imię Boże wymawiano. Wypowiadali je pierwsi ludzie24. Abraham głośno „wzywał imienia Bożego”, nie widząc w tym niczego zdrożnego25, podobnie jak później Mojżesz czy Dawid. Pan Jezus uczył modlić się słowami: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje”26.
Jezus w kazaniu z Góry Błogosławienia wskazał na legalizm ówczesnych rabinów, którzy położyli taki akcent na literę prawa, że wypaczyli jego sens. W tym przypadku przekręcili znaczenie przykazania, które zabrania wzywać imienia Bożego nadaremnie, odnosząc karę za przeklinanie Boga do wypowiadania na głos Jego imienia!27. W rezultacie doszło do tego, jak podał żydowski uczony Filon z Aleksandrii, że wezwać imię Boga na głos było większym grzechem, aniżeli Go przekląć!28.
Józef Flawiusz, żydowski kapłan i faryzeusz29, znał brzmienie imienia Bożego30, ale wierny faryzejskim zakazom nie ujawnił jego brzmienia31. Żydzi, ilekroć napotykają w Biblii imię Boże, wymawiają je jako „Pan” (hebr. Adonaj) lub jako „To Imię” (hebr. HaSzem). W rezultacie sami nie wiedzą, jak ono brzmi. Stało się tak, jak powiedział Bóg: „Poszło w niepamięć moje imię u mojego ludu”!32.
Hebrajskie pismo zawiera tylko spółgłoski. Samogłosek trzeba się domyślić. Nie znając ich, nie można mieć pewności, jak czytać dane słowo. Dlatego około VII wieku n.e. żydowscy gramatycy zwani masoretami dodali do hebrajskiego pisma znaki samogłoskowe, aby ułatwić jego lekturę. Do tetragramu przypisali samogłoski występujące w słowie „Adonaj”. Nie wiemy jednak, czy uczynili tak, ponieważ Żydzi zastępowali JHWH słowem „Adonaj”, czy dlatego, że te same samogłoski występowały w imieniu Bożym. Tetragram z tymi samogłoskami brzmiałby Jehowah.
Niektórzy uważają, że JHWH wymawiano Jehowa, argumentując to między innymi hebrajskim brzmieniem imienia Jezus, czyli Jehoszua, które znaczy „Jeh jest zbawieniem”. Józef Flawiusz, opisując wygląd arcykapłana w Dniu Pojednania, napisał, że na głowie nosił diadem z wyciśniętymi „czterema samogłoskami” imienia Bożego33. Pisząc o samogłoskach, nie popełnił jednak błędu, mimo że w piśmie hebrajskim zapisywano tylko spółgłoski.
Wszystkie litery w tetragramie to tak zwane „matki czytania” (łac. matres lectionis)34. Sygnalizowały one obecność długich samogłosek lub służyły jako ich ekwiwalent. Według żydowskiego uczonego Judy Halewiego (1085-1138) literę „J” wymawiano podobnie, jak my to czynimy, „W” jak „o” oraz „u”, a litera „H” miała dźwięk zbliżony do tego między „a” oraz „e”, z tym że na końcu słowa „H” wymawiano jak „a”35. W całości JHWH mogło więc brzmieć: Jehoa lub Jehowa.
Samarytanie wymawiają imię Boże na głos, co potwierdza, że żydowska praktyka niewymawiania go jest późna i sięga zapewne czasów faryzeuszy. Samarytanie wymawiają je Jahwe lub Jahwa. Obecnie większość biblistów uważa, że tetragram wymawiano Jahwe. Argumentują to brzmieniem okrzyku radości Hallelujah z Księgi Psalmów, który oznacza „Chwalcie Jah”, a także tym, że chrześcijańscy pisarze greccy zapisali imię Boże jako Jave, Jao, Jaoue, Jaue36. Trzeba jednak pamiętać, że jest to tylko transliteracja, w dodatku z okresu, kiedy niewielu wiedziało, jak imię Boże wymawiać, a ci, którzy wiedzieli, trzymali to w tajemnicy, jak w przypadku Józefa Flawiusza36.
*   *   *
Zapis na Steli Meszy potwierdza biblijny przekaz w wielu punktach, w tym historyczność króla Dawida oraz kult Boga Jahwe w Izraelu u zarania monarchii izraelskiej. Nie jest to jedyne pozabiblijne użycie tego imienia. Tetragram występuje także na egipskim monumencie z około 1400 roku p.n.e., o czym napiszę za miesiąc.   
Alfred J. Pala
ZNAKI CZASU Nr. 6/II czerwiec 2011  Można zamówić www.sklep.znakiczasu.pl tel.223319800