piątek, 17 kwietnia 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

 

Pycha kontra pokora

Felieton do Szkoły Sobotniej na 18 kwietnia 2026

W jaki sposób pycha wpływa na nasze relacje? Jak zdefiniować pychę? Według autorki naszej lekcji pycha to przekonanie, że jesteśmy ważniejsi lub lepsi od innych i dlatego nie można jej ufać jako przewodnikowi w naszym życiu. Według autorów biblijnych pycha ma swoje korzenie w historii Lucyfera, którego egocentryczne myślenie doprowadziło do buntu przeciwko Bogu i ostatecznie do pojawienia się grzechu na świecie. Pycha, w swojej istocie, przenosi zaufanie od Boga i kieruje je w stronę człowieka. Echo tej postawy można odnaleźć w 1Jn 2:15-17, gdzie jest napisane o pożądliwości ciała, oczu i pysze życia.

Chociaż czasami używamy słowa „duma” w pozytywnym znaczeniu, Biblia rozróżnia pychę od zdrowego poczucia wartości. Dostrzeganie swoich talentów czy dążenie do doskonałości nie jest niczym złym, ale pycha staje się problemem, gdy przypisujemy sobie zasługi za to, co ostatecznie pochodzi od Boga. Nasza wartość nie jest zbudowana na naszych osiągnięciach czy posiadaniu. Nasza wartość wynika z tożsamości, która pochodzi od Boga. Prawdziwa pokora jest rezultatem świadomości, że wszystko, co mamy, jest darem od Niego.

Dyskusja na temat dumy jest szczególnie interesująca w kontekście chrześcijaństwa, ponieważ powszechna definicja dumy często staje się pretekstem do samokrytyki w imię oddania chwały Bogu lub przynajmniej w celu ukazania pokory przed innymi.

W naszej dyskusji warto zdefiniować dwa pojęcia: duma i pycha. Podstawowa różnica pomiędzy pychą i dumą jest taka, że duma na ogół posiada pozytywne lub przynajmniej neutralne znaczenie, podczas gdy pycha posiada zawsze negatywne znaczenie.

Na pychę warto spojrzeć przez pryzmat refleksji nad stworzeniem człowieka na obraz Boga. W tym kontekście pycha to arogancja, według której, moje postrzeganie innych ukształtowane przez kulturę lub doświadczenia życiowe, każe mi traktować innych jako niższych, a nie jako tych którzy są stworzeni na obraz Boży. Według tej logiki „ponieważ jestem mężczyzną, jestem lepszy od kobiet. Ponieważ jestem biały, jestem lepszy od osób o innym kolorze skóry. Ponieważ jestem heteroseksualny, jestem lepszy od społeczności queer, ponieważ jestem bogaty, jestem lepszy od osób, które doświadczają ubóstwa, ponieważ nie radzę sobie z niepełnosprawnością jestem lepszy od tych, którzy sobie z nią radzą” i tak dalej.

Pycha wypacza również sposób, w jaki postrzegamy samych siebie. Kiedy umniejszasz to, kim według Boga jesteś, ponownie zakładasz, że Boży obraz ciebie jest w jakiś sposób mniej prawdziwy niż twój własny obraz, ukształtowany przez standardy i wartości twojego życia. Pycha mówi: „Nie jestem piękna, ponieważ nie wyglądam tak jak proponują influencerzy. Nie jestem wystarczająco dobry, ponieważ nie osiągnąłem w życiu tego co inni. Moje życie jest bez sensu, bo nie mam tyle pieniędzy w banku albo nie udało mi się założyć rodziny”. Pycha nie tylko nadyma nas, ale także nas niszczy. Przeciwstawia Bożą deklarację wartości naszym wypaczonym ideom, a następnie zakłada, że moja opinia jest lepsza.

Czasami ludzie nie potrafią przyjąć komplementu. Każdy komplement przyjmują ze spuszczoną głową, spuszczonym wzrokiem i odpowiadają słowami „Chwała Panu” chociaż chcielibyśmy usłyszeć słowo „Dziękuję.” Dlaczego ich reakcja jest taka „wyciszona”? Oklaski jako wyrażenie wdzięczności za wykonanie utworu muzycznego w wielu kościołach nie są akceptowane.

Prawdopodobnie wynika to z naszej religijnej kultury, która kładzie nacisk, że trzeba oddać chałę Bogu za wszystko za każdy szczegół, każdy komplement. Niektórzy ludzie obawiają się, że postępując inaczej, pozwoliliby, by wkradła się do nich pycha. Jednak taki styl życia nie jest wolnością ani nie jest świadectwem wiary. Życie może wskazywać na chwałę Boga bez ciągłego jej ogłaszania. W rzeczywistości, jeżeli wyrażenie „chwała Bogu” staje się jedyną akceptowalną odpowiedzią na cokolwiek dobrego, może to nieumyślnie sprawiać wrażenie, że Bóg domaga się każdej odrobiny uznania. Wyrażenie słownego uznania nie jest jedynym sposobem, aby wskazać ludziom Boga. Dobrze wykonana praca również wskazuje na Boga. Prawość wskazuje na Boga. Życie dobrze przeżyte i dobrze doceniane wskazuje na Boga.

Przełóżmy ten wzorzec na relacje rodzicielskie. Gdyby moje dziecko otrzymało komplement za coś, w czym jest dobre, a ono spuściłoby wzrok i powiedziało: „Chwała moim rodzicom, to wszystko dzięki nim”, byłbym zdruzgotany. Chciałbym, żeby potrafiło spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć „Dziękuję!”. Słowo „dziękuję” lub „oklaski” są również innym sposobem powiedzenia „chwała Bogu”. To On nas stwarza z naszymi wyjątkowymi darami i talentami. Najlepszym sposobem, by Go chwalić, jest pełne wykorzystanie tych darów i uczynienie świata lepszym miejscem. Bóg nie jest niepewny siebie. Nie potrzebuje, abyśmy ciągle powtarzali ludziom, że nasze dary należą do Niego. Możemy to urzeczywistnić w tym, jak traktujemy innych i jak wykorzystujemy nasze dary, aby okazać miłość, sprawiedliwość i miłosierdzie.

Ciekawe jest również to, jak często kultura chrześcijańska zachęca ludzi do wierzenia w idee takie jak: „Jestem niczym bez Chrystusa. Jestem nędzarzem. Jestem zły. Jedynym dobrem we mnie jest Bóg”, a jednocześnie oczekuje od wierzących zdrowego poczucia własnej wartości. Jeżeli Bóg nazwa nas umiłowanymi, wybranymi synami i córkami, to upieranie się, że jesteśmy bezużyteczni, bezwartościowi lub że naszą jedyną dobrą cechą jest wiara, jest deklaracją, że wiemy o sobie więcej niż Bóg.

Pomyślmy o przyrodzie. Wschód słońca „nie przeprasza” za to, że jest promienny, kolorowy i pełen blasku. Ptaki nie ukrywają swojego piękna. Poruszają się swobodnie i bez skrępowania prezentują swoje żywe kolory. Paw bez skrępowania rozpościera swoje pióra. Kwiat uwalnia swój zapach. Stworzenie sugeruje, że doskonałość oddaje chwałę Bogu. W rzeczywistości, momenty, w którym przyroda kurczy się lub kamufluje, często oznacza nieuchronne zagrożenie.

Anegdota o osobie, która modli się na głos, dziękując Bogu za dobroć, którą dostrzega w swoim życiu, podczas gdy inna stoi z tyłu kościoła ze łzami w oczach, świadoma swoich grzechów zasługuje na bliższe przyjrzenie się. Przede wszystkim warto wrócić uwagę, w jaki sposób zostało w tej anegdocie wykorzystane miejsce. Kontrast jest między osobą, która stoi z przodu kościoła a osobą która stoi z tyłu, przy czym osoba z tyłu jest przedstawiana jako ta bardziej pokorna. To interesujące, zwłaszcza gdy pastorzy i przywódcy kościoła zazwyczaj stoją z przodu. Warto pomyśleć w jaki sposób rozwinęła się idea, według której utożsamiamy widoczność z dumą a odległość z pokorą.

Co więcej w anegdocie zostały zestawione ze sobą emocjonalne reakcje. Osoba, która modli się na głos i i dziękuje Bogu za to, co w niej dobre, jest skontrastowana z osobą z która stoi z tyłu i płacze pod ciężarem swoich grzechów, tak jak gdyby te postawy nie mogły współistnieć. Dlaczego wdzięczność za to, co dobre w człowieku, musi być przeciwstawiona modlitwie o miłosierdzie? Dlaczego pewność tego czego dokonał w nas Bóg musi być traktowana jako niepasująca i nie przystająca do postawy wyrażającej skruchę?

Człowiek stojący z tyłu kościoła ze łzami w oczach może odczuwać skruchę, ale może też tkwić w pułapce wstydu, nienawiści do samego siebie lub nieufności do Bożego przebaczenia. Jego łzy nie czynią go automatycznie pokornym, tak jak publiczna modlitwa drugiego człowieka nie czyni go automatycznie dumnym. Kiedy budujemy nasze wyobrażenia na uproszczonych modelach próżności i pokory, uczymy ludzi oceniać pozory, a nie kwestionować motywy.

Z pewnością są ludzie, którzy szukają publicznego potwierdzenia i uznania. Niektórzy unikają publicznego uznania i widoczności z tego samego powodu - niegodności. Jedna osoba szuka uznania, ponieważ czuje się pusta. Inna unika uznania, ponieważ czuje się pusta. Która jest bardziej święta? Która jest bardziej pobożna? Być może żadna z nich. To co jest ważne to motywy, które są ukryte pod powierzchnią zachowania. Dobrym przykładem tego jest zachowanie mnichów w ruchu monastycznym w czasach późnego antyku.

W chrześcijańskiej retoryce, człowiek bardzo często przedstawiany jest jako niegodny, grzeszny bez żadnej wartości. Według często eksponowanej idei im bliżej Chrystusa, tym bardziej uświadamiamy sobie naszą grzeszność i niegodność. Czy powinniśmy się posługiwać językiem niegodności w odniesieniu do samych siebie? Skoro Chrystus uznał mnie za godnego miłości, godnego uwagi, godnego odkupienia, dlaczego miałbym trzymać się systemu wierzeń, który upiera się, że jestem niegodny? Bóg nie nazwał mnie niegodnym, więc kimże jestem, by twierdzić inaczej? Z pewnością istnieje napięcie w twierdzeniu, że jesteśmy kochani i wybrani, a jednocześnie zachęcani do postrzegania siebie jako fundamentalnie niegodnych. Takie myślenie może wprowadzać zamieszanie w naszym postrzeganiu siebie przed Bogiem.

W naszej lekcji Mojżesz został przedstawiony w bardzo wyidealizowany sposób. Autorka lekcji podkreśla, że Mojżesz dorastał w królewskim otoczeniu, zdobył mądrość Egiptu i miał dostęp do władzy, bogactwa i popularności, ale wybrał inną drogę. Nie do końca jednak została wyeksponowana myśl, że Mojżesz nie zawsze wybierał drogę pokory. Zabił człowieka. Jeśli pycha to założenie, że moja perspektywa, moja sprawa lub mój osąd daje mi prawo do wzięcia spraw w swoje ręce, to Mojżesz jest w rzeczywistości przykładem tego, co może zdziałać pycha.

Musimy również pamiętać, że Mojżesz przeżył kolejne czterdzieści lat na pustyni po wyjściu z Egiptu, zanim powierzono mu rolę wyzwoliciela – rolę, której nie zdobył sam dla siebie, ale którą ostatecznie przyjął. Mojżesz rzeczywiście stał się pokorny, ale ta pokora nie pojawiła się natychmiast. Kształtowała się z czasem, przez stopniowe zmiany, poddanie i oduczanie. Czasami przedstawiamy historię Mojżesza w taki sposób, aby spłaszczyć jego człowieczeństwo.

Uczniowie, pomimo bliskich relacji z Jezusem, zmagali się z pychą i pragnieniem wielkości. Dlaczego chcieli być najwięksi? Skąd nauczyli się, że wielkość jest standardem? Co w ogóle oznaczała wielkość w ich kontekście kulturowym i religijnym?

Kiedy przyjrzymy się bliżej światu, w którym żyli, ich pragnienie zaczyna nabierać sensu. Żyli w kulturze, w której przywódcy religijni często publicznie praktykowali prawość, aby zdobyć uznanie; ludzie uważali się za lepszych od Samarytan i pogan; dostęp do nauczania o Bogu był kształtowany przez hierarchię, a nawet ciało kobiety mogło być narzędziem do złapania Chrystusa w pułapkę. W tym kontekście wielkość była wyuczonym zachowaniem, które miało na celu osiągnięcie wartości, bliskości z Bogiem i przetrwanie w społeczeństwie. Uczniowie nie trzymali się kurczowo wielkości bez powodu. Stopniowo oduczali się systemu, który wpajał im, że wielkość to jedyny sposób, by być zauważonym i cenionym przez Boga. Uczniowie chodzili z Chrystusem przez trzy lata. To nie wystarczało, aby odwrócić skutki pielęgnowania takiej kultury przez całe dziesięciolecia. Ich zmagania wymagały współczucia, a nie tylko korygowania.

Główna zasada misji Jezusa nie polegała na budowaniu koncepcji wielkości. Jego naczelną zasadą było budowanie nowej tożsamości. Chrystus na nowo zdefiniował służbę, wiarę i religię przez kształtowanie nowej tożsamości. Służba wypływa z tożsamości zakorzenionej w Bogu miłości. Chrystusa nie dążył do przekształcenia rozumienia wielkości przez uczniów. Chciał raczej pokazać, że gdy ich tożsamość jest ugruntowana w Nim, potrzeba dążenia do wielkości znika. Gdy nasza tożsamość jest ugruntowana w Chrystusie, to poczucie bezpieczeństwa staje się najwyższą pozycją, jaką można zająć. Niczego nie trzeba wtedy udowadniać.

To nawiązuje do szerszej dyskusji na temat pychy. Supremacja i poczucie wyższości ujawniają wypaczone zrozumienie własnej wartości i niezrozumienie charakteru Boga. Jeśli chcemy podjąć szczerą rozmowę na temat pychy, musimy również przyjrzeć się pysze obecnej w naszej wspólnocie wiary.

Na przykład, kiedy mówimy, że „jesteśmy resztką”, subtelnie komunikujemy naszą wyższość, ponieważ takie stwierdzenie może to sugerować, że jesteśmy bardziej zjednoczeni z Bogiem niż inni. To samo może się zdarzyć, gdy praktyki takie jak Szabat stają się wyznacznikiem duchowej hierarchii, a nie zaproszeniem do relacji. Mówiąc szczerze, warto również przyznać, że pycha odegrała rolę w powstaniu naszej wspólnoty wiary, kiedy grupa ludzi nabrała przekonania, że wie, kiedy Chrystus powróci, mimo że Biblia jasno stwierdza, że ta wiedza nie została nam objawiona. Dumę jest wpisana w kulturę naszej społeczności i może kształtować naszą teologię, naszą pewność siebie i naszą wspólnotową tożsamość. Duma może także wpływać na sposób w jaki interpretujemy Pismo Święte, czego bronimy z zapałem i na co wolimy nie zwracać uwagi.

Pycha jest niebezpieczna i subtelna i często pozostaje niezauważona w naszym życiu, blokując jednocześnie naszą relację z Bogiem. Ponieważ pycha prowadzi do samowystarczalności, uniemożliwia szczerą autorefleksję i rozwój duchowy. Tylko Bóg może przemienić nasze serca i usunąć pychę.

Bardzo podoba mi się cytat z Przypowieści Chrystusa (p.99): „Wówczas pragnieniem naszej duszy będzie: Panie, weź moje serce, bo ja Ci go dać nie potrafię. Ono jest Twoją własnością. Jest to jedna z najpiękniejszych modlitw, która ostatecznie prowadzi do życia w autentycznej relacji z Bogiem i samym sobą.

Dlatego naśladowcy Jezusa są powołani do prezentowania takiej samej postawy jaką prezentował Jezus – stawiania innych ponad sobą i wyzbywania się pychy. Kiedy naprawdę skupiamy się na tym, kim jest Jezus i co uczynił, nasze poczucie własnej wartości słabnie i uświadamiamy sobie naszą głęboką potrzebę Jego obecności. Rozwój naszej relacji z Chrystusem, jak wskazuje lekcja, zaczyna się od pokory i pragnienia przemiany przez Jego przykład. Jeśli pycha może oznaczać stawianie własnego punktu widzenia ponad Bożym, to pokora nie polega na samo-odrzuceniu lub poniżeniu siebie, lecz na życiu w zgodności z prawdą. Oznacza to postrzeganie siebie i innych tak, jak widzi nas Bóg. Pokora Jezusa nie wynikała ze wstydu czy poczucia niegodności, lecz z miłości, wyraźnej tożsamości i gotowości do służby bez potrzeby udowadniania swojej wartości.

Zaproszenie do życia w pokorze nie polega na tym, by się poniżać lub demonstrować pokorę, lecz na tym, by dać się przemienić przez sposób w jaki Jezus prowadził swoje życie. Jeżeli naprawdę patrzymy na Niego, Jego miłość, Jego służbę, Jego poświęcenie, to wtedy zmienia się sposób, w jaki prowadzimy swoje życie. Zaczynamy służyć innym bez porównywania się, cenić innych bez hierarchii i żyć Jego tożsamością. W ten sposób pokora zostaje zakorzeniona w Bożej miłości i pycha przestaje nad nami panować.



DO PRZEMYŚLENIA

Jaki wpływ może mieć pycha na nasze relacje z Bogiem i ludźmi? Czego Biblia uczy na temat pokory wobec innych ludzi oraz wobec Boga. Droga od pychy do pokory jest głównym tematem w rozwoju wiary. Pycha nie znika natychmiast, a pokora nie jest zdobywana ludzkim wysiłkiem. W obu przypadkach jest to proces, który Bóg dokonuje w nas w ciągu naszego życia, który często jest połączony z wielkim cierpieniem.

Jak zdefiniować słowo „pycha”? Skąd się bierze pycha? Jakie cechy pozwalają rozpoznać pychę u siebie lub u innych?

Pycha narodziła się w sercu Lucyfera. Porównaj jego postawę z postawą Jezusa: Iz 14:12-14 i Flp 2:3-8.

1 Jn 2:15-16. Jaka jest różnica między pożądliwością ciała a pożądliwością oczu? Co te wersety mówią nam na temat pochodzenia pychy? Czy w twoim życiu zdarzają się chwile, kiedy duma jest czymś pozytywnym?

Łk 18:9-14. Gdybyśmy usłyszeli tę przypowieść w czasach Jezusa, jak inaczej byś ją interpretował/a? Co ta historia ma wspólnego z pychą i pokorą? Czy kiedykolwiek modliłeś się do Boga, aby cię upokorzył? Jak się to skończyło? Czy jest to dobry pomysł?

Łk 22:24-27. Uczniowie spierali się między sobą, kto jest największy. Jak odpowiedział Jezus? Kto jest najwyższym wzorem pokory?

Co zmieniłoby się w twojej relacji z Bogiem, gdybyś uwierzył/a, że dostrzeganie w sobie dobra nie jest sprzeczne z Bożą naturą, lecz ją odzwierciedla?

Co zmieniłoby się w twoim życiu gdybyś w pełni przyjął tożsamość synów i córek jaką oferuje Pismo Święte?







Przygotował Jan Pollok

piątek, 10 kwietnia 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

 

Poznanie Boga

Felieton do Szkoły Sobotniej na 11 kwietnia 2026

Trwanie z Bogiem nie polega na robieniu więcej, ale na byciu obecnym i pozwalaniu, by nasze życie łączyło się z Jego życiem w sposób realny i ciągły. Jak w każdej ważnej relacji, zdarzają się okresy bliskości, dystansu, a nawet zagubienia. To nie umniejsza Bożej miłości ani Jego zaproszenia. Wręcz przeciwnie, przypomina nam, że Jego pragnienie, by być z nami, jest stałe, a nie warunkowe.

Biblia pokazuje nam najpełniejszy obraz Boga. Pismo Święte objawia nam, kim On jest, jaki jest i jak odnosi się do nas. Autorzy biblijni konsekwentnie przedstawiają Go jako potężnego, sprawiedliwego, miłosiernego, kochającego, mądrego i wiernego, który daje nam różne powody, by Mu zaufać. Jednocześnie podkreśla, że konflikt we wszechświecie rozpoczął się, gdy Szatan wypaczył charakter Boga, sugerując, że Bogu nie można ufać i że pozbawia On ludzkość tego co dobre. Szatan stara się uniemożliwić ludziom poznanie Boga, ponieważ fałszywy obraz Boga wytwarza dystans, wątpliwości i ostatecznie zrywa relacje.

Bardzo cenne jest pytanie, które autorka stawia w części na poniedziałek: „Czy jest możliwe, że ja również mogę niewłaściwie reprezentować charakter Boga?” Łatwo jest identyfikować zniekształcone obrazy Boga w kulturze, historii, a nawet u innych. Jednak o wiele trudniejsze – ale równocześnie o wiele bardziej owocne – jest spojrzenie do wewnątrz, do swojego życia. Jeśli głównym tematem wielkiego boju jest interpretowanie charakteru Boga, to nasze życie, słowa i postawy mogą pokazywać prawdziwy charakter Boga lub go zniekształcać. Dlatego tego rodzaju samoocena jest niezbędna dla rozwoju i harmonii.

Zatem w jaki sposób możemy wypaczyć obraz Boga? - przez posługiwanie się językiem zbudowanym na strachu, osądzanie, obojętność, czy nawet milczenie. Powyższe pytanie pomaga nam dostrzec, że poznanie Boga oznacza wierne odzwierciedlenie tego, kim On jest. Jednak taka refleksja wymaga pokory, uczciwości i otwartości na działanie Ducha Świętego w nas. Zachęca nas do wyjścia poza apologetyczny język, którym posługujemy się, aby opowiadać o Bożym charakterze i zacząć ucieleśnić Jego charakter w tym jak żyjemy, mówimy i odnosimy się do innych.

Kiedy trwamy w Bogu i żyjemy z Nim, nasze rozumienie Boga jest kształtowane przez nasze doświadczenie Jego bliskości. To doświadczenie kształtuje sposób, w jaki Go przedstawiamy innym. Jeśli nasze doświadczenie Boga jest naznaczone strachem lub dystansem, będzie to widoczne w tym, jak o Nim mówimy i jak traktujemy innych ludzi. Kiedy nasza relacja jest zbudowana na zaufaniu, obecności i poczuciu bycia znanym i kochanym, zaczynamy odzwierciedlać taką samą postawę na zewnątrz. Zaczynamy mniej osądzać i bardziej utożsamiać się z Jego charakterem. Dlatego pod wieloma względami refleksyjne pytanie na temat naszego reprezentowania Bożego charakteru nie dotyczy tylko korygowania błędnego obrazu, ale służy pogłębianiu relacji. Im bardziej żyjemy z Bogiem, tym dokładniej będziemy Go odzwierciedlać.

Z drugiej jednak strony warto pomyśleć, czy rzeczywiście potrafimy poprawnie reprezentować Boży charakter? Czy jest możliwe, że niewłaściwe reprezentowanie Chrystusa jest po porostu częścią naszych ludzkich ograniczeń? Apostoł Paweł przypomina nam, że nosimy skarb o niebywałej wartości „w naczyniach glinianych” (2Kor 4:7). Nie chcę przez to powiedzieć, że nie powinniśmy dobrze reprezentować Bożego charakteru. Warto jednak zwrócić uwagę, że w pytaniu o poprawne reprezentowanie Bożego charakteru może kryć się subtelnie zawoalowany perfekcjonizm, który jest bardzo głęboko zakorzeniony w dużej części chrześcijaństwa.

W historii ludu Bożego, wszystkie osoby, które reprezentowały Chrystusa, nawet te, które reprezentowały Go dobrze, reprezentowały Go również w sposób niedoskonały. Wielu biblistów i nauczycieli, nawet z najlepszymi intencjami, nadal przedstawia Chrystusa i Jego charakter w ograniczony sposób. Nawet uczniowie, którzy żyli z Chrystusem na co dzień, nie rozumieli części Jego przesłania. Zostali ukształtowani przez swój kontekst i kulturę i nawet po zmartwychwstaniu niektóre z tych ograniczeń pozostały nadal widoczne.

Warto zastanowić się nad innym pytaniem, „Co robimy, gdy zdajemy sobie sprawę, że źle przedstawiliśmy Chrystusa?”. Lub: „Jak z pokorą możemy przedstawiać Chrystusa, skoro wiemy, że prawdopodobnie popełniamy błąd?”. Postawienie tego problemu w ten sposób może pomóc nam skłaniać się ku prawości przez wiarę i łaskę, a nie w stronę naszych wysiłkach lub przekonania, że zawsze możemy lub powinniśmy postępować właściwie.

W jakim środowisku i w jakich warunkach możemy wiernie reprezentować Chrystusa - okazywać Bożą miłość innym, walczyć w imieniu potrzebujących lub stawać w obronie tych, którzy potrzebują obrony? Kiedy mimo wszystkich naszych ograniczeń, potrafimy wiernie odzwierciedlać Chrystusa? Kto przedstawił nam Chrystusa w taki sposób, że nauczyliśmy się ucieleśniać Jego miłość, łaskę i miłosierdzie wobec innych? W jakich okolicznościach miłość została nam tak dobrze przedstawiona, że potrafimy ją odzwierciedlać innym? Jakie schematy w naszym życiu pozwalają nam odzwierciedlać Chrystusa, którego spotkaliśmy w Słowie Bożym? Jak mogę pomóc w tworzeniu środowiska, w którym inni mogą doświadczyć tej samej łaski i nauczyć się jak dobrze reprezentować Chrystusa? Analizując powyższe pytania można odejść od prostego schematu dyskusji „dobrze - źle” i nie tyle zajmować się obsesyjnym myśleniem o tym co zrobiłem lub czego nie zrobiłem poprawnie ale raczej zastanowić się jakiego rodzaju środowiska pozwalają nam lepiej poznać Chrystusa, a tym samym Go ukazywać.

Kolejnym tematem, który proponuje nam autorka lekcji jest próba zdefiniowania pojęcia świętość. Często mówimy, że Bóg jest święty. W jaki sposób powinna być zdefiniowana „świętość”. Wydaje się, że nie tyle ważne jest definiowanie świętości i raczej pokazanie jej działania. Na przykład w ewangelii Jana czytamy, że Szabat jest święty lub że Bóg jest święty. Jednak te przykłady nie dostarczają nam definicji świętości. Świętość jest często opisywana jako atrybut Boga, coś nieodłącznie związanego z Jego naturą. Chociaż świętość można rozumieć jako atrybut natury Boga, to jednak miłość jest naturą Boga. Nie sądzę, że świętość można właściwie zrozumieć w oderwaniu od fundamentu jakim jest miłość.

Tak wiele rzeczy w sferze religii jak i w sferze wiary jest sprowadzana do widocznego, mierzalnego, obserwowalnego zachowania. Świętość jest postrzegana w kategoriach działania, jednak miłość dotyka głębszych warstw tożsamości. Wszystko co pochodzi od Boga, jest przedłużeniem, wyrazem lub manifestacją miłości. Świętość jest częścią miłości. Dobroć jest częścią miłości. Sprawiedliwość jest częścią miłości. Miłosierdzie jest częścią miłości. Nie są to cechy konkurujące ze sobą ani odizolowane. Są sposobami opisu pełni boskiej miłości. Są elementami układanki, które pomagają nam zrozumieć, jak wygląda miłość ucieleśniona w relacji do świata.

Kolejna teza, która wymaga starannej refleksji: ludzie nie mogą być święci ani przebywać w obecności Boga. Pismo Święte sprzeciwia się temu poglądowi. Świadectwo biblijne obejmuje ludzi, którzy stali w obecności Boga, oglądali Jego chwałę, rozmawiali z Bogiem, a nawet zmagali się z Nim. Sugerowanie, że ludzkość nie ma dostępu do obecności Boga, pozbawia nasze relacje elementu intymności. Ponadto wydaje się to sprzeczne z innym przekonaniem obecnym w chrześcijaństwie, że Bóg jest wszędzie. Skoro Bóg jest wszędzie, czy mogę być całkowicie odcięty od Jego obecności? Skoro możemy stanąć przed Bogiem w modlitwie, jak można twierdzić, że jesteśmy od Niego całkowicie oddaleni?

Świętość lepiej rozumieć jako coś, co kształtuje się przez bliskość z Bogiem. Jeśli świętość wypływa z miłości, to wraz z pogłębianiem się mojej miłości do Boga i wzrostem mojej intymności z Nim, świętość naturalnie wyraża się w moim życiu. Staje się mniej kwestią osiągnięć, a bardziej tego, co kształtuje się we mnie poprzez bliskość z Bogiem.

Opis stworzenia w księdze Rodzaju pokazuje nam dwa uzupełniające się aspekty Boga, który jest transcendentny i który powołuje świat do istnienia i wykracza poza ludzkie pojmowanie, jak również jest Bogiem osobowym i relacyjnym, który kształtuje człowieka swoimi rękami i wypełnia go tchnieniem życia. Zrozumienie Boga wymaga zarówno prawdy o Jego mocy, jak i Jego bliskości.

Idea, że potrzebujemy „zrównoważonego spojrzenia” na Boga, pozostaje abstrakcyjna, jeśli nie włączymy jej do naszego doświadczenia życiowego. Czymś innym jest intelektualne stwierdzenie, że Bóg jest wszechmocny i głęboko osobisty; i czym ś innym jest włączenie Go w nasze codzienne relacje, Często nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo zostaliśmy ukształtowani przez jedną ze stron. Dla niektórych z nas Boża moc wydaje się dominująca, co prowadzi do relacji naznaczonej raczej ostrożnością, strachem lub dystansem niż zaufaniem.

Często rozumiemy pojęcie „władzy” przez pryzmat naszych ludzkich relacji nacechowanych egoizmem, kontrolowaniem, dominacją lub zdolnością do narzucania swojej woli. To właśnie te rodzaje władzy widzimy ucieleśnione w systemach, przywództwie, a nawet w niektórych formach religii. Kiedy więc słyszymy, że Bóg jest wszechmocny, możemy nieświadomie przypisywać mu te same cechy, wyobrażając sobie Boga, który kontroluje, żąda lub przymusza. Pismo Święte jednak konsekwentnie inaczej definiuje władzę. To prawda, że moc Boga objawia się w stworzeniu, ale także w powściągliwości, cierpliwości, wchodzeniu w ludzką bezbronność, przy pomocy głębokiej miłości. Krzyż stał się najwyraźniejszym obrazem boskiej mocy – nie siły, lecz ofiarnej miłości, która przywraca, a nie dominuje.

Czy doświadczamy Boga jako potężnego i bliskiego, czy też jeden aspekt przyćmiewa drugi w sposób, który wpływa na naszą zdolność do zaufania, odpoczynku i budowania relacji?

Najpełniejszy obraz charakteru Boga został objawiony w Jezusie. Zamiast próbować zrozumieć Boga abstrakcyjnie, jesteśmy zaproszeni do spojrzenia na Jego Syna: Jego słowa, czyny, współczucie oraz ofiarną miłość. Ewangelie dostarczają uzupełniających się perspektyw, które pogłębiają nasze zrozumienie Jezusa, a tym samym Boga. Od Jego obecności wśród ludzkości po obietnicę, że będzie z nami na zawsze, Jezus objawia Boga, który jest bliski i relacyjny. Poznanie Jezusa jest kluczem do poznania Boga. To zrozumienie będzie się pogłębiać przez całą wieczność.

Czasami osoby wierzące, kiedy czują się bezsilni we swoim życiu, zawłaszczają moc Boga, aby poczuć się lepiej. Ich tożsamość jest połączona z Bogiem w zniekształcony sposób, a ich więź z Bogiem nie polega na oddawaniu Jemu czci. Zamiast tego Bóg staje się dowodem ich wyższości nad innymi. Z kolei inni wierzący, żyją w sztywnym pojmowaniu Boga i nie potrafią odkryć i zrozumieć jak bardzo potrzebne są: łaska, współczucie i czułość. Bóg, który nas zbawia, jest również Bogiem, który nas kształtuje.

Ludzie, którzy mają na nas największy wpływ, to nie ci, którzy dominują, ale ci, których obecność wywołuje reakcję i nas mobilizuje. Nauczyliśmy się utożsamiać władzę z dominacją, podczas gdy w rzeczywistości niektóre z najbardziej transformacyjnych form władzy mają swoje korzenie w otwartości i wrażliwości. Chrystus dał temu piękny przykład. Przez całe swoje życie na ziemi przyciągał ludzi, uosabiając przekonanie, uczciwość i gotowość do cierpienia za to, w co wierzył. Jego władza charakteryzowała się osobistym przekonaniem, otwartością i prawdomównością, które są atrybutami wrażliwości.

Stwierdzenie, że Bóg jest Bogiem mocy, samo w sobie nie jest problematyczne. Bóg jest potężny. Bóg jest stwórcą wszechświata, tym, który dokonał cudów. Bycie ukształtowanym przez takiego Boga nie jest problematyczne. Problem leży w definicji mocy, którą ze sobą niesiemy, i w sposobie, w jaki oczekujemy, że Bóg się nam objakwi. Często bierzemy moc Boga i wciskamy ją w schemat naszej własnej, płytkiej wyobraźni, a następnie pozwalamy, by ten wypaczony obraz kształtował nasz sposób postrzegania Boga i siebie nawzajem. Czyniąc tak, ignorujemy sposoby, w jakie Bóg objawił moc również poprzez wrażliwość, uległość, poddanie się, a nawet gotowość do oddania własnego życia.

Reprezentowanie Boga polega na poznaniu Go. Musimy coś wiedzieć, przynajmniej częściowo, aby dobrze Go reprezentować. Dlatego aby dobrze reprezentować Boga, musimy Go poznać zarówno poprzez miłość ojcowską, jak i macierzyńską



DO PRZEMYŚLENIA

Temat naszej lekcji został zaczerpnięty z Jn 17:3 „A to jest żywot wieczny, aby poznali ciebie, jedynego prawdziwego Boga i Jezusa Chrystusa, którego posłałeś. Życie wieczne to poznanie Boga przez Jezusa Chrystusa. Jasne zrozumienie charakteru Boga jest fundamentem mocnej relacji z Bogiem. Mając to na uwadze, autorka lekcji analizuje fragmenty Biblii, które opisują charakter Boga.

W poprzedniej lekcji zastanawialiśmy się, jak można nawiązać żywą relację z kimś, kogo nie możemy zobaczyć, ani usłyszeć, ani dotknąć? Czy jest to możliwe?

Rdz 3,1-5. Jaki cel miał wąż w rozmowie z Ewą? Jakie kłamstwa na temat Boga wypowiedział wąż? W jaki sposób charakter Boga jest wypaczany we współczesnym świecie?

Świętość nie jest słowem, którego ludzie używają dziś często, jednak w Biblii słowo to jest często kojarzona z postacią Boga. Kpł 20:26, 1 Sam 2:2 i Iz 57:15. Co te fragmenty mówią na temat znaczenia świętości?

Flp 2:3-8 i 1 Kor 13:4-8. Ludzkie definicje miłości są bardzo często wypaczone i niedoskonałe. Jak Paweł definiuje miłość? Czego te fragmenty uczą nas na temat miłości? W jaki sposób pogłębiają nasze zrozumienie charakteru Boga?

Rdz 1:1; 2:7 Porównaj opisy Boga w Księdze Rodzaju. Jaką różnicę dostrzegasz? Czy ma to jakieś znaczenie?

Jn 13:3-5; 14:9 Uczniowie dowiedzieli się, że jeśli widzieli Jezusa, to widzieli Ojca. Co widzieli uczniowie?

Mt 1:23 Jakie jest znaczenie imienia Jezus? Jedną ze stylistycznych cech ewangelii Mateusza jest kilkakrotne powtarzanie ważnych idei - Mt 18,20; 28:20.

Prawdopodobnie wszyscy w pewnym sensie zapominamy, aby dziękować Bogu za tak wiele dobrych darów w naszym życiu. Jakie strategie stosujesz, aby wyrażać wdzięczność i uwielbienie w swoim życiu?

Jaka cecha charakteru Boga wywarła największy wpływ na twoje życie?



















Przygotował Jan Pollok

piątek, 3 kwietnia 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora janka Polloka

 

Ocena rzeczywistości

Felieton do Szkoły Sobotniej na 4 kwietnia 2026

Relacja z Bogiem oraz obraz Boga, jaki człowiek posiada, wpływają na wszystko w życiu: małżeństwo, rodzicielstwo, przyjaźnie, decyzje finansowe, wybór zajęć rekreacyjnych, aspiracje i oczywiście na naszą przyszłość w wieczności. Seria lekcji, którymi będziemy się zajmować w tym kwartale nie została napisana przez biblistę ani teologa, lecz przez pedagoga i matkę, która posiada doświadczenie w tworzeniu programów nauczania religii dla szkół średnich. Dlatego lekcje w tym kwartale nie będą technicznymi studiami biblijnymi, jak to często bywało w przeszłości, lecz będą zajmować się temat budowania więzi od strony praktycznej. Autorka zwróciła uwagę, że temat lekcji w tym kwartale będzie miał charakter osobisty i będzie dotyczyć Boga, który nie tyle domaga się od nas wiary, ile więzi, czyli relacji. Jest to zasadnicza zmiana, ponieważ zachęca nas do wyjścia poza jedynie myślenie o Bogu i do zaangażowania się w relacje z Nim.

Jak opisalibyście swoją więź z Bogiem? Czy jest żywa i mocna? – nie tyle w teorii, ile w praktyce? Czy świadomie ją pielęgnujemy, czy też zakładamy, że istnieje, ponieważ kiedyś istniała?

Relacja z Bogiem może być płynna i dynamiczna. Niektórzy z nas opisują swoją relację z Bogiem jako silną, inni z kolei jako odległą lub jako istniejącą gdzieś pomiędzy. Większość z nas nie żyje w skrajnościach, lecz gdzieś „pomiędzy” – w rytmach, które łatwo mogą stać się rutyną, a nie relacją. Relacja z Bogiem jest kształtowana przez to, kim jesteśmy jako jednostki. Nie ma dwóch osób, które podchodzą do Boga w dokładnie taki sam sposób. Dlatego chociaż rytmy odgrzewają ważną rolę, to jednak zrozumienie naszej relacji z Bogiem wymaga czegoś głębszego.

Wydaje się, że autorka mierzy jakość relacji głównie przez ilość czasu przeznaczonego na lekturę, modlitwę czy dzielenie się ewangelią. Bez wątpienia te czynności mają wielkie znaczenie, ale relacja to również świadomość, zaufanie i obecność. Można przeżywać czas na wykonywaniu duchowych czynności, nie doświadczając jednocześnie bliskości i odwrotnie można być głęboko połączonym z Bogiem pośród zwyczajnego, zabieganego życia. Być może więc pytanie powinno brzmieć nie tylko ile czasu, ale jakiego rodzaju jest to połączenie.

Autorka zabiera nas w podróż do tekstu Apokalipsy 3. „Letni” język w Ap 3 ma pełnić rolę ostrzegawczą. Słowa Jezusa, choć mocne, świadczą o istnieniu więzi. Jezus nie stawia diagnozy z dystansu, lecz mówi jak ktoś, kto zna nas w pełni. Problemem nie jest samo zachowanie, ile raczej odłączenie ukryte pod maską samowystarczalności. Zaproszenie jest uderzające. Jezus nie zawstydza ludzi, lecz oferuje im wymianę. To, czego nam brakuje, On nam dostarcza. To, czego nie możemy wytworzyć sami, On nam daje hojnie. Wezwanie nie polega na tym, by się bardziej starać, ale by stać się bardziej szczerym, bardziej otwartym i bardziej chętnym do przyjmowania.

Być może głębsze zaproszenie w tym tygodniu nie tyle dotyczy oceny naszych relacji z Bogiem ile raczej pytania: W którym miejscu w moim życiu zaakceptowałem coś co nie jest więzią? Co ważniejsze: Czy jestem gotowy pozwolić Bogu spotkać się ze mną nie z potępieniem, ale z taką jego obecnością, która wszystko zmienia? Czy jestem gotowy przestać zachowywać się, tak jakby moja relacja z Bogiem polegała na odhaczaniu kolejnych pozycji na liście rzeczy do zrobienia w danym dniu, a zamiast tego skupić się na rozszerzeniu Jego obecności na wszystkie części mojego dnia? Czy jestem gotowy wyjść poza samo przeżywanie czasu z Bogiem i zacząć pielęgnować prawdziwą świadomość Jego obecności, która kształtuje sposób, w jaki żyję, reaguję i kocham?

Czy jest możliwe, że służymy Bogu ze strachu? Wyobraźmy sobie, że ktoś opisuje swój związek z małżeńskim partnerem w następujący sposób: „Robię to co robię, ponieważ boję się, co mogłoby się stać gdybym tego nie zrobił” lub: „Są zasady, których muszę przestrzegać, bo inaczej…”. Czy taki język jest toksyczny, czy jest obraźliwy? Czy lepiej byłoby, aby taką relację przerwać?

Spróbujmy przenieść te pytania na nasze relacje z Bogiem. Czy jest możliwe, że w taki sposób odnosimy się do Boga i czujemy, że On w taki sposób odnosi się do nas? Czy jest możliwe, że ciągle odczuwamy niepokój, że postępujemy niewłaściwie, lub czy jedna zła decyzja powoduje lęk przed sądem i lęk przed porzuceniem? Czy jest możliwe, że tego rodzaju relacji, które czasami wydają się nam wyrażeniem oddania, są w rzeczywistości przywiązaniem zbudowanym na strachu?

Czy warto zadawać trudne pytania dotyczące jakości naszych przekonań religijnych? Jakie jest nasze zrozumienie Boga i na czym polega nasza intymność z Nim? Jestem głęboko przekonany, że nasza relacja z Bogiem nie może polegać na odhaczaniu kolejnych pozycji na liście praktyk duchowych. Warto zbadać przyczynę naszych lęków, założeń i odziedziczonych przekonań religijnych, które kształtują nasz sposób postrzegania Boga.

Problem „letniości” o który mowa w Ap 3 jest szczególnie aktualny. „Letniość” jest często ujmowana w kategoriach niewystarczającej aktywności duchowej – zbyt małej ilości modlitw, zbyt małej ilości czytania, zbyt małej ilości działania. Czy jest możliwe, że ta definicja jest zbyt wąska? Letniość to nie tylko brak widocznej pobożności. To konflikt w sercu. Letniość wygląda jak nadużywanie imienia Boga. Wygląda jak wyznawanie wiary, a jednocześnie ucieleśnianie wartości, które jej się sprzeciwiają. Wygląda jak hojność w jednej dziedzinie i milczenie w obliczu niesprawiedliwości w innej. To nie tylko zaniedbywanie duchowych nawyków. To udawanie pobożności, a jednocześnie zaprzeczanie jej mocy. To życie w napięciu między tym, co deklarujemy, a tym, co faktycznie wyznajemy. Letniość to moralny i relacyjny dysonans.

W części na poniedziałek autorka napisała: „Jednak ponieważ [Bóg] miłuje nas tak bardzo, karci nas i upomina z powodu naszego obecnego stanu duchowego.” Niestety po raz kolejny pojawił się język, który nawiązuje do przemocy i niezdrowej dynamiki relacji. Mówiąc dokładniej, odwołuje się do logiki relacji kształtowanych przez nierównowagę sił. Według tej koncepcji Bóg koryguje ludzkość według zasady: „On kocha nas tak bardzo, że karci nas w naszym obecnym stanie. Pragnie, abyśmy posiadali silniejszą i głębszą relację z nim”. Według tej koncepcji Bóg karci nas dla naszego dobra.

Takie ujęcie przypomina głos rodziców, który biją swoje dzieci mówiąc: „To boli mnie bardziej niż ciebie” albo „Robię to, bo cię kocham”. Takie sformułowanie może wydawać się głęboko sprzeczne, w momencie, gdy dziecko doświadcza bólu fizycznego, a jednocześnie jego ból jest umniejszany lub traktowany jako słabszy niż odczucia osoby, która go zadaje.

Co więcej, stwierdzenie, że Bóg kocha nas tak bardzo, że karci nas i pragnie o wiele głębszych relacji z nami, brzmi jak język często używany w związkach opartych na przemocy. Ktoś wyrządza krzywdę, uderza partnera, a potem mówi: „Przepraszam. Po prostu tak bardzo cię kocham. Byłem zły. Bałem się, że ciebie stracę”. Gdyby to odnieść do relacji z Bogiem – Bóg nas karci, gani lub karze ponieważ pragnie bliższej relacji – to kto chciałby być w związku z takim partnerem? Bóg, który nie tylko określa standardy dobra i zła, ale także ma moc karania, gdy im nie sprostamy. Jak intymność może rozkwitać w takim środowisku?

Takie rozumienie Boga ułatwia interpretację trudnych momentów życia – okresów cierpienia i smutku, które pojawiają się tylko dlatego, że jesteśmy ludźmi i żyjemy w zepsutym świecie – jako dowodu na to, że zawiedliśmy lub że Bóg jest z nas niezadowolony. Łatwo jest zinterpretować ten ból jako karę boską, zamiast postrzegać cierpienie jako część natury grzesznego świata, w którym żyjemy. Łatwo jest również założyć, że powodzenie i sukces są dowodem boskiej łaski, tak jakby dobrobyt potwierdzał, że zrobiliśmy coś dobrze. Jednak takie wnioski są zbudowane na kontraktowym rozumieniu relacji, a nie na zrozumieniu relacji zakorzenionych w autentycznej miłości.

Znacznie lepiej jest opisać grzech, pokutę a nawet Boże napomnienie w inny sposób: Bóg rozumie, że grzech jest szkodliwy i nas niszczy. Zaburza naszą więź z Bogiem i nasze wzajemne relacje. Greckie słowo tłumaczone jako „pokuta”, zawiera element przemiany umysłu, zawrócenia lub przemyślenia. Boże pragnienie abyśmy pokutowali nie jest zakorzenione w nierównowadze sił ani w chęci kontroli. W związku z tym, nasze dążenie do pokuty nie powinno być motywowane strachem przed karą. Pokuta jest zaproszeniem do zmiany orientacji. Jest przyjęciem Bożego wezwania do odwrócenia się od tego, co nam szkodzi i co oddziela nas od Boga. Pokuta, która nie jest podyktowana strachem, zmienia całkowicie ton relacji. Przechodzi ona od kontroli do zaproszenia, od lęku do zgodności.

W Ap 3:20 Jezus został przedstawiony, gdy stoi u drzwi i czeka, by wejść i spożyć z nami wieczerzę. Obraz Boga pukającego, czekającego i pragnącego bliskości wydaje się spójny z relacją zbudowaną na nieprzymuszonej miłości.

Czy jest możliwe, że niektórzy ludzie tracą wiarę w Boga z powodu języka, którym posługujemy się, aby opisać działanie Boga? Język, który przedstawia Go jako tego który dominuje, kontroluje, a nawet mści się, który karze, aby nas ulepszyć nie otwiera ludzkich serc. Ludzki język używany do opisu charakteru Boga jest ograniczony i jest nacechowany naszymi ludzkimi wyobrażeniami na temat Boga. Warto postawić pytanie czy język używany do opisu Boga byłby akceptowalny w każdej zdrowej relacji międzyludzkiej. Jeśli nie, może to być znak, że powinniśmy na nowo przemyśleć sposób w jaki nauczono nas wyobrażać sobie Boga.

Wiele osób nie tylko zinternalizowało taką wersję Boga, która została zbudowana na strachu, ale także zbudowało wokół takich idei całe systemy, swoją tożsamość, a nawet powołanie. Kiedy taki obraz zostaje zakwestionowany, niektóre osoby mogą odczuwać, że nie jest to tylko teologiczny spór; może to być postrzegane jako zagrożenie dla sensu, stabilności, a nawet pracy, w którą niektórzy zainwestowali całe swoje życie.

W relacjach międzyludzkich, gdy ktoś zaczyna kwestionować niezdrowe wzorce, może to wywołać napięcie – nie dlatego, że nie jest to zgodne z prawda, ale dlatego, że burzy status quo, czyli to, co zostało znormalizowane. Gdy dotyczy to całej społeczności, staje się to jeszcze bardziej złożone. Ludzie nie tylko bronią idei Boga. Często chronią wersję Boga, która nadała sens ich światu, uzasadnia ich doświadczenia lub jest zgodna z tym, jak nauczyli się zarządzać władzą, autorytetem i przynależnością. Dlatego warto postawić pytanie, czy widzimy obraz Boga wyraźnie, czy po prostu powtarzamy coś, czego nauczyli nas ludzie próbujący zrozumieć Boga przez własne, trudne doświadczenia?

Czasami ludzie bardziej bronią modelu Boga stworzonego przez siebie niż samego Boga. Kiedy taki światopogląd obejmuje strach, kontrolę lub brak równowagi, logiczne jest, że ludzie albo mocno się go trzymają, albo zaczynają go poważnie kwestionować. Nasza lekcja stanowi zatem ważne zaproszenie nie tylko do oceny naszych relacji z Bogiem, ale także do zbadania wersji Boga, którą odziedziczyliśmy, uwewnętrzniliśmy, a być może nawet pomogliśmy przekazać ją innym. Jeśli Bóg jest naprawdę dobry, to dążenie do Niego powinno ostatecznie prowadzić do większej wolności, głębszego zaufania i pełniejszej miłości.

W tym tygodniu zwróciliśmy również uwagę na znaczenie ilustracji z Jn 15:1-10 o winnym krzewie i latoroślach. Połączenie latorośli z winnym krzewem jest symbolem życia i produktywności. Bez Chrystusa nic nie możemy uczynić, a duch Boży w nas przynosi życie oraz „owoc”. Tylko do pewnego czasu możemy udawać, że w Nim trwamy, gdy tak naprawdę jesteśmy odłączeni. Jednak z czasem, gdy nie jesteśmy połączeni ze źródłem życia i miłości, nasze czyny to ujawnią.

Autorka lekcji w części na środę napisała: „Trwanie w Jezusie oznacza przestrzeganie Jego przykazań …”. Problem z tym stwierdzeniem polega na tym, że ktoś może przeczytać takie stwierdzenie i zrobić dokładnie to, przed czym ostrzega ta lekcja: pozornie trwać w Bogu, a w rzeczywistości nie mieć kontaktu ze źródłem Bożej łaski oraz z Jego Duchem. Żeby była jasność nie twierdzę, że ludzie nie powinni przestrzegać przykazań. Jednakże teza, że „trwać oznacza przestrzegać przykazań”, może przekonać osoby, dla których wiara jest synonimem aktywności religijnej, że robienie czegoś dla Boga jest cenniejsze niż bycie połączonym z Nim i pozwalanie Mu działać w nas i przez nas. Oczywiście, że można przestrzegać przykazań zewnętrznie, ale jak ostrzegał Jezus w Kazaniu na Górze, najważniejsze jest to, co jest w naszym sercu, czego nikt nie widzi i czego nie możemy zmienić. Jak zauważył Jezus, człowiek może przeżyć swoje życie bez morderstwa, ale nienawiść do kogoś jest równoznaczna z popełnieniem morderstwa.

Być może patrząc szerzej, będziemy mogli zauważyć systemy zbudowane po to, by stworzyć wrażenie trwania w Chrystusie, które, paradoksalnie, używają języka trwania jako środka do kontrolowania ludzi – zwłaszcza tych, którzy rozliczają się z krzywd lub nadużyć popełnionych w systemie lub przez niego. Ludzie, którzy znajdują się na zewnątrz systemów, zwłaszcza religijnych, szybko zauważą, że osoby sprawujące władzę często czują się zobowiązane do definiowania, jak powinno wyglądać i co oznacza trwanie. Czy jest możliwe, że ktoś prawdziwie trwający w Chrystusie może lepiej ocenić które gałęzie powinny zostać wycięte z kościelnych systemów ponieważ reprezentują rzeczy, które nie pochodzą od Boga i które są raczej zgodne z toksycznym obrazem Boga?

Dlatego warto postawić sobie pytanie, czy trwamy w Chrystusie wystarczająco dobrze? Autorka stwierdziła: „Prawda jest taka, że nie jesteśmy w stanie o własnych siłach trwać w Jezusie, podobnie jak gałązka nie jest w stanie sama wszczepić się w krzew. Bóg pierwszy nas umiłował i to od Niego pochodzi inicjatywa. Nasza odpowiedź zawsze jest tylko reakcją na to, co Bóg pierwszy uczynił dla nas.”

W Jer 31:3 Bóg oznajmia: „Miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego tak długo okazywałem ci łaskę.”. Prorok mówi nam nie tylko, że Boża miłość obejmuje wszystkie czasy (przeszły, teraźniejszy i przyszły), ale także, że to Bóg okazuje łaskę, bezwarunkową miłość, aby dokonało się coś, co jest całkowicie poza naszym zasięgiem. Możemy odpowiedzieć na tę miłość, która jest ponad czasem, ponad naszymi wadami, ponad naszymi nieudanymi próbami i trwać wciąż na nowo w tej Jego miłości. Tak jak Bóg dał ludzkości przedsmak boskości, stwarzając ludzi na obraz Boży, tak nasze relacje z innymi ludźmi mogą dać nam przedsmak tego, jak wygląda relacja z Bogiem. Namacalna więź międzyludzka oferuje nam bardziej przystępny sposób zrozumienia intymności z nieuchwytnym Bogiem.

Życie z Bogiem nie polega na tym co można zyskać lub stracić. Koncentruje się na radości z przebywania w Bożej obecności po prostu dlatego, że On jest. Kiedy się nad tym zastanawiamy to zauważymy, że nie musimy się zmuszać do przebywania z kimś kogo naprawdę kochamy i przez kogo jesteśmy kochani i w obecności tej osoby czujemy się spełnieni. Gdy jesteśmy z kimś, kogo naprawdę kochamy i kto naprawdę nas kocha nie czujemy, że musimy sobie zasłużyć na prawo do pozostania blisko tej osoby. Jeśli trwanie w Bogu wydaje się trudne, być może dzieje się tak ponieważ nasze rozumienie Boga sprawiło, że bliskość z Nim wydaje się niebezpieczna.

Tak jak winorośl czasami rośnie powoli, tak i nasze relacje z Bogiem mogą rozwijać się powoli. Ten szczegół wnosi ulgę w życiu tych, którzy czują, że ich relacja z Bogiem musi być zawsze liniowa i stale się rozwijać. Jednak takiego procesu nie możemy zaobserwować w żadnej innej relacji w naszym życiu. Przyjaźnie przechodzą przez wzloty i upadki. Rodzice i dzieci przechodzą przez okresy napięcia, małżeństwa przez nieporozumienia i dystans. Czasami pojawia się zamęt. Czasami ból. Wierząca osoba powinna zrozumieć, że takie same realia pojawiają się w naszych relacjach z Bogiem. Odczuwanie napięć i zamętu nie umniejsza Bożej miłości do nas lub zagraża Bożej obietnicy zbawienia.

Faktycznie, gdyby więcej wierzących osób czuło, że ich relacje z Bogiem rozwijają się powoli i nabierają naturalnego kształtu, presja na praktykowanie powierzchownej religijności byłaby znacznie mniejsza. Zaproszenie do trwania w Bogu nie jest kruche. Nie jest warunkowe. Nie zostanie odwołane. Nawet w okresach, kiedy nie przyjmujemy tego zaproszenia w całości, ono zawsze pozostaje. Zawsze jest tutaj i czeka na nas.



DO PRZEMYŚLENIA

Autorka sugeruje, że nasz duchowa podróż to maraton, a nie sprint. Czego możemy się nauczyć z tej analogii?

Co musi się wydarzyć, aby nawiązać z kimś relację? Jak można mieć żywą relację z Bogiem, skoro nie można Go zobaczyć, usłyszeć ani dotknąć?

Co mógłby powiedzieć Jezus, gdyby miał opisał twoją relację z Nim właśnie teraz? Autorka sugeruje, że Ap 3:14-22 (przesłanie do Laodycei) jest istotne w kontekście tego pytania. Jezus opisuje w tym fragmencie stan kościoła w Laodycei. W teologii adwentystycznej rozumiemy, że ten fragment odnosi się do nas. Czy analiza Jezusa jednostki czy instytucji? Czego dotyczy kluczowy temat w tym fragmencie?

Czego dotyczy rada, jakiej udzielił Jezus w Ap 3:18-19?

Ap 3:20. Do czego Jezus zaprasza Kościół i jakie są tego konsekwencje? W jaki sposób można otworzyć duchowe drzwi?

Ap 3:21. Pomimo nędznego stanu, Laodycea otrzymała największą nagrodę z wszystkich które zostały skierowane do siedmiu kościołów. Co mówią autorzy biblijni na temat relacji Boga z ludźmi (Rdz 2:7; 3:8-10; 5:24; 6:13; 12:1-4)? Co jest największą przeszkodą w relacji z Bogiem?

Jn 15:1-11. Co reprezentują gałęzie w tej metaforze? W jaki sposób wersety z Jn 20:29-31 i 17:20 pomagają wyjaśnić ten temat? Jakie konsekwencje wynikają z metafory krzewu winnego oraz gałęzi dla naszej relacji z Bogiem?

Czego mogą dotyczy wydarzenia w twoim życiu, które doprowadziły do letniości w twoich relacjach z Bogiem? Jak do tego doszło i co pomogło ci wyjść z tego stanu?































Przygotował Jan Pollok

piątek, 27 marca 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

 

Trwanie we wszystkim co jest wolą Bożą.

Felieton do Szkoły Sobotniej na 28 marca 2026

Czy możemy naprawdę pozostać radośni i wdzięczni w obliczu zniechęcających okoliczności lub cierpienia?

Wielu chrześcijan zmaga się z koncepcją poznania i spełnienia woli Bożej. W jaki sposób zdaniem Pawła naśladowcy Chrystusa mogą zjednoczyć się i żyć zgodnie z wolą Bożą? Według Pawła misja będzie najskuteczniejsza wtedy, gdy ludzie będą żyć i pracować razem: Żydzi i poganie, chrześcijanie o różnym pochodzeniu, mężczyźni i kobiety.

Paweł świadomie budował więzi i jedność między wierzącymi, bez użycia nowoczesnych narzędzi komunikacji. Przez osobiste pozdrowienia i więź oraz docenianie współpracowników, Paweł przypominał Kościołowi, że są częścią czegoś większego niż oni sami. Pragnął, aby zarówno wierzący, którzy pochodzili ze środowiska żydowskiego jak i pogańskiego współpracowali harmonijnie, pokazując, że jedność w Chrystusie może przezwyciężyć podziały. Ogólnie rzecz biorąc, w zakończeniu listu do Kolosan Paweł zwrócił uwagę na znaczenie pielęgnowania jedności w Kościele, zachęcając wierzących do aktywnego działania na rzecz jedności i rozwiązywania podziałów które pojawiały się w lokalnych społecznościach.

Autor podręcznika zwrócił uwagę na szacunkową ilość kilometrów, które przebył Paweł w czasie swojej misji. Myślenie o misji Pawła w tych kategoriach pozwala nam wyobrazić sobie jak wielka musiała być skala jego zaangażowania. Paweł był głęboko oddany sprawie głoszenia ewangelii. Jest coś niezaprzeczalnie pięknego w tym poziomie zaangażowania, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę jak trudno jest dzisiaj uzyskać jakikolwiek poziom zaangażowania.

Autor kończy część lekcji na poniedziałek stwierdzeniem: „Zagrożenia dla jedności Kościoła nie są niczym nowym. W ostatnich latach Kościół adwentystów przeszedł głębokie zmiany w miarę swojego ogólnoświatowego rozwoju, a różnego rodzaju siły przeciwdziałały jego jedności. Ten nacisk może być odczuwalny na każdym poziomie organizacji kościelnej.” Pogląd, że globalne rozprzestrzenianie się adwentyzmu w jakiś sposób zagraża jedności, wydaje się dziwny w przypadku wyznania religijnego, które szczyci się pracą misyjną, którą wykonuje. Zamiast celebrować fakt, dynamicznego rozwoju, który przynosi różnorodność perspektyw i sposobów odnoszenia się do Boga, różnorodność ta została przedstawiana jako coś, czego należy się obawiać. Taka perspektywa sprzyja powstawaniu tzw. bańki informacyjnej, podsyca podejrzliwość, zachęca ludzi do lekceważenia innych kultur i ostatecznie przeczy samemu przesłaniu „dzielenia się dobrą nowiną”.

Osoby z różnych środowisk, które dołączają do naszego Kościoła, często odkrywają po pewnym czasie ograniczenia naszej adwentystycznej kultury. Zaczynają zastanawiać się, czy rzeczywiście mieszczą się w obrębie naszego wyznania wiary. Jak szeroka jest platforma teologiczna na której się znajdują? Tego rodzaju pytania mogą poszerzać zrozumienie i pogłębiać odpowiedzialność, jednak często są określane jako wyraz braku jedności.

W kontekście zacytowanej wyżej wypowiedzi zastanawiam się w jaki sposób autor definiuje pojęcie jedności. Zauważyliśmy już wcześniej w czasie naszych studiów, że odczuwanie zagrożenia jedności w Kościele może faktycznie być oznaką działania ducha Chrystusa. Jedność może być często błędnie rozumiana jako jednolitość, gdzie wszyscy myślą, wierzą i wyrażają wiarę w taki sam sposób. W niektórych środowiskach adwentystycznych jedność może być subtelnie utożsamiana ze zgodą: jesteśmy zjednoczeni, ponieważ wszyscy postrzegamy rzeczy w ten sam sposób. Jednak ten rodzaj jedności jest kruchy, ponieważ jest zbudowany na identyczności, a nie na relacjach. Według Biblii jedność ma swoje korzenie w Chrystusie, a nie w identycznych poglądach. Pawłowy obraz ciała (1 Kor 12) jasno pokazuje, że jedność obejmuje różnorodność. Nawet we wczesnym Kościele możemy zaobserwować szereg różnych nieporozumień, przy równoczesnym, wspólnym zaangażowaniu w misję Chrystusa. Oznacza to, że konflikty są możliwe nawet wtedy, gdy panuje jedność. W rzeczywistości konflikt nie jest wrogiem jedności. Gdy podchodzimy do niego z pokorą, miłością i gotowością słuchania, konflikt może stać się narzędziem, dzięki któremu kształtuje się głębsza jedność, wzajemne zrozumienie i uświadomienie sobie naszych własnych uprzedzeń.

Wspólnota może osiągnąć swego rodzaju „jedność”, ale pod spodem kryje się wymuszona identyczność. Emocje są tłumione, różnice zacierane, a konflikty eliminowane kosztem samej wspólnoty. To, co wygląda na pokój, jest w rzeczywistości kontrolą, a to, co wygląda na jedność, jest w rzeczywistości brakiem prawdziwej relacji, wyboru i empatii. W przeciwieństwie do takiego obrazu, jedność, do której wzywa nas Chrystus, nie unika napięcia, ale się nim zajmuje. Pozwala na odczuwanie, kwestionowanie, a nawet nieporozumienia, pozostając jednocześnie zakorzeniona w miłości i wspólnej przynależności. To przejście od „musimy być tacy sami, aby być razem” do „jesteśmy razem, więc podejmiemy się trudu zrozumienia się nawzajem”.

Co to oznacza w kościele adwentystycznym? Kiedy ktoś ostrzega nas, że jedność jest zagrożona, warto postawić sobie pytanie, jakiego rodzaju jedności bronimy? Jeśli jedność oznacza bycie takim samym, unikanie trudnych rozmów lub uciszanie głosów, które stawiają nam wyzwania, to w takich przypadkach jedność oznacza, obronę komfortowego stanowiska lub przywileju kontrolowania. Jeśli natomiast jedność ma swoje korzenie w Chrystusie, to tworzy przestrzeń dla szczerego dialogu, różnorodnych perspektyw, a nawet napięć, ponieważ ufa, że miłość może nas zjednoczyć pomimo różnic zdań. Prawdziwa jedność nie jest zagrożona przez głębokie, szczere pytania, świadomość kulturową ani odmienne doświadczenia; raczej przeciwnie - jest przez nie wzmacniana.

Paweł zwraca uwagę na znaczenie posiadania jasnego, konkretnego celu w życiu chrześcijańskim. Z Kol 4:12–13 dowiadujemy się, w jaki sposób Epafras definiuje ten cel. Mianowicie modli się on, aby wierzący stali mocno, rozwijali swój charakter i trwali we wszystkim co jest zgodne z wolą Bożą. Oznacza to ugruntowanie w wierze, rozwijanie miłości na wzór Chrystusa i życie z pełnym zaufaniem do Bożych obietnic.

Kluczowe słowa w tym fragmencie to: być doskonałym (dojrzałym, kompletnym) trwać we wszystkim co jest wolą Bożą. Te cechy pokazują, jak wygląda ugruntowane i celowe życie chrześcijańskie. „Stać” oznacza trwać w wierze i wartościach, nawet w obliczu wyzwań. „Doskonałość” wskazuje na duchową dojrzałość wyrażaną w miłości, cierpliwości i łasce wobec innych. Być „doskonałym” oznacza żyć z ufnością i pewnością co do obietnic i wskazówek Boga, a nie z ciągłym zwątpieniem.

Słowo „doskonały” oznacza również dojrzały lub kompletny. W kilku biblijnych fragmentach, na przykład w Księdze Hioba (36:4; 37:16), użyte jest hebrajskie słowo tamim. Nie oznacza ono bezgrzeszności ani nieskazitelności. Wskazuje ono raczej na idę prawości. Ta sama myśl pojawia się w Mt 5:48 (Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest.) Postrzeganie doskonałości jako prawości, a nie bezgrzeszności, przesuwa uwagę od obsesyjnej nieskazitelności w stronę życia, które jest pełne i spójne.

Czynienie „całej woli Bożej” przypomina nam, że wiara powinna być wpleciona w każdy aspekt naszego życia – nasze relacje, decyzje, pracę i codzienne interakcje. Idee Pawła wzywają nas do prowadzenia życia stabilnego, które rozwija się i jest w pełni zgodne z Bożym celem, który polega na odzwierciedlaniu Chrystusa nie tylko w wierze, ale także w sposobie, w jaki żyjemy.

W naszym kościelnym środowisku czasami pojawia się idea bycia w świecie, ale nie z tego świata. Często ta koncepcja sprowadza się do płytkich wyznaczników, takich jak dieta, muzyka czy zewnętrzne zwyczaje. Rzadko jest ona ujmowana w kategoriach charakteru. Rzadko wskazuje na ludzi, którzy kochają głęboko, dążą do sprawiedliwości lub narażają się na ryzyko dla dobra innych. Wiara, która naprawdę „nie jest z tego świata”, charakteryzuje się radykalnym zaangażowaniem w okazywanie miłości i równości. Tego rodzaju świadczenie wyróżnia się o wiele bardziej niż dietetyczne zwyczaje czy typ nabożeństwa. Innymi słowy, jest to zaproszenie do demonstrowania przemienionego sposobu bycia.

Życie ukształtowane przez Chrystusa powinno być najbardziej widoczne w tym, jak kochamy, jak dążymy do sprawiedliwości i jak pomagamy innym, zwłaszcza gdy nas to kosztuje. Takie świadectwo wyróżnia się w sposób, w jaki inne, powierzchowne świadczenie nigdy nie potrafi tego dokonać.

W lekcji położony został również silny nacisk na znaczenie czujności oraz pilności czy rychłości. To prawda, że bycie przygotowanym jest cenne, jednak ciągłe naciskanie na pilność może być paraliżujące. Obietnica powrotu Chrystusa wydaje się mniej związana z pilnością, a bardziej z pewnością. Nie jest to po prostu wezwanie do ciągłego niepokoju czy starania się, ale zaproszenie do zaufania temu, co już zostało zapewnione wcześniej.

Obietnica powrotu Chrystusa powinna nas zakotwiczyć, a nie wyczerpywać. Kiedy ta obietnica przeradza się w nieustanną presję lub niepokój, może zmienić ton wiary z czegoś co jest życiodajne na coś, za czym wciąż próbujemy nadążać. Miłość w sposób naturalny rodzi wierność, a nie zmusza do niej. W ten sposób powstaje relacja a nie ciągłe staranie się.

To ważne, aby ton naszego poselstwa nie był „ciężki”, ale raczej pełen nadziei. Jeśli ewangelia jest dobrą nowiną, powinna tworzyć przestrzeń dla zaufania, a nie tylko dla pilności/rychłości. Ewangelię można przyjąć ze strachu lub z radości. Jest ona zaproszeniem do ponownego skupienia wiary wokół czegoś co umacnia i podtrzymuje - wokół relacji, miłości i pewności tego, kim jest Chrystus i co już dla nas uczynił.

Autor powtarza schemat starania się i niepokoju zwłaszcza w rozważaniach na temat poselstwa do Laodycei i powracającym motywie braku odpowiedzi ze strony wierzących na Boże powołanie. Końcowe pytanie dotyczy tego, co należy czynić, aby pozostać wiernym Bogu. Prawdziwa miłość nie wyraża się w postaci lęku o dochowanie wierności. Osoba, która prawdziwie kocha drugiego człowieka, nie pyta ciągle, jak pozostać wiernym. Wierność staje się naturalnym następstwem tej miłości.

Jeśli Chrystus naprawdę w nas mieszka, to Jego życie prowadzi nas w stronę ludzi, a nie odprowadza nas od nich. Polega to na tym, że stajemy po stronie tych, którzy się boją, słuchamy tych, których głosy są często ignorowane, stawiamy czoła systemom lub postawom, które dehumanizują oraz tworzymy przestrzeń, do której ludzie należą, a nie są wykluczani. Na tym polega życie w relacji z Chrystusem, który przekształca nas w taki sposób, by aktywnie sprzeciwiać się złu w otaczającym nas świecie, w tym również w Kościele.



DO PRZEMYŚLENIA

Paweł nie dzieli się w liście do Kolosan detalami ze swojego życia. Pozostawił to Tychikowi i Onezymowi. Ich zadaniem było poinformowanie kościoła w Kolosach o wszystkim, co się z nim dzieje. Przekażą oni wieści na temat Pawła i opowiedzą o jego nadziei na osobiste spotkanie z nim. W swoich listach oraz w Dziejach, Paweł wspomina ponad 100 chrześcijan, którzy z nim współpracowali. W samym tylko liście do Rzymian 16 wymienia 26 osób. To był również kościół, którego Paweł wcześniej nie odwiedził. Jakie wnioski można z tego wyciągnąć?

Kol 4:10-11. W jaki sposób Paweł zachęcał do budowania więzi? Paweł łączy swoją małą grupę ludzi, którzy go odwiedzali i służyli mu w więzieniu (trzech Żydów i trzech pogan), oraz małą grupę chrześcijan w Kolosach (Nymfa i Archippa). Dlaczego jest to ważne dla nich i dla nas?

Kol 1:7-8; 4:12. Epafras mieszkał w Kolosach, ale pierwotnie musiał usłyszeć ewangelię od Pawła podczas wizyty w Efezie. Został ewangelistą, aby głosić ewangelię swojemu ludowi. Czego możemy się nauczyć z jego modlitwy, aby Kolosanie „byli doskonali i trwali we wszystkim, co jest wolą Bożą”?

Kol 4:14-15. Czego możemy się dowiedzieć o Łukaszu, Demasie i Nimfie? Dlaczego Paweł, który miał moc uzdrawiania, podróżował z lekarzem? Demas jest wspomniany w Biblii trzykrotnie (Flm 24; Kol 4:14; 2 Tm 4:10). Czego możemy się nauczyć z jego biografii?

Nimfa była chrześcijanką i mieszkała, prawdopodobnie w Laodycei lub sąsiednim mieście Kolosy w której domu wierni gromadzili się na nabożeństwie. Okazywała swoją wiarę poprzez praktyczną miłość i gościnność, co było kluczowym aspektem budowania wspólnoty w I wieku n.e.

Warto zwrócić uwagę, że we wczesnym Kościele kobiety odgrywały ważną rolę. Między innymi były uznanymi prorokiniami (córki Filipa Dz 21:9); nauczycielkami (Pryscylla Dz 18,26; „uczące tego co szlachetne” - Tt 2,3); przywódczyniami Kościoła (Rz 16:1.3-5; Flp 4:3; Kol 4:15), a nawet być może apostołkami - Junia (Rz 16:7)? To pokazuje, że w Nowym Testamencie kobietom powierzono posługę głoszenia Słowa.

Kol 4:16-18. Paweł pragnie, aby inne kościoły które były położone w okolicy Kolosów utrzymywały wzajemny kontakt i dzieliły się otrzymanymi listami. Co wynika ze wzmianki o liście do Laodycei? Zarówno list do Laodycejczyków oraz do Kolosan nie dotyczyły tylko jednego kościoła, ale były listami, które należało odczytać w innych wspólnotach. Jaki wniosek wynika z tego w kontekście powstawania kanonu Nowego Testamentu? Z zakończenia listu do Kolosan można wyciągnąć wniosek, że Pawłowi zależało, aby, poszczególne kościoły wzajemnie się wspierały i dzieliły swoją nauką.

W jaki sposób zmienia się nasze życie, gdy wiemy, że ewangelia nie dotyczy abstrakcyjnych, teologicznych idei, ale Boga i ludzi? Jak możemy na nowo docenić Jezusa - Słowo, które stało się ciałem? Jak możemy doświadczyć naszej pełni w Nim?

Nic tak nie pomaga zdrowiu ciała i duszy jak gotowość wdzięczności. Naszym obowiązkiem jest sprzeciwiać się depresji i niezadowoleniu, tak jak obowiązkiem jest modlić się. Jeśli zdążamy do nieba, to czy możemy, idąc do domu Ojca, całą drogę szemrać, utyskiwać i narzekać?” Ellen White, Śladami Wielkiego Lekarza

W codziennym życiu ledwo zdajemy sobie sprawę, że otrzymujemy o wiele więcej, niż dajemy, i że tylko wdzięczność wzbogaca życie. Łatwo zapominamy, że wspólnota chrześcijańskich braci jest darem łaski, darem Królestwa Bożego. Tylko dzięki wdzięczności ta wspólnota staje się tym, czym ma być”. — Dietrich Bonhoeffer, Life Together

Kończąc swój list Paweł wskazuje wierzącym drogę do życia naznaczonego wdzięcznością i zaufaniem. Wdzięczność kształtuje sposób, w jaki Kościół reaguje zarówno na radość, jak i trudności. Życie zgodnie z wolą Bożą przybliża wierzących do głębszej jedności z niebem i ze sobą nawzajem, odzwierciedlając obecność Chrystusa na świecie.

































Przygotował Jan Pollok

piątek, 20 marca 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Kanka Polloka

 

Życie we wspólnocie

Felieton do Szkoły Sobotniej na 21 marca 2026

Czy pokój jest możliwy tylko wtedy, gdy wszyscy się zgadzają?

Nowe życie w Chrystusie, o czym mówiliśmy w ubiegłym tygodniu, ma wpływ na nasze relacje z innymi ludźmi. Autor lekcji rozpoczął od spostrzeżenia, że ludzie, którzy żyją i działają blisko siebie napotykają na różne wyzwania. To prawda, autor zmierza jednak w kierunku retoryki, która zwraca uwagę na znaczenie dobrych relacji z innymi i porównując niektóre z naszych najważniejszych relacji, zwłaszcza te rodzinne, do prowadzenia biznesu. Przedstawianie koncepcji rodziny w kategoriach biznesowych wydaje się nieco chłodne i jałowe. Według autora, zarówno rodzina jak i biznes wymagają ogólnego porozumienia co do wartości, celów i zadań. Wszyscy powinni się ze sobą dogadywać i wykonywać swoją część, aby rzeczy układały gładko. Ten wzorzec jest następnie przeniesiony na relacje w kościele.

Pod pewnymi względami ten wzorzec jest prawidłowy. Wspólne wartości i współpraca z pewnością mogą pomóc w dobrym funkcjonowaniu rodziny. Jednak w tle odczuwamy ukryty subtelny język konformizmu – który zakłada, że zgoda co do wartości jest niezbędnym elementem pokoju.

Co dzieje się jednak, gdy członkowie rodziny nie podzielają tych samych przekonań? Co dzieje się, gdy dziecko dorasta i kwestionuje wartości, w których zostało wychowane? Czy musi tłumić swoje przekonania, aby zachować rodzinną harmonię? Jestem przekonany, że taka rzeczywistość nierzadko ma miejsce w naszych domach. Nasze dorosłe dzieci, które założyły już swoje własne rodziny i mieszkają osobno lub dorastające dzieci, które wciąż mieszkają z nami często mogą posiadać wartości i dokonywać wyborów, które nie są zgodne z naszymi konserwatywnymi poglądami.

Na gruncie kościelnym możemy zauważyć wiele takich tematów, które nie mają nic wspólnego ze zbawieniem, a mogą wywołać wiele sprzeciwów! Na przykład typ muzyki używanej do nabożeństwa, ubiór, dieta, spożywanie mięsa, biżuteria, sposób święcenia Szabatu etc. – żeby wymienić kilka przykładów.

Mogę nie rozumieć drogi innych ludzi, ich perspektywy i wizji świata, ale Bóg ich rozumie i być może przez kontakt z nimi mam okazję, aby poznać ich historię i ich wierzenia, zwłaszcza gdy różnią się od moich.

Nasza lekcja wydaje się utożsamiać „dogadywanie się” ze zgodą. W rzeczywistości jednak rodziny tak nie funkcjonują. Również zdrowe społeczności nie powinny tak funkcjonować. Nieporozumienia są nieuniknione wszędzie tam, gdzie ludzie myślą głęboko i prowadzą swoje własne, autentyczne życie. Obecność napięcia niekoniecznie sygnalizuje dysfunkcję. W wielu przypadkach sygnalizuje rozwój. Zamiast obawiać się nieporozumień, powinniśmy pielęgnować język oraz zwyczaje, które pozwolą nam podchodzić do różnic w sposób uczciwy, zdrowy i pełen szacunku. Kiedy czyjaś perspektywa, historia, wiara, rasa lub tożsamość różnią się od mojej, jest to zaproszenie do poszerzenia mojego rozumienia obrazu Boga w świecie. Moja rola polega na tym, aby zatrzymać się i zadać sobie pytanie, jak mogę lepiej dostrzec obraz Boga w innych zwłaszcza tych z którymi się różnię.

W liście do Kolsan znajduje się jeden z kilku tzw. kodeksów rodzinnych, czyli zbiorów pouczeń dla chrześcijańskich rodzin, które dotyczą między innymi relacji pomiędzy mężem i żoną. Autor próbował skorygować często pojawiające się w różnych dyskusjach założenie, że list do Kolosan przedstawia ścisłą hierarchię, według której żony powinny być uległe swoim mężom i sugeruje, że małżeńskie relacje powinny zawierać elementy wzajemności i wzajemnego budowania.

Niektórzy czytelnicy interpretują sformułowanie „żony, bądźcie uległe mężom” w sposób wybiórczy i wyciągają to sformułowanie z szerszego kontekstu. Często pomijany jest bardzo ważny szczegół, mianowicie, relacja podporządkowania czy uległości żony wobec męża została uwarunkowana stwierdzeniem „jak przystoi w Panu”. Autorzy Nowego Testamentu nie nauczają, że żony mają być bezwzględnie uległe mężom albo że powinny być w służebnej zależności wobec męża. Autor lekcji podkreślił, że żona nie musi ślepo spełniać wszystkich poleceń i życzeń męża. Lojalność żony powinna być przede wszystkim okazana Panu, a nie mężowi, a jej indywidualność nie powinna zaniknąć w małżeństwie. Nacisk został położony na wzajemność, czyli wspólne konsultację oraz wspólne podejmowanie decyzji. Nawet dzieci powinny być włączane do dyskusji, gdy jest to możliwe.

Autor lekcji kończy jednak swój komentarz ciekawym stwierdzeniem: „Jeśli nie mogą dojść do porozumienia, Biblia zaleca, by żona przychyliła się do zdania męża.” Następnie dodaje, że „większość mężów przekonało się, iż dobrze jest usłuchać rady mądrej żony” i kończy konkluzją, że „im lepiej mąż i żona współpracują ze sobą, tym szczęśliwsi są w małżeństwie.”

Paweł wspomina, że poddanie musi być wzajemne dla obu stron, więc zakończenie lekcji stwierdzeniem, że w przypadku impasu należy przyjąć stanowisko męża, jest interesujące i być może ujawnia stronniczość autora. Dlaczego osąd mężczyzny ma być uważany za bardziej wiarygodny w chwilach niezgody? Dlaczego zakładać, że jego perspektywa jest bramą do biblijnego pokoju? Dlaczego zakładać, że to on podejmuje trafniejsze decyzje?

Czy stwierdzenie, że biblijna droga do pokoju i zgody polega na tym, że żona ostatecznie poddaje się osądowi męża, nie podważa w dużej mierze zasady wzajemności, którą autor próbował wcześniej starannie zbudować. Dlaczego rozwiązaniem problemu nie może być modlitwa obojga partnerów i szukanie pomocy psychologicznej, aby dostrzec głębszy sens konfliktu? Stwierdzenie, że mężczyzna mimo wszystko ma rację po ujawnieniu biblijnej metody, wzajemnego poddania się „jak w Panu”, neguje wszystko, na co wskazuje Biblia. Podporządkowanie się osądowi męża tylko dlatego, że jest on mężem, to błędna logika. Subtelnie przywraca koncepcję tej samej hierarchii, którą autor początkowo próbował odrzucać. Nawet ton „słuchania rady mądrej żony” subtelnie sugeruje jej niższość.

Niestety takie założenie w sposób delikatny, otwiera drzwi do utrwalonych wzorców mizoginii, które ukształtowały znaczną część chrześcijańskiej retoryki. Sugeruje to, że osąd mężczyzny jest z natury bardziej wiarygodny, bardziej racjonalny lub bliższy woli Bożej niż osąd kobiety - no chyba, że jest ona mądra. Takie założenia nie są jednak neutralne. To właśnie one są mechanizmami, poprzez które mizoginia historycznie jest obecna w Kościele. Dopóki nie przyjrzymy się tym założeniom uczciwie, będą one nadal kształtować naszą teologię w subtelny, ale silny sposób. Takie założenia udowadniają, że perspektywa kulturowa, często dominuje nad Biblią.

Warto jednak zauważyć, że retoryka dotycząca kobiet i małżeństwa uległa znaczącej zmianie w ostatnich latach. Obecność języka, który opisuje relacje wzajemności i wspólne podejmowanie decyzji świadczą o realnych zmianach i postępie w tym obszarze życia.

W kolejnej części autor zwraca uwagę na ważną rolę dzieci w rodzinie i zachęca rodziców do pielęgnowania wiary przez miłość, przewodnictwo i regularne wspólne nabożeństwa. Paweł wzywa dzieci do okazywania szacunku i posłuszeństwa wobec rodziców (Kol 3:20), a jednocześnie przypomina rodzicom, aby nauczali dróg Bożych przez pouczenia i przykład. Jezus potwierdził wartość dzieci w Królestwie Bożym (Mt 19:14), a Paweł równoważy swoją radę, nawołując rodziców, aby ich nie rozgoryczały swoich dzieci (Kol 3:21). Lekcja wskazuje również, że rodzice, a zwłaszcza ojcowie, odgrywają znaczącą rolę w kształtowaniu życia duchowego swoich dzieci.

Kiedy autor lekcji powołuje się na badania i używa takich sformułowań jak „badania wskazują…”, dobrze byłoby, gdyby je zacytował. Warto wiedzieć kto to powiedział i kto przeprowadził badania? Kiedy przeprowadzono bania i na jakiej grupie ludzi? W przeciwnym przypadku takie stwierdzenia dają posmak naukowości niestety bez pokrycia. Autor zauważył, że „badania wskazują na to, że gdy oboje rodzice uczęszczają na nabożeństwo kościelne, znacznie bardziej prawdopodobne jest, że ich dzieci także będą na nie uczęszczać, niż jeśli tylko jedno z rodziców regularnie uczestniczy w nabożeństwach. Co jeszcze bardziej zaskakuje, że większy pozytywny wpływ na dzieci ma uczęszczanie na nabożeństwo przez ojca niż przez matkę.” Jako pastor chciałbym poznać źródło tego badania, żebym mógł je sprawdzić. Chciałbym dodać do tego badania tezę, że przykład rodziców w codziennym życiu w tym ich relacje ze sobą, z ich dziećmi oraz ze światem mają również duże znaczenie. Chodzenie do kościoła jest wspaniałe, ale bardziej przekonujące może być nasze działanie w ukryciu, gdy nikt na nas nie patrzy.

Kolejnym tematem, którym mieliśmy zajmować się w tym tygodniu były relacje w pracy. Nie wiem, czy tytuł tej części miał być ironiczny, czy poważny, ale lekcja nie miała nic wspólnego ze stosunkami w pracy, poza końcowym pytaniem. Autor bez przeanalizowania biblijnych przykładów niewolnictwa posłużył się cytatem z innego artykułu i stwierdził apologetycznie, że „niewolnictwo w Biblii, choć odrażające w naszym współczesnym rozumieniu, nie przypominało odrażających praktyk niewolnictwa, które obserwowano w świecie zachodnim.”

Sugerowanie, że chociaż biblijne niewolnictwo było złe, ale w jakiś sposób wyraźnie różniło się od współczesnego niewolnictwa, przypomina nam, jak często chrześcijaństwo znieczula ludzi na przemoc, śmierć i ludzkie cierpienie. Widzieliśmy to we wcześniejszych lekcjach o Starym Testamencie, gdzie zagładę innych narodów traktowano jako usankcjonowaną przez Boga karę. Chrześcijanie często mówią tak, jakby byli ludźmi zawsze okazującymi miłość, jednocześnie czują się dziwnie komfortowo, gdy giną inni ludzi, o ile ich śmierć można usprawiedliwić w imię Boga. To, czy niewolnictwo w Nowym Testamencie różniło się od niewolnictwa we współczesnym świecie, jest nieistotne. Nigdy nie powinno być podstaw do jego usprawiedliwiania. Nigdy nie powinno stać się powodem, by uznać jakąkolwiek formę niewolnictwa za akceptowalną lub moralnie tolerowaną w Piśmie Świętym.

Autor lekcji zacytował innego autora, który postawił tezę, że „Kościół musiał działać w granicach państwa rzymskiego, które „…zapewniało niewolnikom znaczne prawa i możliwości…”. Niestety nie wiemy na jakiej podstawie została postawiona taka teza. Następnie napisał on, że gdyby Kościół „próbował obalić tę praktykę [niewolnictwa], mogłoby to zagrozić rozwojowi Ewangelii…”. Ten wniosek jest bardzo niepokojący i odwraca uwagę od stwierdzenia, że niewolnictwo nie było Bożym ideałem. Można by zapytać, jaka ewangelia była dozwolona w imperium rzymskim? Czyż ewangelia nie była ewangelią wyzwolenia, nie tyle umysłu, ale jak przedstawił to Łukasz w 4:18 „uwolnienia uciśnionych”? To jest dokładnie to, po co przyszedł Chrystus – nie tylko aby wyzwolić z grzechu, ale z systemów ucisku i niesprawiedliwości.

Szkoda, że autor lekcji otwarcie nie potępił niewolnictwa. Paweł, choć był apostołem Jezusa, był ukształtowany przez otaczającą go kulturę. Podobnie inni bohaterzy biblijni. Piotr był jawnym rasistą, dopóki Bóg go nie skarcił. Nawet jako uczeń Chrystusa, Piotr wciąż nosił w sobie uprzedzenia swojej kultury. To nie umniejsza przesłania Biblii, ale podkreśla cierpliwość i łaskę Boga działającą poprzez ludzkie ograniczenia. Jezus nauczał za pomocą przypowieści zakorzenionych w otaczającym go świecie, odwołując się do obrazów, zwyczajów i doświadczeń, które były znane ludziom w jego czasach. Objawienie nie przychodzi do nas poza historią czy kulturą. Ono przychodzi do nas poprzez nią. Niestety wielu ludzi uważa, że Biblia dotarła do nas poza historycznym, kulturowym, literackim i intertekstualnym kontekstem lub jak gdyby ludzie, przez których została spisana, nie mogli mieć błędnych przekonań ukształtowanych przez świat który ich otaczał. Wielu chrześcijan tak bardzo stara się bronić autorów biblijnych jako moralnie doskonałych, że nie dostrzegają, jak bardzo umniejsza to Boży wybór, aby działać przez ludzi, którzy są moralnie niedoskonali.

Następnie autor lekcji stwierdził, że w kościele niewolnicy tak jak wszyscy wierzący należą do Pana, i że panowie powinni traktować niewolników sprawiedliwie, tak jak braci. Autor wskazał również, że wszyscy wierzący są nazywani niewolnikami lub sługami Boga. Część na wtorek kończy się dziwnym akapitem, w którym autor stwierdza się, że „nawet jeśli nie podobają nam się okoliczności kulturowe, w jakich powstały teksty biblijne, nadal musimy zaakceptować autorytet samego tekstu. W przeciwnym razie postawilibyśmy siebie i naszą kulturę ponad Biblią.” To stwierdzenie wprowadza zamieszanie, ponieważ czytelnik nie rozumie o co chodzi autorowi. Czy wszystko, co powiedział on przed tym akapitem, jest oparte na Biblii, czy na badaniach epoki, w której powstał list do Kolosan? Na czym jest więc zbudowane zrozumienie tekstu listu do Kolosan: czy na tekście Biblii, czy na interpretacji niewolnictwa? Czyż lepsze zrozumienie epoki, jej historycznego, filozoficznego i socjologicznego kontekstu nie pomaga nam w zrozumieniu tekstu? Czyż nie interpretujemy wszystkich tekstów przez pryzmat naszych uprzedzeń naszego wykształcenia, w tym Biblii? Pozwolenie, aby tekst „przemówił sam za siebie” jest dokładnie tym, co robili właściciele niewolników, utrzymując ludzi w systemach ucisku.

Biblii nie można oddzielić od kultury i historycznego kontekstu, w którym została napisana. Uznanie tego faktu wcale nie umniejsza wartości Biblii, raczej przeciwnie, pogłębia naszą uczciwość w jej odczytywaniu i interpretowaniu. Wiara w Biblię nigdy nie powinna powstrzymywać nas przed kwestionowaniem historii, kultury i człowieczeństwa ludzi, od których pochodzi ten tekst. Autorzy Biblii nie byli bezbłędni. Zostali wybrani w swoim czasie i to powinno uczyć nas pokory, a nie uciszać.

Perspektywa Pawła na temat niewolnictwa nie jest dobra. Na przestrzeni dziejów jego pisma były często interpretowane przez ludzi, którzy chcieli usprawiedliwiać niewolnictwo. Dzisiaj mamy okazję, a także obowiązek, aby kwestionować zarówno pierwotne ujęcie, jak i późniejsze interpretacje, które podtrzymywały ucisk. Taka postawa nie kwestionuje Boga, ale kwestionuje ludzkie ograniczenia, kulturowe założenia i szkodliwe interpretacje, jakie ludzie łączyli z tym tekstem. Jeśli naprawdę wierzymy, że każdy człowiek nosi w sobie obraz Boga, to nasza teologia powinna być kwestionowana za każdym razem, gdy konsekwentnie wyklucza pewne osoby.

Wracając do tytułu części na wtorek, dlaczego nosiła ona tytuł „Relacje w pracy”? Pytanie końcowe krótko zachęca czytelnika do zastanowienia się, jak rady Pawła mogłyby odnosić się do współczesnych relacji w miejscu pracy. Jednak autor lekcji nie rozwija tego tematu. Zamiast tego, większość czasu przeznacza na przedstawienie historycznego kontekstu niewolnictwa w świecie biblijnym. Choć zrozumienie tego kontekstu jest ważne, czytelnik zastanawia się, dlaczego lekcja nie zgłębiła szerzej zasad, na które wskazywał Paweł – uczciwości w pracy, sprawiedliwości w przywództwie i świadomości, że wszyscy ludzie ostatecznie odpowiadają przed tym samym Panem. Nazywanie niewolnictwa „relacją pracy” świadczy o niezdolności do uczciwego spojrzenia na bolesne aspekty historii ludzkości i tradycji chrześcijańskiej.

Jeśli odczytamy słowa Pawła przez taki pryzmat, fragment ten nabiera o wiele większego znaczenia we współczesnym życiu ponieważ pouczenia Pawła zmieniają dynamikę władzy, przypominając pracownikom i przywódcom, że ostatecznie będą musieli się rozliczyć ze swoich działań przed Bogiem. Praca nie jest wyłącznie transakcyjna, a władza nie jest absolutna. Pracodawcy muszą traktować osoby, które zatrudniają, z szacunkiem i godnością, a pracownicy są zachęcani do wypełniania swoich obowiązków ze szczerością i uczciwością.

Kolejnym tematem, który pojawia się w naszej lekcji jest modlitwa. „Modlę się za ciebie” nie zawsze jest najważniejszym słowem, jakie można powiedzieć. Takie zdanie może czasami wydawać się bardzo odległe lub zdawkowe, zwłaszcza gdy nie idzie za nim działanie, empatia ani obecność. Modlitwa ma największe znaczenie, gdy oznacza: „Jestem razem z tobą. Nie zostawiam cię samego w twoim cierpieniu”.

Język kształtuje sposób, w jaki postrzegamy rzeczy. Nigdy nie lekceważyłbym modlitwy, ale myślę, że jej moc jest często źle rozumiana. Modlitwa jest potężna nie tylko dlatego, że zmienia okoliczności lub że umożliwia komunikację z Bogiem w czyimś imieniu, ale także dlatego, że stawia nas w cierpieniu innej osoby. Jest formą wejścia w to cierpienie. To w dużej mierze nadaje sens modlitwie.

W końcu jeszcze raz wracamy do tematu łączącego się z chrześcijańskim domem. Autor sugeruje, że najlepszy chrześcijański dom to taki, w którym panuje spokój, prostota i cicha życzliwość. Czy można powiedzieć, że głośne, ekspresyjne i żywe kultury w jakiś sposób mniej odzwierciedlają Boga? Wydaje mi się, że mamy tutaj do czynienia z subtelnym wywyższaniem pewnych norm kulturowych nad inne. Czy rzeczywiście istnieje tylko jeden akceptowalny sposób bycia? Przecież celem naszej lekcji było pokazanie w jaki sposób możemy żyć we wspólnocie, która jest zróżnicowana.

W Kol 4:6 Pawł napiał: „abyście wiedzieli, jak macie odpowiadać każdemu.” Ten werset często jest sprowadzany do wiedzy, który fragment należy zacytować w dyskusji, ale myślę, że wymaga on czegoś znacznie głębszego niż jedynie dobrania odpowiednich słów. Jak można wiedzieć, jak komuś odpowiedzieć, jeśli nigdy nie próbowało się zrozumieć doświadczenia tego człowieka? Jest to zaproszenie do wyjścia poza własną, przeżywaną rzeczywistość i poznania życia innych. Wiedza o tym, jak odpowiedzieć, polega na pielęgnowaniu postawy zainteresowania i zrozumienia, które wykracza poza samego siebie. Werset wzywa nas do głębszej relacji międzyludzkiej. Wzywa nas, abyśmy wiedzieli, jak odpowiedzieć, ponieważ najpierw troszczyliśmy się, aby zrozumieć drugiego człowieka.

Kiedy Chrystus zostaje przyjęty do naszych serc i domów, nasze domy mogą stać się „małym niebem na ziemi”. Szczęście często buduje się przez drobne uprzejmości, które okazujemy sobie nawzajem – dodając komuś otuchy, odciążając go od ciężaru, czy po prostu okazując współczucie w codziennych chwilach. Te drobne nawyki troski kształtują atmosferę naszych domów i naturalnie wykraczają poza nie. To połączenie wydaje się ważne w świetle obaw poruszonych w tym tygodniu. Jeśli życie chrześcijańskie rzeczywiście cechuje czuła życzliwość, wdzięczność i współczucie dla innych, to te same cechy powinny kształtować sposób, w jaki mówimy o ludziach, kulturach i bolesnych historiach. Miłość, która zaczyna się w naszych domach, nie powinna tam pozostać. Powinna rozprzestrzeniać się na sposób, w jaki angażujemy się w świat i ludzi wokół nas. Jako czytelnicy, jesteśmy zaproszeni do zatrzymania się i zastanowienia czy ton naszych rozmów, interpretacji i odpowiedzi odzwierciedla współczucie i pokorę, do których ucieleśniania wzywa nas Ewangelia. Jeśli drobne akty życzliwości, które kształtują nasze domy, są wystarczająco potężne, by stworzyć „mały raj na ziemi”, to te same cechy powinny znaleźć odzwierciedlenie w naszych działaniach we wszystkich zakątkach świata, w których się znajdujemy.



DO PRZEMYŚLENIA

Jakie są podobieństwa i różnice między prowadzeniem firmy a prowadzeniem gospodarstwa domowego? Jakie są podobieństwa i różnice między prowadzeniem firmy a prowadzeniem kościoła? Jakie są podobieństwa i różnice między prowadzeniem rodziny a prowadzeniem kościoła, „który jest w istocie dużą rodziną”?

Paweł przechodzi od wzniosłego obrazu Kościoła wielbiącego Boga w Kol 3:15-17 do niemal prozaicznych wskazówek w Kol 3:18 – 4:1. W jaki sposób powinniśmy interpretować te domowe zasady? C. S. Lewis napisał: „Jeśli dom ma być narzędziem łaski, musi być miejscem zasad. Przeciwieństwem zasad nie jest wolność, ale (często nieświadoma) tyrania najbardziej samolubnego członka rodziny”. O czym Paweł mówił, a czego nie mówił w „kodeksach domowych”? W jaki sposób powinniśmy rozumieć ideę „podporządkowania” w Kol 3:18-19. Można podporządkować się bez miłości, nie można jednak kochać bez podporządkowania się.

Słowo „zwierzchnictwo/władza” nigdy nie jest używane w Nowym Testamencie do opisania jakiegokolwiek aspektu relacji mąż-żona (z wyjątkiem 1 Kor 7:3-4). Mężowie nigdy nie są pouczani, aby sprawować władzę nad swoimi żonami. Żony nigdy nie są pouczane, aby były bezwolnie podporządkowane władzy męża. Nakazowi, by żony podporządkowywały się mężom, „jak przystoi w Panu”, nigdy nie towarzyszy żadna groźba.

Zasada wzajemnego podporządkowania jest tak radykalna w swoich wymaganiach i tak wszechstronna w swoim zakresie, że „posłuszeństwo wobec władzy” traci na znaczeniu. Paweł jasno stwierdza, że podporządkowanie żon (które w jego czasach było czymś oczywistym i dlatego nie wymagało szczegółowego omówienia) nie może i nie powinno być wykorzystywane przez chrześcijańskich mężów jako okazja do roszczenia sobie lub sprawowania nad nimi władzy.

Kol 3:20-21. Jakie zasady na temat wychowania dzieci oraz rodzinnych relacji wynikają z tego fragmentu? Dlaczego Paweł nie ustanawia żadnej hierarchii w stosunkach między mężem a żoną oraz w relacjach dzieci wobec obojga rodziców? Jakie ma to zastosowanie w rodzinach w których jest tylko jeden rodzic?

Kol 3:20-22. Paweł mówi, aby dzieci były posłuszne rodzicom, jednak nigdy nie mówi, aby żony były posłuszne mężom. Na czym polega różnica? W Nowym Testamencie nakaz „posłuszeństwa” został dany dzieciom i niewolnikom, ale nie żonom. Dlaczego Paweł używa języka władzy w relacjach rodzicielskich, ale celowo unika go w relacjach małżeńskich?

Kol 4:2–4. Paweł zwrócił się z prośbą o modlitwę do Kolosan. Dlaczego było to ważne? W jaki sposób modlitwa łączy więzami wzajemnego zobowiązania? Prawdopodobnie Paweł nigdy nie spotkał się z wierzącymi w Kolosach. Jednak, kiedy modlimy się za kogoś i wiemy, że dana osoba również modli się za nas, powstaje więź, która tworzy relację miłości i zaufania.

Na czym mogło polegać według Pawła, „chodzenie w mądrości”? Na czym dzisiaj polega „chodzenie w mądrości”? Dlaczego Paweł dbał zarówno o podtrzymywanie osobistych relacji z kościołami, jak również zależało mu na nauczaniu głębokiej teologii? Paweł był nie tylko głębokim myślicielem, ale także współczującym pastorem, przyjacielem i towarzyszem w modlitwie. Dlaczego Kościół potrzebuje dzisiaj takich samych postaw jak potrzebował wtedy?

Wielu ludzi poszukuje ucha, które będzie słuchać. Nie znajdują go wśród chrześcijan, ponieważ chrześcijanie mówią tylko, gdzie powinni słuchać. Ten, kto nie potrafi już słuchać brata, wkrótce przestanie słuchać również Boga. To początek śmierci życia duchowego. Ci, którzy nie potrafią słuchać długo i cierpliwie, wkrótce zaczną mówić nie na temat”. — Dietrich Bonhoeffer, Life Together

Paweł przypomina wierzącym, że jedność jest formowana przez codzienne relacje. Uprzejma mowa pielęgnuje zaufanie, łagodzi konflikty i umacnia wspólnotę. Gdy wierzący uczą się mówić mądrze i życzliwie, Kościół staje się miejscem zachęty i pokoju.















Przygotował Jan Pollok