piątek, 29 maja 2026

Komentar do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

Grzech, ewangelia i prawo

Felieton do Szkoły Sobotniej na 30 maja 2026

Temat grzechu często pojawia się w naszych dyskusjach. Problem w tym, że nie zawsze potrafimy prawidłowo zdefiniować grzech. Boimy się grzeszyć zwłaszcza wtedy, gdy nie jesteśmy tego świadomi. Autorka lekcji napisała: „…W ludzkiej naturze leży uleganie pokusie przyjemności. Czy jest możliwe, że bagatelizujemy grzech, ponieważ nasze społeczeństwo tak bardzo się z nim oswoiło? Możemy „obchodzić” temat grzechu „na palcach”, obawiając się, że kogoś urazimy, jeśli nazwiemy grzech po imieniu, ale ostatecznie im bardziej przyzwyczajamy się do życia w grzechu, tym bardziej oddalamy się od zdrowej relacji z Bogiem”.

Pytanie, które musimy zadać po przeczytaniu powyższego cytatu jest następujące: w jaki sposób możemy zdefiniować grzech? Czy grzech to „przyjemność”? W Psalmach czytamy, że Bóg zawsze będzie nam sprawiał przyjemności. „Nasze społeczeństwo tak bardzo się z nim oswoiło” – to znaczy z czym? Jakie społeczeństwo?  – kościół, supremacja białego człowieka, chrześcijański nacjonalizm? W około czego „chodzimy na palcach”? – nasze ego, nasze status, nasza pozycja w społeczeństwie? A może jest to nasze zachowanie, które tak często definiujemy jako grzech?

Jedną z najlepszych definicji grzechu jakie spotkałem pochodzi z książki Morrisa Vendena, To Know God (polski tytuł „Aby poznać Boga”). Grzech jest stanem odłączenia od Boga lub „życiem z dala od Boga”. Ta definicja wyjaśnia wiele. Mogę wykonywać wszystko co w mojej mocy, aby prowadzić życie w łączności z Bogiem, ale jeżeli robię to w separacji od Chrystusa, żyję w grzechu. 

Niestety bardzo często skupiamy uwagę na grzechach, które są skutkiem życia z dala od Boga. Grzechy można zdefiniować na podstawie zachowania oraz zewnętrznych objawów rzeczy, które uważamy za „złe”. Jednak postrzeganie grzechu jako życia z dala od Boga sięga sedna problemu i pomija czynniki rozpraszające.

Bardzo często próbujemy uporządkować bałagan w naszym życiu, czyli próbujemy zaprzestać życia w grzechu przez korektę naszego zachowania. Nie potrafimy i nie możemy tego dokonać sami a próba zrobienia tego z dala od Chrystusa jest, paradoksalnie, życiem w grzechu (życiem z dala od Boga). Tylko wtedy, gdy docieramy do źródła (usprawiedliwienie przez wiarę) i zaczynamy prowadzić życie z Bogiem, nasze życie zaczyna być wolne od bałaganu (proces uświęcenia) będącego skutkiem grzechu. Zostajemy przemienieni przez życie z Tym który jedynie jest Święty. Ciągłe skupianie uwagi na zachowaniu jest daremne.

Grzech posiada wymiar kosmiczny. Jednak wielki bój między dobrem a złem to nie tylko kosmiczna bitwa, ale coś, co wpływa na nasze codzienne życie i relacje z Bogiem. Problemy z którymi zmagamy się codziennie – zakłócenie spokoju, konsumeryzm, zapracowanie i samowystarczalność mogą powoli odciągać nas od więzi jaką mamy z Bogiem. Jednak nawet w samym centrum wiru życia, świadome przeżywanie czasu z Bogiem przynosi siłę, jasność umysłu i wytrwałość. Szatan również często atakuje i uderza w nasze słabe punkty, wytwarza poczucie winy oraz niegodności, aby oddalić nas od Boga. Nasza wiara, która jest Bożym darem umacnia się, gdy pozostajemy w osobistym kontakcie z Nim przez modlitwę oraz obietnice Jego Słowa. 

Warto pomyśleć w jaki sposób słowa takie jak „rozproszenie”, „konsumeryzm”, „zapracowanie” i „samowystarczalność” pojawiają się w przestrzeniach religijnych. Czy jest możliwe, że możemy być tak rozproszeni i zajęci „dziełem Pana”, że zapominamy o Panu. Rzeczywiście możemy żyć z dala od Boga, równocześnie próbując Mu służyć. Nasze czyny mogą być nadal zakorzenione w pysze, strachu, ego lub samowystarczalności, a nie w bliskości z Bogiem.

Chciałbym jeszcze powrócić do kwestii „przyjemności”, która bardzo często pojawia się w dyskusjach dotyczących grzechu. Grzech w naszej kulturze bardzo często jest wyrażany przy pomocy języka przyjemności. Warto przypomnieć sobie na ile sposobów przyjemność była minimalizowana, demonizowana, a ostatecznie wykorzystywana jako broń.

W kulturze chrześcijańskiej oddawanie się przyjemnościom często jest definiowane jako grzech i zazwyczaj pojawia się w dyskursie dotyczącym seksu i seksualności. Pożądanie seksualne poza małżeństwem jest demonizowane i przedstawiane jako moralna porażka. Pożądanie seksualne kobiet, a raczej jego brak, jest minimalizowane i traktowane jako kwestia czystości. Gdy mężczyźni wchodzą w związki z kobietami, pożądanie seksualne i przyjemność są często wykorzystywane jako broń, ponieważ kultura nauczyła mężczyzn, że obowiązkiem i odpowiedzialnością kobiety jest zaspokajanie potrzeb męża. Takie rozumowanie tworzy cykl zdeformowanych emocjonalnie jednostek i kładzie podwaliny pod wykorzystywanie seksualne. W niektórych przypadkach daje to żonatym mężczyznom przyzwolenie na żądanie intymności od swoich żon, ponieważ nie jest to postrzegane jako oddawanie się przyjemności, ale jako wypełnienie małżeńskiego obowiązku. Może to prowadzić do przekonania, że małżeństwo daje mężczyznom prawo własności do kobiecego ciała. 

Wiele osób po prostu uczy się, że pożądanie seksualne jest złe i należy je tłumić, a nie rozumieć, kwestionować, dyscyplinować i odpowiednio nim kierować. Przedstawianie pożądania jako czegoś co jest fundamentalnie destrukcyjne dla relacji z Bogiem stawia je również w opozycji do ludzkiego doświadczenia, zamiast uczyć ludzi, jak podążać z Bogiem przez swoje pragnienia. Niestety bardzo rzadko ludzie w kościele mogą usłyszeć coś na temat emocjonalnej inteligencji czy zdrowych ram dla pożądania. Zamiast tego często są nauczani w jaki sposób należy unikać pożądania oraz lęku przed nim. Szkoda, że w kulturze chrześcijańskiej emocje są często traktowane jako duchowe problemy, zamiast uznać je za część człowieczeństwa i zaproszenie do głębszej szczerości, uzdrowienia i samoświadomości. 

W naszej adwentystycznej kulturze kolejnym aspektem, w którym niechęć do przyjemności odgrywa istotną rolę, jest rozrywka i sztuka zwłaszcza wizualna. W innych tradycjach religijnych takich jak chociażby katolicyzm lub prawosławie, percepcja sztuki wizualnej jest powszechna. Sztuka i architektura są wplecione w te systemy teologiczne oraz język kultu. Jednak w kulturze adwentystycznej rozrywka i sztuka często są demonizowane. Być może wynika to częściowo z przekonania, że angażowanie się w te rzeczy jest oddawaniem się przyjemności. Niestety w ten sposób osłabiamy naszą zdolność rozumienia, że Bóg objawia się przy pomocy piękna i radości, a to obejmuje również sztukę i rozrywkę.

Czy jest możliwe, że w naszej adwentystycznej kulturze przyjemność została zdemonizowana przez dietę oraz poselstwo zdrowia. Według retoryki stosowanej w niektórych kręgach, jedzenie nie powinno być przesadnie przyprawione, słone, ostre ani aromatyczne. Pamiętam jako dziecko instrukcje dotyczące spożywania świeżego pieczywa, które rzekomo miało być „niezdrowe” jako świeże i powinno być spożywane dopiero w następnych dniach po upieczeniu. Przyjemność jedzenia była i jest czasami traktowana jako coś z natury podejrzanego lub niebezpiecznego. Adwentyzm często przedstawia te idee tak, jak gdyby były boskie i pochodziły prosto z serca Boga, nie dostrzegając, że wiele z tych zasad zostało odziedziczonych po wcześniejszych ruchach religijnych. Na przykład w czasach późnej starożytności oraz Średniowieczu monastycyzm stał się ważną częścią chrześcijaństwa, a jego istotną częścią było przywiązanie do ascetyzmu. Wielu głęboko wierzących ludzi szczerze wierzyło, że sposobem na zbliżenie się do Boga jest unikanie wszystkiego, co przynosi przyjemność.

Co mogłoby się stać, gdyby chrześcijanie zrozumieli, że mają prawo odnajdywać Boga w swoich przyjemnościach. W jaki sposób zmieniliby się, gdyby nauczyli się postrzegać przyjemność jako jeden ze sposobów, w jaki Bóg wplata radość w życie? Oczywiście, że trzeba zachować równowagę, ale o ileż bardziej satysfakcjonujące i obfite byłoby nasze życie, gdybyśmy zrozumieli, że możemy spotkać Boga poprzez rzeczy, które przynoszą nam radość?

Chciałbym również zwrócić uwagę na sposób w jaki została zbudowana część na poniedziałek. Jest to zbiór różnych fragmentów. Zaczyna się od 1 Kor 10:12 który został połączony z historią Samsona i samowystarczalnością. Następnie pojawia się Mt 6:2 na temat pokory i publicznego demonstrowania sprawiedliwości. Potem zostaje przywołany tekst z Mt 5:28 na temat pożądania; Mt 7:1-2 na temat sądu; Mt 5:44 na temat miłowania nieprzyjaciół; i na końcu Mt 5:22 na temat gniewu. Przedstawione idee same w sobie nie są błędne, ale zostały ze sobą luźno powiązane, bez głębszej, teologicznej struktury, która by je łączyła.

Autorka naszego podręcznika w części dotyczącej prawa ponownie ujmuje grzech przede wszystkim jako wykroczenie i pomija głębszy sens grzechu, ponieważ jest on przedstawiany niemal wyłącznie jako zachowanie, a nie jako relacja, a raczej jej brak. Nawet teologiczną tezę, że grzech jest wpisany w naturę ludzką, można zrozumieć w kontekście relacji. Ludzka natura jest naznaczona dystansem do Boga, ponieważ intymność, którą niegdyś posiadał człowiek z Bogiem, została zerwana. Grzech nie dotyczy jedynie czynów, ale jest stanem separacji, oddzielenia od Boga. Dlatego tak znamienna jest religijna postawa faryzeuszy. Byli to ludzie głęboko religijni, którzy skrupulatnie przestrzegali prawo, a mimo tego nie zrozumieli na czym polega intymna relacja z Bogiem. Byli posłuszni na zewnątrz, jednocześnie zachowując wewnętrzny dystans w relacjach.

Warto podkreślić, że prawo Boże nie reprezentuje pełni Boga ani nie wyraża w pełni głębi Jego charakteru. Boże prawa są parametrami i ścieżkami, które pozwalają ludziom zrozumieć Boga na tyle dobrze, aby mogli dokonać wyboru, czy pragną być z Nim w wieczności. Prawo jest ważne, ponieważ objawia charakter i wyznacza granice Boga. Dostarcza struktury i przedstawia Bożą mądrość. Jednak samo prawo nie może stworzyć intymności. 

Jezus nie przyszedł, aby znieść prawo Boże, lecz by je w pełni wypełnić i podtrzymać. Prawo Boże odzwierciedla Jego charakter i ma chronić nasze relacje zarówno z Bogiem, jak i z innymi ludźmi. Posłuszeństwo prawu nie może wynikać ze strachu czy obowiązku, lecz z autentycznej miłości do Jezusa. Prawo nie może nas ani zbawić, ani przebaczyć, ani usprawiedliwić. Prawo ukazuje nam potrzebę łaski, a Ewangelia i ofiara Chrystusa zapewniają przebaczenie i odnowę, których samo prawo nigdy nie może zapewnić.

Wiedza o Bogu nie jest tym samym, co prawdziwe poznanie Boga. Jezus nauczał, że autentyczna relacja z Bogiem odzwierciedla się nie tylko w słowach czy wiedzy religijnej, ale w życiu przemienionym przez miłość, zaufanie i pragnienie życia zgodnie z Bożą wolą. Prawda biblijna ma pogłębiać naszą więź z Bogiem i kształtować nasze życie. Silny fundament duchowy pochodzi ze słuchania Jego słów i rzeczywistego ich przeżywania przez wiarę i relację z Nim. Można znać całą teologię i terminologię, ale sama wiedza nie wystarczy. Można znać wersety biblijne i religijny język, równocześnie nie pozwalając, by te prawdy kształtowały nasz sposób kochania, przebaczania, służenia i życia. Jezus zdaje się ostrzegać przed wiarą, która pozostaje intelektualna lub performatywna, ale nigdy nie staje się relacyjna i przemieniająca. Jest to szczególnie istotne dzisiaj, w świecie, w którym informacja jest wszechobecna. Możemy pochłaniać niezliczone kazania, podcasty, nabożeństwa i debaty teologiczne, a mimo to pozostać odcięci od Boga, siebie i innych. Wiara polega na tym, by pozwolić, aby to, co wiemy, zmiękczyło nas, rzuciło nam wyzwanie i ucieleśniło się w tym, jak żyjemy tą wiarą w naszym codziennym życiu.

Kiedy zaczynamy postrzegać prawo przez pryzmat Jezusa, rozmowa wykracza poza zewnętrzne przestrzeganie zasad i wkracza w głębszą rzeczywistość relacji i charakteru. Prawo ujawnia, czy nasza wiara jest jedynie intelektualna, czy też rzeczywiście kształtuje nasze serca i czyny. Można dobrze znać Pismo Święte i doktrynę, ale jeśli ta wiedza nigdy nie zmieni sposobu, w jaki kochamy, przebaczamy, okazujemy współczucie, dążymy do sprawiedliwości lub traktujemy ludzi, to tracimy głębsze sedno prawa i w rezultacie żyjemy w „bezprawiu”.

W podsumowaniu lekcji autorka stwierdziła, że „Szatana rzucił wyzwanie Bogu właśnie w kwestii Jego prawa”. Moim zdaniem nie jest to poprawne stwierdzenie. Konflikt między Szatanem a Bogiem nie dotyczył prawa. Prawo, jakie znamy, nie istniało, gdy Szatan rozpoczął bunt. Wyzwanie jakie Szatan postawił Bogu, dotyczyło charakteru Boga. Warto pamiętać, że choć prawo odzwierciedla charakter Boga, to nie jest samym charakterem Boga. Prawo jest środkiem komunikacji między Bogiem a ludzkością. Daje ludziom kryteria, które pomagają nam Go zrozumieć, oraz wskazówki, jak żyć w sposób, który to odzwierciedla, ale nie jest pełnią tego, kim jest Bóg. W niebie Szatan wysuwał rażące oskarżenia pod adresem intencji, uczciwości i serca Boga. To samo uczynił w ogrodzie Eden.

Dopóki żyjemy na Ziemi, Boże prawo jest najwyraźniejszym punktem odniesienia dla zrozumienia i określenia natury Boga. Prawo wyłania się z charakteru Boga i jest w nim zakorzenione, a jednocześnie jest dostosowane do ludzkiej narracji. Zmiana prawa odzwierciedlałaby albo zmianę charakteru, z którego ono wynika, albo zmianę samej natury człowieczeństwa. Żaden z tych warunków nie jest obecnie możliwy.

DO PRZEMYŚLENIA

Jakiej lekcji z życia Samsona możemy nauczyć się na temat nieuwagi i pokus? (Sdz rozdz. 14 i 16:1.4.16.17). Samson został powołany przez Boga do wykonania szczególnego zadania, służył Bogu chociaż ulegał pokusom. Jaki jest związek między uzdolnieniami a charakterem?

Mk 9:42–48. Co umożliwia i ułatwia zbudowanie relacji z Bogiem, a jakie bariery uniemożliwiają wzrastanie w Chrystusie? Co zdaniem Jezusa prowadzi nas do grzechu? Dlaczego powinniśmy być gotowi odrzucić coś, co jest dobre i dane nam przez Boga – jak na przykład ręce, stopy i oczy – ale co może nas prowadzić na złą drogę?

Jaką funkcję spełnia prawo Boga? (Rz 3:20 i 1 Jn 3:4) W jaki sposób możemy zmienić nasz stosunek do prawa, aby nie postrzegać go jako czegoś, co nas ogranicza, lecz jako coś, co nas wzmacnia?

W jaki sposób prawo było nadużywane na przestrzeni wieków? Jaki jest związek między prawem a ewangelią? W jaki sposób można rozumieć słowa Jezusa z Mt 5:17-18 – nie przyszedłem rozwiązać prawo, ale je wypełnić?

Jan Wesley zwracał uwagę, że uświęcenie jest drugim dziełem Bożej łaski. Dlaczego w metodyzmie nacisk na uświęcenie nie doprowadził do powszechnego legalizmu, podczas gdy w adwentyzmie tak? Jaki ma to związek z naszą doktryną sądu?

Jakie są Twoje odczucia na temat bycia rządzonym przez prawo? Jakie dobre rzeczy mogą się wydarzyć dzięki temu, że jesteśmy rządzeni przez prawo? Jakie zagrożenia mogą się pojawić dzięki temu, że jesteśmy rządzeni przez prawo?

Na czym polega wyzwanie, jakie postawił Jezus swoim słuchaczom na zakończenie Kazania na Górze? (Mt 7:24–29) Dlaczego Jezus podkreślał, że Jego słuchacze będą sądzeni na podstawie tego, czy słuchają Jego słów i stosują się do nich? Kluczem, od którego zależy, czy dom przetrwa burzę, czy nie, jest czynienie tego, co mówi Jezus, lub nieczynienie tego.

W jaki sposób idea dotycząca przetrwania bądź upadku domu wiąże się z metaforą skały z Mt 16:18 i Domem Bożym, który chociaż został zbudowany na skale, runął w Mt 24? W jaki sposób możemy budować nasze życie na nauce Jezusa, aby być częścią „domu”, który trwa wiecznie? W jaki sposób „wypełniamy” słowa Boże w naszych czasach?

A gdy Jezus dokończył tych słów, zdumiewały się tłumy nad nauką jego. …” (Mt 7:28). Wszyscy byli zdumieni, ale Jezus nie był zainteresowany zdumiewaniem tłumów. Nigdy nie mówił do ludzi: „Podziwiajcie mnie”, ale raczej, „Pójdźcie za Mną”. Jezus chce mieć naśladowców, a nie wielbicieli. Jego powołanie, aby być uczniem, wykracza poza zwyczajowe lub kulturowe chrześcijaństwo.

Nie oznacza to jednak, że Jego naśladowcy są doskonali; wręcz przeciwnie, nawet gdy się potkniemy, wezwanie jest skierowane do ponownego zaangażowania i polegania na Bożej pomocy. Metafora ta nie staje się legalistycznym testem osiągnięć, lecz łaskawym zaproszeniem do pełnego uczniostwa. Jak możemy to odzwierciedlić jako jednostki i jako wspólnota wiary?

W jedynym z Dialogów Platona - Eutyfron, Sokrates pyta Eutyfrona: „Czy czyn jest słuszny, ponieważ nakazują go bogowie, czy też bogowie nakazują go, ponieważ jest słuszny?” Spróbuj odpowiedzieć na pytania wynikające z tzw. dylematu Eutyfrona

A. Czy moralnie dobre czyny są moralnie dobre po prostu dlatego, że Bóg je wybiera?

B. A może Bóg ich wybiera, ponieważ są – niezależnie od Jego wyboru – moralnie dobre?

C. Coś innego niż opcja a i b?

piątek, 22 maja 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

 

Mieć wiarę

Felieton do Szkoły Sobotniej na 23 maja 2026

Być może lepszym tytułem dla lekcji w tym tygodniu byłoby stwierdzenie „Okazywanie wiary” ponieważ sami nigdy jej nie wytwarzamy. Jak czytamy w naszym podręczniku: „Wiara nie jest czymś, co sami możemy wytworzyć, ponieważ „Bóg każdemu dał miarę wiary” (Rz 12:3) i wiara jest darem od Boga (Ef 2:8-9).”

Okazywanie wiary nie jest jedynie mentalną akceptacją doktryny lub grupy doktryn, ani nawet istnienia Boga/Jezusa/Ducha. Wiara, która zbawia, to szczere zaufanie Panu. Niestety autorka podręcznika przedstawia wiarę w bardzo uproszczony sposób jako przeciwieństwo do wątpliwości i zdaje się sugerować, że jeśli doświadczamy czegoś, co zaburza naszą relację z Bogiem lub pozostawia nas w niepewności, co do tego jak iść naprzód, to nasza wiara jest w jakiś sposób niepełna lub słaba.

Jeżeli wiara rzeczywiście jest darem od Boga, to dlaczego Bóg nie może przeprowadzić człowieka przez okresy, w których jego wiara jest krucha lub niepewna? Autorka naszej lekcji zdaje się wymagać, aby w jakiś sposób samemu podtrzymywać wiarę, jednocześnie uznając, że sama wiara nie pochodzi od nas. Wiara to coś więcej niż koncepcja, która została przedstawiona w lekcji.

Zacznijmy jednak od początku, Jak zdefiniować wątpliwości? Kiedy pojawiają się wątpliwość? W języku teologicznym, wątpliwości są granicą tego, co obecnie wiemy na temat Boga. Wątpliwości są często naturalnym efektem ubocznym dotarcia do granic naszego zrozumienia. Podobnie jak odkrywca, który wkracza na nieznane terytorium, przeżywa lęk, niepewność i czasami dezorientację. Zamiast jednak zawracać ku temu, co wydaje się znajome i pewne pojawia się w tym momencie możliwość pójścia naprzód i rozwinięcia głębszego zrozumienia kim jest Bóg.

Wątpliwość to po prostu pytanie, na które nie ma jeszcze odpowiedzi. Ludzie mają tendencję do przywiązywania zbyt dużej wagi do wątpliwości, a czasami nawet wstydu spowodowanego wątpieniem. Zwłaszcza w środowiskach religijnych ci, którzy wątpią są czasami stygmatyzowani wstydem. Jednak jeśli nasza relacja z Bogiem jest zbudowana na autentycznej komunikacji, a Jego miłość jest bezwarunkowa, możemy zwrócić się do Niego z naszymi wątpliwościami, lękami i najgłębszymi pytaniami. Czujemy ulgę, wiedząc, że jest On wystarczająco wielki, by to wszystko przyjąć. Nie musimy udawać, żeby to zrobić. Kiedy traktujemy wątpliwości jako pytanie, na które nie ma jeszcze odpowiedzi, nasze doświadczenie wiary może przekształcić się w coś w rodzaju przygody.

Wątpliwość nie zawsze oznacza brak wiary. Czasami jest zaproszeniem do wejścia w głębszą relację z Bogiem. Co więcej, konfrontacja z wątpliwościami, zmaganie się z nimi i szczere trwanie w nich nie jest przeciwieństwem wiary. Kiedy jesteśmy gotowi aby przyznać się do swoich wątpliwości, a nawet postawić im wyzwanie, ujawniamy w ten sposób, że jesteśmy przekonani, że warto zmagać się o zrozumienie tego kim jest Bóg i jak działa w naszym życiu.

Autorka lekcji pyta, dlaczego łatwiej jest mieć wiarę teraz niż w czasach biblijnych i odpowiada, że posiadamy Pismo Święte i znamy długą historię świata, którą możemy przeanalizować. Jednak to pytanie wydaje się płytkie, ponieważ choć Izraelici nie mieli Pisma Świętego, które mamy dzisiaj, to nie żyli w systemach ukształtowanych przez media społecznościowe, kapitalizm, przeciążenie technologiczne ani nie przeżywali życia w takim tempie jak współczesny człowiek. To prawda, że posiadamy więcej zapisanych relacji niż Izraelici. Mamy świadectwa dotyczące uzdrowień, uwolnienia od demonów oraz historie opisujące Bożą opatrzność. Równocześnie jednak posiadamy więcej przykładów ludzkiego okrucieństwa, cierpienia i strat. Dlatego porównywanie czasów biblijnych z naszymi nie wydaje mi się w pełni trafne.

Biblia jest bardzo ważna, ponieważ daje nam wgląd w jaki sposób ludzie w tamtych czasach zmagali się z problemami, wątpili, ufali, ponosili porażki, cierpieli oraz spotykali Boga na przestrzeni dziejów. Z całą pewnością warto powracać do świadectw ludzi, którzy żyli w minionych wiekach, to jednak musimy pamiętać, że ostatecznie wiara ma swoje korzenie w intymnej relacji z Bogiem i zaufaniu, jakie osobiście pokładamy w Jego charakterze. Żadne powtarzanie historii innej osoby nie może zastąpić potrzeby naszego osobistego doświadczenia Boga.

Możemy przyjść do Jezusa takimi, jakimi jesteśmy, niezależnie od tego, jak silna jest nasza wiara. Ojciec, który przyprowadził swojego syna, aby Jezus go uzdrowił miał jedynie tyle wiary aby powiedzieć „Panie, pomóż niedowiarstwu memu!” W jaki sposób zatem zdefiniować wiarę? Czym jest wiara?

Wiara jest trwałą relacją z Bogiem. Jak zauważył Jakub, chrześcijańska wiara jest czymś więcej niż tylko przekonaniem, że Bóg istnieje (diabły również wierzą i drżą). Odwołując się do bardzo starej metafory, wiara jest jak krzesło. Nie wystarczy jedynie mówić o krześle, czy wskazywać na jego istnienie. Wiara to siedzenie na krześle i pozwolenie Temu, który utrzymuje wszystko, trzymać również mnie.

Jeżeli założymy, że wątpliwość jest pytaniem to możemy jeszcze inaczej spojrzeć na naszą metaforę wiary jako krzesła. Mogę zapytać: „Czy krzesło mnie utrzyma?”. Mogę dotknąć krzesła, przyjrzeć się mu, lekko na nim usiąść, aby zaufać, że jest bezpiecznym przedmiotem i w końcu, gdy przeznaczę więcej czasu i lepiej je zrozumiem usiąść na nim z pełnym ciężarem mojego ciała. Wątpliwości są po prostu częścią procesu poznawania i ufania, czy Bóg jest godny zaufania. Kiedy poznaję i doświadczam Go wtedy bardziej ufam i znajduję odpowiedzi na moje pytania. Gdy stajemy w obliczu nowych prób w życiu, cały proces może mieć następujący przebieg: czy krzesło (Bóg) jest w stanie mnie podtrzymać? Kiedy spoglądam wstecz na moje przeszłe pytania (wątpliwości), na które otrzymałem odpowiedź, jestem w stanie mieć trochę więcej wiary niż ostatnio. Dlatego wiara nie jest jednorazowym aktem, ale procesem trwania.

W lekcji zwrócono również uwagę, że wiara nie jest uczuciem. Często miarą „dobrej wiary” jest zdolność do zachowania tego, co uważa się za pozytywne uczucie, nawet w beznadziejnej sytuacji. Patrzymy na kogoś, kto odnajduje radość, doświadczając ubóstwa i nazywamy go osobą o silnej wierze. Widzimy kogoś, kto przeżywa okres życiowych klęsk i jeśli zachowuje jakieś pozytywne emocje, również przypisujemy mu wiarę. Jednak jeśli ktoś wyraża to, co uważa się za negatywne emocje w autentycznie bolesnej sytuacji, zaczynamy kwestionować jego wiarę. Wydaje mi się, że koncepcja „wiara, a nie uczucie” ujawnia nie tylko niewypowiedziany język przywilejów, ale także historię głęboko związaną z uciskiem.

Możemy postawić inną tezę, mianowicie, że wiara zawsze zawiera w sobie uczucie. Biblia zawiera wiele opisów ludzi, którzy szczerze przedstawiali Bogu swój żal, gniew, strach, zagubienie i lament. Emocje są dowodem na to, że jesteśmy w pełni zaangażowani w codzienne, normalne życie i wnosimy tę rzeczywistość do naszych relacji z Bogiem. Jeśli znajduję radość w czymś trudnym, ponieważ ufam Bogu, to ta radość świadczy o systemie wierzeń, który ją wspiera. Jeśli odczuwam złość, urazę lub smutek i szczerze dzielę się tymi emocjami z Bogiem, to również świadczy o tym, że ufam Mu na tyle, by przedstawić Mu pełnię mojego doświadczenia. Uczucia to sygnały. Ujawniają, gdzie jesteśmy i przez co przechodzimy. Czy mogę przeżyć autentyczną wiarę, jeśli jestem oderwany od różnych aspektów mojej perspektywy, moich emocji i moich doświadczeń? Nie sądzę, by wiarę i uczucia można było oddzielić. Co więcej, nie sądzę, by było to konieczne. Zaufanie Bogu nie zawsze oznacza spokojną pewność. Czasami wiara oznacza ciągłe, szczere stawanie przed Bogiem, gdy życie wydaje się nie do zniesienia.

W lekcji zwrócono także uwagę na temat miary wiary, która jest darem od Boga. Niestety wielu ludzi może wpaść w pułapkę wstydu lub niepewności z powodu swojego rzekomego „braku wiary”. W takiej perspektywie wiara wydaje się być rodzajem produktu konsumpcyjnego, na którego zdobycie musimy zapracować. Jeśli wiara jest darem od Boga i polega na całkowitym zaufaniu Chrystusowi w kwestii zbawienia, oznacza to, że wiara jest przede wszystkim ciągłym, rozwijającym się doświadczeniem relacji, które u każdej osoby będzie wyglądać inaczej.

Niestety czasami oceniamy naszą drogę wiary na podstawie etapu naszego wzrostu lub rozwoju. Często zapominamy, że przygoda i podróż wiary jest sama w sobie codziennym dochodzeniem do wiary. Nie możemy pominąć faktu, że wzrost wiary jest procesem, który następuję stopniowo.

List do Hebrajczyków 11 jest bardzo cenny w dyskusji nad znaczeniem wiary w życiu ludzi, ponieważ pokazuje różne sposoby, nawiązywania kontaktów z Bogiem. Pokazuje różnych ludzi, w różnych kontekstach i okolicznościach, którzy budowali swoje relację z Bogiem pod szerokim parasolem wiary. Żadna z tych historii nie jest identyczna. Przedstawiają one zarówno mężczyzn jak i kobiety, osoby z różnych środowisk społeczno-ekonomicznych oraz osoby, które przeżyły bardzo niedoskonałe życie. Boże rozumienie wiary jest o wiele szersze niż nasze, ponieważ nawet osoby które przeżywały moralnie skomplikowane życie nadal okazywały wiarę w znaczący sposób.

W części na czwartek zostało umieszczone zdanie: „Wiara i wątpliwości mogą istnieć obok siebie.” Moim zdaniem jest to sedno każdej szczerej rozmowy o wierze i modlitwie. One współistnieją. Myślę, że nasza niezdolność do radzenia sobie z napięciem i lęk przed własnymi emocjami często przekonują nas, że nie możemy jednocześnie wierzyć i wątpić. Ten lęk zawsze będzie hamował naszą relację z Bogiem, ponieważ w momencie pojawienia się wątpliwości, zamiast się z nią zmagać, próbujemy od niej uciec.

Piękno Listu do Hebrajczyków 11 polega na tym, że choć zawiera on ważne przykłady wiary z przeszłości to tak naprawdę, jego historia wciąż jest pisana. Nasze życie, choć niekanoniczne, dostarcza nowych historii wiary, nowych świadectw tego, jak wiara może się objawiać w różnych kontekstach i pokoleniach.

Na koniec kilka uwag na temat wiary Jezusa. Autorka zgłębia temat trwałej wiary, sugerując, że posiadanie wiary Jezusa oznacza, że Jezus przebywa w nas. Słowo „trwać lub mieszkać” jest jednym z najpiękniejszych sposobów na uchwycenie idei intymności, do której zaprasza nas wiara.

Wyrażenie, które pojawia się w Ap 14:12 (ten pistin Iesou) „wiara Jezusa”(BW, BT, BG), lub „wierzyć Jezusowi” (SNPL) lub „wiara w Jezusa (ESV) może być również przetłumaczone jako „wierność Jezusa”. Takie sformułowanie przesuwa punkt ciężkości z ludzkiej reakcji na działanie Boga, na wierne świadectwo Chrystusa, które jest modelem i podstawą zbawienia i wytrwałości. Pozwala to uniknąć bardziej biernego odczytywania wiary jako jedynie intelektualnego przekonania o Jezusie lub jako ludzkiego aktu wierności, który koncentruje się na nas, a nie na Bogu.

Wiara polega na uczeniu się w jaki sposób polegać na Bogu w codziennym życiu, kiedy jesteśmy zmęczeni, przytłoczeni, niepewni i zmagamy się z przeciwnościami losu. Modlitwa, szczerość wobec Boga, przeżywanie czasu z Jego Słowem i pozostawanie otwartym na Jego obecność to sposoby na budowanie naszej wiary, niezależnie od życiowych wzlotów i upadków.



DO PRZEMYŚLENIA

Co jest takiego w naturze ludzkiej, że w każdym pokoleniu są ludzie, którzy pragną zobaczyć znak? Dlaczego znaki są dla nas tak fascynujące? Dlaczego Jezus mówi ludziom w Mk 8:11-12, że nie otrzymają żadnego znaku, ale w Mt 12:39-40 podaje znak Jonasza?

Dlaczego istnieje tak duża rozbieżność między wiarą uczniów (Mk 4:40), wiarą kobiety kananejskiej (Mt 15:21–28) i wiarą rzymskiego setnika (Łk 7:1–10)?

Jaki jest związek między wiarą jako darem (Rz 12:3) a narzędziem zbawienia (Ef 2:8)? Co mamy na myśli, mówiąc, że „wiara nie jest uczuciem”?

W jaki sposób powierzchowne odczytanie Hbr 11:1 zaciemnia jego prawdziwe znaczenie? Rozdział 11 opisują życie wiary różnych biblijnych postaci, która z nich najbardziej do ciebie przemawia? Kto twoim zdaniem jest „bohaterem wiary”? Kogo z nich byś nie wybrał, a jednak Bóg go wybrał? Jak poszerza to nasze zrozumienie tego, co jest ważne dla Boga? W jaki sposób ich historie mogą być dla nas dzisiaj zachętą i inspiracją?

W jaki sposób wyrażenie „wiara Jezusa” (Ap 14:12) było historycznie rozumiane w adwentyzmie? Czego możemy się nauczyć ze stopniowego rozwoju naszego rozumienia jako Kościoła? Co Mt 26:36–42 mówi nam o wierze Jezusa w tym przełomowym momencie?

W jaki sposób możemy wyjść poza traktowanie Hbr 11:6 jako naszej osobistej modlitwy? W jaki sposób Bóg wynagrodził nasze zbiorowe poszukiwanie Go oraz Jego Pisma Świętego w ciągu ostatnich 50 lat?

Jeśli „wiarę Jezusa” najlepiej rozumieć jako „wierność Jezusa” – czyli aktywną, lojalną i wierną postawę Chrystusa w konflikcie kosmicznym, zwłaszcza objawioną w Jego ofiarnej śmierci i dawaniu świadectwa o prawdziwym charakterze Boga – to przesuwa to naszą uwagę z ludzkiej wiary jako odpowiedzi na boski cel na wierność samego Chrystusa jako paradygmat i fundament życia wierzących. Dlaczego ta zmiana jest tak ważna?

W jaki sposób ta zmiana może zmienić postrzeganie naszej roli w wielkim dziele Boga, jakim jest pojednanie i odnowa Jego świata? W jaki sposób pomaga nam dostrzec, że Bóg wzywa nas wszystkich do zaangażowania się w to dzieło, przez współpracę z Nim, aby uczynić świat takim jakim On chciałby aby był, zanim powróci?

Przygotował Jan Pollok

piątek, 15 maja 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

 

Praktyczna modlitwa

Felieton do Szkoły Sobotniej na 16 maja 2026

W ubiegłym tygodniu kończyliśmy nasze studium cytatem z książki Droga do Chrystusa: „Nasz niebiański Ojciec dostrzega i natychmiast wykazuje zainteresowanie każdym nieszczęściem, które spada na najmniejsze z Jego dzieci, każdą trwogą, która opanowuje jego duszę, każdym momentem radości i każdą szczerą modlitwą wychodzącą z jego ust.”(128). Nie wątpię w Bożą zdolność słyszenia ani pragnienia słuchania naszych modlitw. Jednak, przyglądając się bliżej systemom, które kształtują ludzkie życie, dostrzegamy, że sposób, w jaki modlitwa jest często przedstawiana, wydaje się uproszczony. Wygładzona narracja modlitwy często jest przedstawiana jako akt mówienia i przyjmowania. Zauważam, że czasami modlitwa przybiera formę kazania i jest stosowana jako środek upominania tych, którzy słuchają. Jednak nie na tym polega istota modlitwy. Czasami modlitwa może wydawać się miażdżąca, jak krzyk w otchłań bez odpowiedzi. Czasami może wydawać się nawet marnowaniem energii lub zdradą rzeczywistości. Jestem mocno przekonany, że Bóg słyszy każdą modlitwę. Jednak czy my zawsze potrafimy usłyszeć odpowiedź i czy rozpoznajemy ją, gdy nadejdzie? W tym tygodniu, zajmowaliśmy się problemem „praktyczności” modlitwy.

W historii naszej cywilizacji, zniewoleni ludzie modlili się przez całe pokolenia o wolność, równość, godność i szacunek. Jednak zmiany nie nadchodziły przez całe wieki. Kobieta, która żyje w domu gdzie stosowana jest przemoc, może wołać do Boga i wciąż pozostawać w pułapce, ponieważ odmówiono jej edukacji, niezależności finansowej i wsparcia ze strony społeczności. Być może wychowała się w kulturze, w której nauczono ją, że niezależnie od tego, jak destrukcyjne może być środowisko, w którym się znajduje, jej miejsce jest u boku męża. Migranci, mogą spędzić lata w strachu i bolesnej niepewności, modląc się o stabilizację, a mimo to nie zauważyć żadnych zmian.

Niestety bardzo rzadko rozmawiamy o tym, w jaki sposób modlitwa może być wykorzystywana jako broń. Może być wykorzystana w celu uniknięcia odpowiedzialności lub jako środek wypierania wewnętrznej rzeczywistości. Często ludzie, którzy z największym przekonaniem mówią o zaufaniu do Boga i mocy modlitwy, żyją już w korzystnych warunkach. Ich doświadczenie modlitewne wydaje się silne, jednak w wielu przypadkach wynika to z tego, że ich pragnienia są zgodne z systemem, w którym żyją. Rezultaty, których szukają, nie są dalekie od tego, co życie już im umożliwia. Mają niewielkie lub żadne doświadczenie z tym, jak się modlić do Boga, który wydaje się milczący, ponieważ zachowują się tak jak gdyby odgrywali rolę Boga. Łatwo jest powiedzieć „zaufaj Bogu”, gdy zajmuje się najwyższą pozycję społeczną, gdy twoje stanowisko i wpływ rodzą rezultaty, o które się modlisz. O wiele trudniej jest powiedzieć „zaufaj Bogu”, gdy to zaufanie zależy od działań ludzi i systemów, którym podlegasz.

Co oznacza modlitwa dla dziewczyny która stała się ofiarą handlu ludźmi? Co oznacza dla dziecka, którego dom został zniszczony przez wojnę? Co oznacza dla młodego mężczyzny, który jest przekonany, że aby przeżyć jedyną opcją jest handel narkotykami? Co oznacza dla ojca płaczącego w ośrodku dla imigrantów lub matki, która nie wie, czy jej mąż wróci do domu? Co możemy powiedzieć ludziom, których modlitwy zdają się być stłumione przez systemy ucisku, gdzie głosy sprzeciwu tłumią krzyk uciśnionych i żałobę opuszczonych? Kim jesteśmy, by rościć sobie prawo do wygłaszania komukolwiek wykładów na temat tego, jak powinna wyglądać wytrwała modlitwa?

Gdy przedstawiamy modlitwę jako dopracowany i przewidywalny rytm relacji z Bogiem wyrządzamy krzywdę. Modlitwa może mieć czasami dewastujący skutek. Może być roszczeniowa. Może czasami ranić, nawet wtedy, gdy leczy. Jeśli mamy mówić o praktycznym życiu wiary, musimy być uczciwi wobec tej rzeczywistości. Nie wiemy jakich odpowiedzi udzielić, gdy docieramy do granic wytrzymałości, gdy płaczemy tak długo, aż łzy się kończą, a nasz głos jest zmęczony wołaniem. Świadomość, że modlitwa jest jak rozmowa z przyjacielem może być w takich sytuacjach pomocna. W modlitwie nie szukam jedynie boskiej istoty, która może naprawić to, co zostało zepsute, ale kogoś, kto jest ze mną w skomplikowanych chwilach życia. Chcę być w obecność Boga, który traktuje moje rozpaczliwe „nie wiem, co powiedzieć”, „nie chcę rozmawiać” czy „jestem na Ciebie zły, Boże” jako cenne i wartościowe modlitwy.

Autorka lekcji udzieliła kilka typowych wskazówek dotyczących modlitwy, na przykład jak często się modlić, jak żarliwie się modlić i w jaki sposób oczekiwać na rezultaty modlitwy. Zwróciła również uwagę na kwestię spójności - czy modlitwa jest praktykowana codziennie, czy tylko w kryzysowych sytuacjach oraz tego, czy obejmuje nie tylko prośby, ale także uwielbienie.

W tym tygodniu ponownie zwróciliśmy uwagę na kilka osób z Biblii, które się modliły. Jedną z nich był Eliasz. Znamy kilka jego modlitw. Począwszy od dramatycznego momentu na górze Karmel, aż po momenty zniechęcenia i depresji. Autorka zwróciła uwagę, że po przeżyciu dramatycznego wydarzenia na górze Karmel Eliasza ogarnęło zniechęcenie i lęk i określiła to jako znużenie i lęk, które wzięły górę nad wiarą. Historia Eliasza zawiera jednak więcej warstw niż tylko znużenie i lęk.

Eliasz oddał całkowicie swoje życie w służbie Bogu. To, co widzimy w historii opisanej w 1Krl 19, to nie tylko strach – ale raczej klasyczna oznaka wypalenia. Eliasz był prawdopodobnie fizycznie wyczerpany, zwłaszcza po latach suszy, która wpłynęła na sposób jego odżywiania. Pracował w izolacji. Samotność zostawiła ślad na jego psychice, co będzie widoczne w jego późniejszej rozmowie z Bogiem. Eliasz stał samotnie przeciwko potężnym systemom zarządzanym przez Achaba i Jezabel. Tego rodzaju długotrwała presja zebrała swoje żniwo. Problem Eliasza nie polegał jedynie na tym, że „zabrakło mu wiary.” Był pod każdym względem wyczerpany. Bóg zatroszczył się o swojego proroka. Najpierw nakarmił go i dał mu odpoczynek. Zanim Bóg odpowiedział na wątpliwości Eliasza, najpierw zaspokoił jego fizyczne potrzeby. Dopiero potem, Bóg przemówił do niego. Również sposób w jaki to spotkanie się obyło miał znaczenie. Eliasz nie doświadczył obecności Boga przez ogień ani trzęsienie ziemi, ale przez ciszę i spokój. Bóg przemówił do swojego sługi w taki sposób, aby zarówno jego ciało ja i umysł mogły zrozumieć. Stopień objawienia Boga odpowiadał stanowi emocjonalnemu Eliasza.

Historia Eliasza jest dobrym przekładem, że nie ma jednego sposobu rozmawiania i słuchania Boga. Bóg spotyka się z ludźmi w sposób, który uwzględnia ich fizyczne, emocjonalne i duchowe potrzeby. Modlitwa polega na znalezieniu sposobu nawiązania relacji z Bogiem, który pasuje do sytuacji w jakiej się znajdujemy. Mogą zdarzyć się chwile, gdy studiowanie Biblii, uczęszczanie do kościoła, spotkania modlitewne lub inne rytmy, które są nam znajome, nie są drogami do spotkania z Bogiem. Czasami cisza i spokój mogą być najlepszymi sposobami poznania Boga.

W tym tygodniu zmagaliśmy się również z rzeczywistością, w której nie ma odpowiedzi na nasze modlitwy, lub odpowiedź przychodzi po bardzo długim czasie. Przykładem może być Anna, matka Samuela. Autorka lekcji na przykładzie historii Anny, wskazywała, że czekanie może pogłębić zaufanie i więź z Bogiem, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy ani czasu, ani rezultatu. Zachęcała nas do nieustannego, szczerego zwracania się do Boga, a jednocześnie do refleksji nad naszymi motywami, otwartością, gotowością do przebaczenia i zaufaniem do Jego szerszej perspektywy. Ostatecznie lekcja sugeruje, że sposób, w jaki doświadczamy braku odpowiedzi na modlitwę, często wiąże się z tym, jak postrzegamy Boga. Jeśli postrzegamy Go jako odległego lub obojętnego, czekanie może prowadzić do zniechęcenia, ale jeśli nadal szukamy Jego obecności i opieki, nawet w niepewności, nasza relacja z Nim może się rozwijać.

Takie stwierdzenie może nieumyślnie obciążać osobę, która się modli. Po pierwsze, nawet przy dobrych intencjach, idee takie jak analiza naszych motywów, otwartość, przebaczenie czy zaufanie mogą subtelnie sugerować, że opóźniona odpowiedź lub brak odpowiedzi na modlitwę jest przede wszystkim wynikiem braku czegoś w nas. U kogoś, kto już cierpi, może to pogłębić poczucie winy, wstydu lub zwątpienia w siebie, zamiast przynieść pocieszenie.

Ponadto takie stwierdzenie może zbyt szybko potraktować cierpienie jako lekcję lub okazję do rozwoju duchowego. Choć czekanie może pogłębić zaufanie to jednak nie każda bolesna sytuacja od razu prowadzi do znaczącego, duchowego rezultatu, który jesteśmy w stanie natychmiast zrozumieć. Czasami ludzie latami pozostają w żałobie, chorobie, niesprawiedliwości lub niepewności, pomimo szczerej wiary i modlitwy. W takich chwilach powiedzenie komuś, że czekanie ma uczyć zaufania, może wydawać się policzkiem, nawet jeśli jest to wypowiedziane nieumyślnie. Szczere zwracanie się do Boga pozostawia miejsce na płacz, konsternację, rozczarowanie, nadzieję, zaufanie, a nawet pytania bez odpowiedzi. Wszystkie te elementy są głęboko obecne w Biblii.

Kolejnym przedmiotem naszych studiów w tym tygodniu była tzw. Modlitwa Pańska oraz to w jaki sposób można ją stosować w życiu. Obserwując Jezusa, uczniowie zrozumieli, że modlitwa polega na szczerym kontakcie z Bogiem. Ucząc Modlitwy, Jezus ukazywał modlitwę jako relacyjną, pokorną i ugruntowaną w codziennym życiu.

Zwrot, który pojawia się w pytaniu „Co powstrzymuje cię przed tym (modlitwą) skoro wiesz, że tak powinieneś czynić?” zakłada, że czytelnik już wie, że zawodzi duchowo, i zamiast budować otwartość na Boga, wywołuje wstyd, presję lub postawę obronną. W ten sposób modlitwa staje się nie tyle naturalną relacją, ile raczej zadaniem, które ktoś zaniedbuje.

Takie sformułowanie upraszcza ponadto przyczynę, dlaczego ludzie mogą mieć trudności z modlitwą. Barierą nie zawsze jest lenistwo czy niechęć. Czasami ludzie są wyczerpani, pogrążeni w żałobie, przytłoczeni, rozczarowani, niespokojni, duchowo otępiali lub noszą w sobie zniekształcone obrazy Boga ukształtowane przez strach lub szkodliwe doświadczenia religijne. Pytanie „Co powstrzymuje cię …?” bez wzięcia pod uwagę powyższych realiów sprawia, że ludzie mogą czuć się osądzani, a nie rozumiani.

Jako chrześcijanie często słyszymy, że sami nic nie możemy zrobić, a jednocześnie autorzy lekcji zwracają nam uwagę, że w naszych modlitwach znajduje się zbyt wiele próśb. Takie zestawienie wywołuje napięcie. Oczywiście, zdrowe relacje wymagają czegoś więcej niż tylko proszenia, ale jeśli nie potrafimy przedstawić swoich potrzeb Bogu, to do kogo możemy się zwrócić? To prawda, że modlitwa obejmuje uwielbienie, wyznanie grzechów, przebaczenie i wyrażenie wdzięczności, jednak wszystkie te elementy są formami prośby. Wyznanie grzechów to prośba o miłosierdzie. Przebaczenie to prośba o uzdrowienie. Nawet prośba o obecność Boga jest prośbą. Samo proszenie może być aktem zaufania i uwielbienia, ponieważ uznaje zależność, wrażliwość i intymność.

Moim zdaniem w naszej lekcji zabrakło zwrócenia uwagi na lament. Autorka położyła duży nacisk na uwielbienie i dziękczynienie, tak, jak gdyby były to jedyne akceptowalne sposoby przeżywania naszego życia z Bogiem. Mamy kilka ksiąg w Biblii które zostały zbudowane wokół lamentu. Lamentował Hiob. Lamentował Dawid. Lamentowali prorocy. Lamentował sam Jezus.

Odkrycia naukowe potwierdzają, że uciszany lub ignorowany żal może oddziaływać na nasze ciało. Badania nad żałobą i traumą coraz częściej potwierdzają to, co wiele tradycji duchowych od dawna podkreślało, że smutek, trauma i niewyrażny żal mają często wpływ na nasze ciało i objawiają się w postaci napięcia mięśni, zaburzenia snu, oddechu, trawienia i deregulację układu nerwowego. Jako ludzie, którzy zwracają uwagę na poselstwo zdrowia, nie możemy lekceważyć konsekwencji ignorowania niewyrażonego żalu, traumy i wartości lamentu.

W kulturze zachodniej celebrujemy naukowe podejście do życia, pracoholizm oraz stoicką postawę w obliczu kryzysu. Z podziwem mówimy ludziom, którzy doświadczyli lub doświadczają ogromnych tragedii, że są „silni”, ponieważ nieustannie stawiają czoła i „służą Bogu” w trudnych okolicznościach. Ale czy bycie silnym a nawet silniejszym, nie manifestuje się jeszcze bardziej, gdy wołamy do Boga, płaczemy publicznie lub uderzamy z wściekłością w pierś Boga? Czy pogrążenie w żałobie nie jest manifestacją siły? Co by się stało gdybyśmy jako wspólnota kościelna traktowali żałobę i lament jako coś normalnego? Tak jak niezaspokojony żal i trauma wpływają na ludzkie ciało, tak niezaspokojony smutek, cierpienie i gniew mogą również wpływać na zdrowie i integralność ciała Chrystusa. Przyjście do Boga „takimi, jacy naprawdę jesteśmy” oznacza również dzielenie się naszym bólem, strachem, żalem, wściekłością oraz pytaniami bez odpowiedzi.

Niestety bardzo często jako chrześcijanie unikamy pełnego spektrum ludzkich emocji. Lament często jest postrzegany jako przejaw słabości, który chrześcijanin powinien kontrolować. Jeśli oczekiwanie „silnego życia modlitewnego” polega na tym, że niezależnie od tego, przez co się przechodzi, zawsze trzeba znaleźć sposób na uwielbienie, dziękczynienie w tradycyjnym sensie lub skupienie się na pozytywach, ignorując to, co boli, wówczas szczerość zaczyna zanikać w tej relacji. Być może można powiedzieć, że lament to dziękczynienie w innym języku, ponieważ jest zakorzenione w zaufaniu. Lament to coś, co dzieje się, gdy ktoś wierzy, że Bóg jest wystarczająco bezpieczny, by przyjąć prawdę o jego bólu. Nie traktuje Boga jako kruchego ani emocjonalnie zagrożonego przez te same emocje, które w nas stworzył.

Chrześcijaństwo pod wieloma względami nieświadomie nauczyło ludzi, by stawali się osobami zadowalającymi innych, ludźmi, którzy czują się uprawnieni do dzielenia się tylko tymi emocjami, które wydają się duchowo akceptowalne. Jednak Bóg nie oczekuje od nas zmanipulowanych wersji naszego „ja”. Bóg pragnie pełni tego, kim jesteśmy. Czasami intymność objawia się gniewem, zagubieniem, żałobą i milczeniem. Księgę Hioba jest przykładem autentycznego lamentu. Hiob narzekał, bronił się, kwestionował Boga i otwarcie wyrażał swoją udrękę. Podobne wzorce widzimy w Psalmach. W Biblii wielokrotnie przedstawione są postacie, które szczere wypowiadały się przed Bogiem.

Po co się modlić, skoro Bóg i tak wszystko wie? Wyobrażam to sobie jako powtarzanie tej samej historii bliskiemu przyjacielowi, który już wie, co mi się przydarzyło. Nie słucha mnie, ponieważ brakuje mu informacji. Słucha mnie, ponieważ mnie kocha i chce być ze mną, gdy na bieżąco przetwarzam to doświadczenie. Modlitwa nie polega na informowaniu Boga. To raczej ja potrzebuję modlitwy, aby przekonać się jak bardzo chcę być z Bogiem. Chodzi o Jego obecność. Modlitwa to zaproszenie do bycia z Bogiem i do tego, by Bóg był z tobą. Można zmienić nieco to pytanie, aby zrozumieć jego sens: dlaczego mielibyśmy modlić się nieszczerze, skoro Bóg już wie? Dlaczego miałbym udawać? Dlaczego miałbym bagatelizować swoją rzeczywistość? Dlaczego miałbym siebie krytykować, skoro Bóg już wie?

Cytat z książki Droga do Chrystusa, wyciągnięty z szerszego kontekstu również sprawia kłopot interpretacyjny: „[Modlitwa] potrzebna jest nie po to, aby Pan poznał, jakimi jesteśmy, ale abyśmy my mogli Go przyjąć. Modlitwa nie sprowadza Boga do nas, lecz podnosi nas do Niego.” (118). W takiej formie ten cytat pomniejsza fakt, że obie prawdy mogą współistnieć. Bóg troszczy się o nasze potrzeby. Chce, abyśmy szczerze je sobie przedstawiali. Idea, według której modlitwa jedynie unosi nas ku niebu, nie jest wystarczająca, ponieważ zasadniczą częścią relacji Boga z ludzkością jest Jego zstąpienie, On jest Bogiem, który zstąpił do nas. Chrystus uklęknął w prochu. Chrystus dotknął tych których nikt nie dotykał. Wychodził do ludzi, wchodził do ich domów, zbaczał z drogi, aby spotkać ludzi. Dlatego nie można powiedzieć, że modlitwa jest tylko jednokierunkowa. Modlitwa jest miejscem wzajemnego spotkania. Dwa serca połączone w intymności.

Po co się modlić, skoro wszystko układa się po naszej myśli? Jak krucha i nietrwała byłaby przyjaźń, gdyby ludzie spotykali się tylko w jednym kontekście. Wyobraź sobie kogoś, kto tylko przeżywa z tobą żałobę, ale nigdy nie świętuje z tobą radości, albo kogoś, kto tylko świętuje z tobą chwile sukcesów, ale znika, gdy życie staje się trudne. Zdrowe relacje łączą ludzi w każdym czasie. To samo dotyczy relacji z Bogiem. On pragnie zarówno być obecny w naszej radości tak samo, jak w naszym cierpieniu. Bóg pragnie świętować z nami, gdy życie wydaje się piękne, ale także pragnie być z nami, gdy życie staje się nieznośnie ciężkie.

Z kim powinniśmy się modlić? Wydaje się, że na to pytanie powinniśmy odpowiedzieć, że z wszystkimi. Jednak szczerze mówiąc, modlitwa nie zawsze jest bezpieczna tylko dlatego, że dotyczy spraw duchowych. Modlitwa może czasami stać się narzędziem kontroli, wstydu i manipulacji, gdy jest oderwana od miłości. Może być instrumentem doktrynizowania oraz moralizowania.

Jeśli celem twojej modlitwy jest przekształcanie kogoś, w osobę, którą twoim zdaniem można zaakceptować, to twoja modlitwa nie jest zakorzeniona w miłości. Jeśli nie potrafisz uszanować czyjejś historii, godności, człowieczeństwa ani złożoności, modlitwa staje się kolejną formą przemocy. Ludzie używają języka Boga, aby pomniejszać innych, uciszać ich lub duchowo pomniejszać ich doświadczenia. Jeśli nie kochasz kogoś szczerze, jeśli nie dostrzegasz w nim/w niej osoby pełnej godności i troski, być może nie jesteś najbezpieczniejszą osobą, z którą można się modlić. Niech zamiast tego ktoś, kto naprawdę potrafi docenić drugiego człowieka, idzie razem z nim przed Bogiem.

Autorka podręcznika napisała „Gdy prosimy Boga o Jego działanie w naszej sprawie, wówczas otwieramy drzwi do tego działania.” Takie sformułowanie sugeruje, że działanie Boga zależy od ludzkiej zgody lub inicjatywy. To nie jest teologicznie poprawne. Ludzkość nie zaprosiła Boga na krzyż. Bóg zbliżył się do ludzkości na długo, zanim ta wiedziała, jak odpowiedzieć. Miłość Boga nigdy nie zależała wyłącznie od naszej gotowości. Gdy byliśmy jeszcze daleko od Niego, gdy byliśmy grzesznikami, Chrystus za nas oddał życie.

DO PRZEMYŚLENIA

W tym tygodniu nadal zajmowaliśmy się tematem modlitwy, omawiając różne osoby, które się modliły. Nasze modlitwy bardzo często koncentrują się na prośbach. Jakie inne rodzaje modlitwy powinniśmy rozważyć?

1Krl 18:36-39. Eliasz to kolejna biblijna postać znana ze swoich modlitw. O co modli się Eliasz i jaki był tego rezultat?

1Krl 18:42-45. Jaką pozycję modlitewną przyjął Eliasz w tej modlitwie? Jaki był rezultat tej modlitwy?

1Krl 19:1-8. O co modlił się Eliasz tym razem i jak Bóg odpowiedział?

1Krl 19:9-18. Czy rozmowa Eliasza z Bogiem była modlitwą? Czym różni się Boża odpowiedź od tej, którą Eliasz otrzymał na Górze Karmel? Jaki jest związek emocjonalnych stanów Eliasza z jego modlitwami?

Mt 7:7. Wiele osób modli się o pewne rzeczy od lat i ma wrażenie, że Bóg ich nie słyszy ani nie odpowiada na ich modlitwy. Jezus powiedział: „Proście, a będzie wam dane”. Jak rozumiesz obietnicę Jezusa?

1 Sam 1:10-17. Anna jest przykładem kobiety, która modliła się wytrwale. Początkowo wydawało się, że Bóg nie odpowiedział na jej modlitwę, jednak w końcu jej życzenie zostało spełnione. Dlaczego, twoim zdaniem, Bóg zwlekał w jej przypadku i nie tylko w jej?

Mt 6:5-8. Jaka była reakcja Jezusa na długie i starannie opracowane modlitwy typowe dla jego czasów? Jaki był zasadniczy problem z tego rodzaju modlitwami? Jaką alternatywę dla takich modlitw przedstawił Jezus - Mt 6:9-15? Jakie elementy składowe modlitwy dostrzegasz w tej wzorcowej modlitwie? Co powstrzymuje Ciebie od częstszych modlitw w twojej sytuacji życiowej?

Dn 9:4-19. Jest to jedna z najdłuższych modlitw zapisana na kartach Biblii. Jakie kluczowe elementy dostrzegasz w tej modlitwie?

Jakie wspólne elementy można odnaleźć we wszystkich modlitwach zapisanych na kartach Biblii? Dlaczego są one ważne? Który z tych elementów, jest dla ciebie teraz najważniejszy? W jaki sposób można wyrazić większą wdzięczność w naszych modlitwach?

W refleksji nad modlitwą warto zwrócić uwagę na kilka następujących spraw: 1) Po co się modlić, skoro Bóg wie już wszystko, o czym zamierzasz mówić? 2) Po co się modlić, skoro wszystko układa się po naszej myśli? 3) Jaka jest rola wiary lub zaufania w modlitwie? 4) Czym różni się modlitwa indywidualna od modlitwy w grupie, np. w rodzinie? Która z nich jest ważniejsza? 5) Jak możemy słuchać Boga i jednocześnie z Nim rozmawiać? Które z tych pytań uważasz za najtrudniejsze? Jaką rolę odgrywa w modlitwie post?

piątek, 8 maja 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

 

Wojownicy modlitwy

Felieton do Szkoły Sobotniej na 9 maja 2026

Jakie myśli przychodzą ci do głowy, gdy widzisz lub słyszysz określenie „wojownicy modlitwy”?

W tym tygodniu koncentrowaliśmy naszą uwagę na modlitwie. Autorzy lekcji porównali nasze relacje z Bogiem do relacji międzyludzkich, sugerując, że jeśli rzadko rozmawiamy z bliskim przyjacielem lub współmałżonkiem, relacja ta w końcu się rozpadnie. Mimo, że wykorzystywanie analogii z relacji międzyludzkich może czasami pomóc nam zrozumieć naszą relację z Bogiem, to porównanie w tym przypadku nie do końca jest trafne. Relacje międzyludzkie są zbudowane na wzajemności i obopólnym zaangażowaniu, ale postawa Boga wobec nas nie zmienia się w ten sam sposób.

Nasze poczucie bliskości z Bogiem może się zmieniać i w tym sensie nasza relacja może wydawać się napięta lub chłodna, zwłaszcza gdy komunikacja jest ograniczona. Rzecz ma się inaczej w przypadku osłabienia relacji w stosunkach międzyludzkich. Kiedy relacje międzyludzkie się rozpadają, ludzie rozchodzą się. W przypadku relacji z Bogiem, nawet w okresach dystansu i ciszy, On pozostaje w tym samym miejscu. Jego postawa wobec nas jest niezmienna.

Kiedy nie odzywamy się do Niego, Bóg się nie wycofuje. Nasza świadomość i doświadczenie łączności z Nim stają się mniej bezpośrednie. Jednak nawet wtedy połączenie to nigdy nie jest niedostępne. W chwili, gdy decydujemy się na modlitwę, następuje połączenie. Nie jest potrzebny okres „odbudowy”, aby Bóg mógł nas usłyszeć, ponieważ zaproszenie pozostaje nienaruszone. Bóg przyjmuje modlitwę kogoś, kto nie modlił się od lat, z taką samą otwartością, jak w przypadku kogoś kto modli się codziennie od dziesięcioleci.

Dobrym biblijnym przykładem jest przypowieść o robotnikach w winnicy z Mt 20:1–16. Robotnicy, którzy pracowali cały dzień, otrzymali taką samą zapłatę, jak ci, którzy zostali zaangażowani później. Historia ta podważa tezę, że bliskość lub czas trwania zapewniają większą rangę. Podobnie, regularna modlitwa może nadawać rytm i poczucie wspólnoty, ale jej brak nie umniejsza Bożej gotowości do spotkania się z nami.

W tym tygodniu zwróciliśmy uwagę na kilka osób z Biblii, które się modliły. Daniel z pewnością był zaangażowany w modlitwie i był gotowy zaryzykować dla niej życie. Modlitwa nie była dla niego jedynie liturgicznym aktem. Ukazywała głębię jego relacji z Bogiem. Musimy jednak zachować ostrożność w sposobie w jaki przedstawiamy postać Daniela ponieważ opisy jego mądrości, napełnienie Duchem oraz podkreślanie, że był on bardzo umiłowany może subtelnie sugerować, że był on bardziej faworyzowany ze względu na swoją wierność. Taka interpretacja może zawierać przesłanie, że na miłość Bożą trzeba sobie zasłużyć lub że jest ona rozdzielana nierównomiernie. Taka teza nie jest zgodna z opisem charakteru Boga.

Modlitwa posiada kluczowe znaczenie w życiu wierzącej osoby. Taką samą rolę odgrywa komunikacja we wszystkich relacjach międzyludzkich. Trzeba jednak pamiętać, że nawet w okresach, w których nie byliśmy tak konsekwentni i zaangażowani w modlitwę jak Daniel, bliskość Boga z nami się nie zmieniła. Gdy zaczynamy się modlić, Bóg jest przy nas i jest gotowy, aby nas słuchać. Takie przekonanie przynosi pocieszenie, a nie wstyd z powodu tego, że czasami nasze życie modlitewne może się nam wydawać porażką.

Autorka lekcji stosunkowo dużo czasu przeznaczyła na omówienie postawy modlitewnej zwracając przede wszystkim uwagę jak ważne jest klęczenie. Nie zwróciła jednak uwagi na fakt, że postawa modlitewna jest uwarunkowana kulturowo. Praktyki modlitewne różnią się znacząco w zależności od kultury i rozwijały się z czasem, kształtowane przez konkretne konteksty, w których ludzie się modlili. Postawa podczas modlitwy odzwierciedla głębsze założenia teologiczne i kulturowe, ujawniając, jak społeczności rozumieją swój związek z boskością.

W tekstach biblijnych nie jest wymieniona jedna, konkretna pozycja modlitewna. Najczęściej modlitwa odbywała się na stojąco z rozłożonymi rękami lub uniesionymi w górę a także leżąc z twarzą ku ziemi. Modlący się często zwróceni byli w stronę świątyni jako miejsca zamieszkania Boga, a po jej zburzeniu wierni modlili się zwróceni w stronę Jerozolimy. Zwyczaj klęczenia ze złożonymi rękami rozwinął się szczególnie w kulturze zachodniej jako sposób wyrażenia zależności wasala w stosunku do feudalnego pana. (Podobna motywacja jest charakterystyczna dla postawy modlitewnej w islamie.)

Klęczenie może mieć znaczenie i wartość dla tych, którzy je wybierają, ale nie jest konieczne do poznania Boga. Piotr modlił się, tonąc w czasie burzy, Zacheusz spotkał Boga, wspinając się na drzewo, łotr na krzyżu modlił się, umierając okrutną śmiercią, Jan Chrzciciel modlił się na pustyni.

Ellen White porównuje modlitwę do oddechu i stwierdza: „Pielęgnujcie zwyczaj rozmawiania ze Zbawicielem, gdy jesteście sami, gdy spacerujecie, i gdy jesteście zajęci codzienną pracą. Niech wasze serca stale wznoszą się w cichej prośbie o pomoc, światło, siłę i wiedzę. Niech każde tchnienie będzie modlitwą. (Śladami Wielkiego Lekarza, 381)

Jeśli modlitwa jest porównana do oddechu, dziwne wydaje się, że lekcja tak bardzo podkreśla wagę klęczenia. Czy Bóg słyszy moją modlitwę lepiej, gdy klęczę? Czy klęczenie w jakiś sposób odblokowuje sekretny kod, dzięki któremu Bóg może zdziałać więcej? Takie myślenie może prowadzić w stronę przekształcanie duchowości w formę przesądu lub transakcji. Faktycznie jeden z komentarzy w lekcji moim zdaniem trąci przesądem: „Gdy rano klękamy do modlitwy, to jak gdyby złożenie fizycznej deklaracji mocom ciemności, że tego dnia wybieramy Boga.” Czy Szatan jest w moim pokoju i czeka, czy uklęknę, czy nie? Czy takie stwierdzenie nie łączy mocy z moim własnym aktem klękania, zamiast z potężnymi dłoniami Boga, który ochroni mnie przed mocami ciemności? Postawa klęcząca w naszej kulturze reprezentuje pozycję modlitewną, ale szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby to miało dla Boga jakieś znaczenie. Jeśli w czasie modlitwy martwię się swoją postawą modlitewną, czy rzeczywiście przeżywam autentyczną komunikację z Bogiem?

Drugą postacią, na którą zwróciła uwagę autorka lekcji jest Henoch. Ponieważ Biblia nie zawiera zbyt wielu wersetów na jego temat, autorka zacytowała fragment z książki Ellen White, Patriarchowie i Prorocy, aby pokazać, w jaki sposób Henoch nawiązywał kontakt z Bogiem w samotności. Następnie podkreśliła, że możemy modlić się do Boga zawsze i wszędzie, a także, jeśli to możliwe, aby starać się modlić do Boga na głos, ponieważ modlitwa na głos, lub szeptem, może pomóc nam uniknąć rozproszenia uwagi. Wskazówki takie jak samotność i modlitwa na głos, mogą być pomocne w budowaniu więzi, nie powinny jednak stać się regułami. Historia Henocha opisana w książce Patriarchowie i Prorocy nie może polegać na wskazywaniu jednej konkretnej formuły modlitewnej. Chodzi raczej o pozostawanie blisko Boga w codziennym życiu, w jakiejkolwiek formie. Dla niektórych osób może to oznaczać cichą modlitwę, dla innych rozmowę z Bogiem podczas jazdy samochodem, spaceru, słuchania muzyki, składania prania lub chwili wytchnienia w ciągu pracowitego dnia. Kiedy poświęcamy więcej uwagi właściwemu stosowaniu formy, ryzykujemy, że zamienimy czas naszego nabożeństwa z Bogiem w formę bałwochwalstwa.

Refleksja nad postawą modlitewną nasuwa mi myśl jak kontrolowane i powściągliwe może być adwentystyczne doświadczenie nabożeństwa. Nabożeństwo czasami wydaje się wyreżyserowane i ustrukturyzowane do granic sterylności. Siedzimy, stoimy, klękamy. Jest mało lub wcale nie ma miejsca na indywidualną ekspresję. W moich zborach od kilku lat prowadzimy regularnie cykl zatytułowany „10 Dni Modlitwy”. Piękna inicjatywa, która polega na przeżyciu dziesięciu dni w modlitewnym skupieniu. W tym roku po raz pierwszy program przewidywał nie tylko jedno spotkanie modlitewne wieczorem, ale obejmował cały dzień. Zawierał materiał zarówno dla indywidualnej jak i zbiorowej modlitwy. Zmiana formuły modlitewnej była dla niektórych osób trudna do zaakceptowania. Modlitwa konwersacyjna była przez niektóre osoby postrzegana jako doktrynalne odstępstwo. Modlitwa w czasie spotkań modlitewnych jest czasami wykorzystywana przez niektóre osoby jako okazja do głoszenia kazań i rzadko kiedy jest wypowiadana w 1 osobie liczby pojedynczej.

Trzecią postacią, którą zajmowaliśmy się w tym tygodniu był Mojżesz i jego przywódcza rola w kontekście modlitwy. Mojżesz doświadczył bardzo głębokiej i bezpośredniej komunikacji z Bogiem, od płonącego krzewu po plagi, od brzegu Morza Czerwonego po epifanię na górze Synaj. Jego życie naznaczone było wielkimi spotkaniami z Bogiem. Jednak autorka skupiła się jedynie na wstawiennictwie Mojżesza za jego siostrą Miriam, chociaż była to wspaniała okazja, aby przez pryzmat modlitwy spojrzeć na problem sprawiedliwości, rasizmu, uprzedzeń, odpowiedzialności i odnowy (konflikt Mojżesza z rodzeństwem miał podłoże rasowe!) W kościele wciąż panuje wiele milczenia wokół tych tematów. Wielu ludzi stosuje różnego rodzaju wymówki, takie jak na przykład twierdzenie, że są to tematy polityczne, i uzasadniają w ten sposób, że nie możemy angażować się w takie dyskusje w kościele. Musimy pamiętać, że wszelki ucisk i niesprawiedliwość boleśnie poruszają serce Boga.

Mojżesz jest wyjątkową postacią, która pokazuje, co to znaczy wstawiać się za innymi, zwłaszcza z pozycji przywódcy. Jego wstawiennictwo za cały naród może pomóc nam zastanowić się nad związkiem między sojuszem, orędownictwem a modlitwą. Historia Mojżesza ukazuje Boga jako tego, który słucha i odpowiada. Należy również zauważyć, że Mojżesz nie poprzestał na modlitwie za Izraelitów, ale poświęcił dla nich swoje życie. Jak widać w życiu Mojżesza, prawdziwe wstawiennictwo to nie tylko słowa, ale pobudzenie do działania.

Modlitwa nie jest rytuałem, jest relacją. Bóg zaprasza nas do stałej, bliskiej relacji, w której możemy powiedzieć Mu wszystko. Nic nie jest zbyt duże ani zbyt małe dla Niego. Ellen White przypomina nam, że jest On jednocześnie wystarczająco potężny, by utrzymać wszechświat, i wystarczająco osobisty, by troszczyć się o życie każdego człowieka. Obraz zwrócenia się do Boga tak naturalnie, jak kwiat zwraca się do słońca, oddaje relację, która jest stała, instynktowna i zakorzeniona w zaufaniu. Podkreśla również, że Boża troska odnosi się do każdego człowieka w pełni i osobiście, jak gdyby był jedynym.

W naszej współczesnej zabieganej i skomplikowanej rzeczywistości, gdy czujemy, że musimy ze wszystkim radzić sobie sami albo zanosić do Bogu tylko niektóre sprawy powyższa refleksja przypomina nam, że więź z Bogiem nie musi być zarezerwowana na idealne chwile ani długie modlitwy. Modlitwa może mieć miejsce przez cały dzień, w czasie rzeczywistym, gdziekolwiek się znajdujemy. Obecność Boga nawet w sytuacjach, które możemy uznać za nieistotne, zachęca nas do ponownego przemyślenia naszego podejścia do modlitwy. Musimy porzucić koncepcję używania modlitwy w sposób transakcyjny, a zamiast tego zrozumieć i doświadczyć jej jako prawdziwego, osobistego sposobu bycia z Bogiem we wszystkich wzlotach i upadkach naszego życia.

Na koniec chciałbym ustosunkować się do tytułu lekcji. W angielskim podręczniku do Szkoły Sobotniej tytuł naszej lekcji brzmi „Wojownicy modlitwy”. Chociaż termin „wojownik modlitwy” nie pojawia się w Piśmie Świętym, to jednak funkcjonuje on w środowiskach chrześcijańskich. Koncepcja ta czasami sugeruje, że niektórzy chrześcijanie posiadają szczególne powołanie lub zdolność do modlitwy skuteczniejszej niż inni, mimo że Biblia nigdy nie precyzuje, że niektórzy wierzący powinni modlić się bardziej pilnie lub skuteczniej niż inni. Termin „wojownik modlitwy” niesie ze sobą kilka problemów koncepcyjnych, które mogą podważać autentyczną praktykę duchową.

Jednym z istotnych minusów są wypaczone oczekiwania dotyczące mechanizmów modlitwy. Czasami słyszę, gdy ktoś mówi, „musimy się modlić mocniej”. Co w ogóle oznacza „módl się mocno”? Skoro modlitwa jest potężna dzięki mocy Boga, to w jaki sposób moja „intensywna” modlitwa sprawia, że może być potężniejsza? Kiedy wojownicy modlitwy ujmuje swoją praktykę jako „modlenie się przeciwko” konkretnym celom, modlitwa zaczyna przypominać zaklęcie – formułę, która dokonuje fizycznej pracy siłą samych słów. Taka perspektywa sugeruje, że skuteczność modlitwy zależy od tego, jak mocno, wytrwale lub głośno się modlimy. To „zaklęciowe” podejście bardziej przypomina czary i magię niż biblijną modlitwę. Problem jest tu natury teologicznej: przenosi moc z Boga na słowa i wysiłek modlącego się.

Drugą wadą jest zniechęcenie, jakie wywołuje ten termin wśród zwykłych wierzących, ponieważ stworzył wokół niektórych osób atmosferę celebrytów, co może generować niezamierzone konsekwencje. Określenie „wojownik modlitwy” może wydawać się onieśmielające, skłaniając tych, którzy mają problemy ze skupieniem, czujnością lub wytrwałością w modlitwie, do całkowitego porzucenia tej praktyki, wierząc, że takie praktyki należą jedynie do elitarnej, zaangażowanej garstki. Tworzy to fałszywą hierarchię, która przeczy biblijnej zasadzie, że wszyscy wierzący są powołani do modlitwy. Co ważniejsze, wywyższenie pozycji konkretnych osób, które praktykują modlitwę może w rzeczywistości hamować rozwój duchowy, zniechęcając zwykłych wierzących do modlitwy, prowadząc ich do zanoszenia próśb do „wojowników modlitwy” w ich imieniu.

Trzeci problem dotyczy nierealistycznych gwarancji co do rezultatów. Modlitwa nie daje żadnej gwarancji konkretnych rezultatów – nawet apostoł Paweł, pomimo swojego wyraźnego duchowego zaangażowania, nie mógł uzyskać ulgi od „ciernia w ciele”. Kiedy etykieta „wojownika” sugeruje moc bezpośredniego kontrolowania okoliczności poprzez agresywną modlitwę, naraża wierzących na rozczarowanie i duchowe zagubienie, gdy modlitwy pozostają bez odpowiedzi.

Te wady sugerują, że termin ten zaciemnia prawdziwą naturę modlitwy: nie jest ona narzędziem używanym przez duchową elitę, lecz pokorną prośbą kierowaną do Boga przez wszystkich wierzących, której wartość tkwi w pogłębianiu relacji z Bogiem, a nie w mierzalnych rezultatach.



DO PRZEMYŚLENIA

Ps 116:1-2. Miłuję Pana, gdyż wysłuchał Głosu mego, błagania mego. Nakłonił bowiem ucha swego ku mnie w dniach, gdy go wzywałem. Autor psalmu twierdzi, że Jahwe usłyszał jego głos. Skąd wiesz, że Bóg cię usłyszał? Autorka lekcji stwierdziła: „Jeśli nie modlimy się często i regularnie, prędzej czy później zaczniemy oddalać się od Pana”. Czy zgadzasz się z tym twierdzeniem?

Daniel i jego trzej przyjaciele byli wierni swoim zasadom, gdy przybyli do Babilonu. Autor księgi Daniela stwierdził: „Bóg dał tym czterem młodzieńcom znajomość i rozumienie wszelkiego pisma i mądrości; Daniel zaś znał się na wszelkiego rodzaju widzeniach i snach.” (Dn 1:17). To właśnie Danielowi, Bóg wyjawił tajemnicę snu króla (Dn 2:17-23). Jaka była treść modlitwy Daniela i czego możemy się z niej nauczyć?

Co zrobił Daniel pomimo zaciekłej zazdrości i złowrogich intryg ze strony swoich rówieśników (Dn 6:5-11)? Co byś zrobił w podobnej sytuacji?

Ellen G. White napisała, że: „Modlitwa to otwarcie serca przed Bogiem tak jak przed przyjacielem.” Jaki wpływ ma idea przyjaźni na twoje rozumienie modlitwy? Jaka jest właściwa postawa modlitewna? W jaki sposób zwyczaje kulturowe wpływają na przyjmowanie postaw w czasie modlitwy? Co postawa modlitewna może powiedzieć o naszym obrazie Boga?

Co Twoim zdaniem mógł mieć na myśli Paweł, nawołując Tesaloniczan do „modlenia się bez przystanku” lub Rzymian do bycia „wytrwałym w modlitwie”? Na czym mogło polegać „chodzenie z Bogiem” w przypadku Henocha?

W Biblii zostały opisane liczne rozmowy Mojżesza z Bogiem, z których pierwsza miała miejsce przy płonącym krzewie. Wj 33:9-11. Jaka była relacja między Bogiem a Mojżeszem? Czy jest ona możliwa również dla nas? Wj 33:12-13? Dlaczego Mojżesz rozmawiał z Panem? Wj 33:14-16. Dlaczego Mojżesz tak bardzo nalegał na obecność Boga podczas wędrówki po pustyni? Wj 33:17-23. Jak została zdefiniowana chwała Boża w tym fragmencie?

Wj 32:1-6. Mojżesz wstawiał się w modlitwie za swoim bratem Aaronem. Dlaczego było to ważne zarówno dla Aarona jak i całego ludu w tamtym czasie? Wj 32:7-14. Co by się stało, gdyby Mojżesz nie wstawił się za ludem? Czego dowiadujemy z tego fragmentu na temat relacji między Mojżeszem a Bogiem? Jakie wnioski wynikają z tej historii? Jak Mojżesz interpretował zachowanie Boga w dalszej części tej historii (Pwt 9:19-20)?

Wj 32:31-32. Jak bardzo Mojżesz, wstawiał się za całym narodem? Czy to wstawiennictwo było rzeczywiście konieczne, czy też Bóg próbował czegoś nauczyć Mojżesza?

Które z poniższych spostrzeżeń najbardziej do Ciebie przemawia? Dlaczego?

Możemy trzymać się tak blisko Boga, że w każdej nieoczekiwanej trudności nasze myśli będą zwracały się do Niego tak naturalnie, jak kwiat kieruje się w stronę słońca. … Jego kochające serce dotknięte jest naszym smutkiem tak, jak i jego wyrażeniem. Przynośmy do Niego wszystko, co wprawia nasz umysł w zakłopotanie. Dla Niego nic nie jest zbyt przygniatające, ponieważ utrzymuje całe światy i zarządza wszystkimi sprawami we wszechświecie. Nic, co w jakimkolwiek stopniu dotyczy naszego spokoju, nie jest dla Niego niezauważalne. Żaden rozdział naszego doświadczenia nie jest zbyt mroczny, aby Bóg nie mógł go przeczytać. Dla Niego żaden dylemat nie jest zbyt zagmatwany, aby nie mógł go rozwiązać. Nasz niebiański Ojciec dostrzega i natychmiast wykazuje zainteresowanie każdym nieszczęściem, które spada na najmniejsze z Jego dzieci, każdą trwogą, która opanowuje jego duszę, każdym momentem radości i każdą szczerą modlitwą wychodzącą z jego ust… Związek Boga z każdym człowiekiem jest tak wyłączny i tak pełny, jak gdyby na całym świecie nie było innych ludzi, nad którymi mógłby roztaczać opiekę i za których oddał swojego umiłowanego Syna”. — Ellen G. White, Droga do Chrystusa, s. 99.

Spośród trzech postaci biblijnych omawianych w tym tygodniu, z czyim życiem modlitewnym najbardziej się utożsamiasz i dlaczego?









































Przygotował Jan Pollok