Ku wieczności
Felieton do Szkoły Sobotniej na 27 czerwca 2026
W ubiegłym tygodniu zajmowaliśmy się problemem świadczenia o Jezusie, na czym ono polega i jaki jest jego skutek. Zwróciliśmy uwagę na to, jak łatwo jest uczynić służbę i świadczenie miarą naszej duchowej wartości. Wielu ludzi wciąż uważa, że więcej służby, więcej głoszenia, więcej poświęcenia lub więcej aktywności zbliży ich do Boga. Warto jednak mocno podkreślić jak ważne jest rozróżnienie, czy nasze świadczenie i służba są korzeniem naszej relacji z Bogiem czy też jej owocem. Jeśli służba staje się sposobem na zdobycie akceptacji, szybko staje się uciążliwa i transakcyjna. Natomiast jeśli służba wyrasta ze świadomości, że już jesteśmy kochanymi, akceptowanymi i umiłowanymi dziećmi Boga, to staje się czymś zupełnie innym. Służba nie tyle staje się okazją do udowodnienia Bogu jak bardzo się staramy, ale jest raczej uczestniczeniem w miłości, którą już otrzymaliśmy.
Autorka lekcji podkreślała mocno fakt, że żyjemy w świecie naznaczonym niepewnością, cierpieniem i znakami końca, dlatego zachęcała nas do wzmocnienia relacji z Bogiem w kontekście zarówno kruchość życia, jak i ciągłej potrzeby Bożej łaski i podkreślała wagę dbania o to, by nasza relacja z Bogiem była silna. Choć na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie, równocześnie jednak przenosi uwagę z wierności Boga na nasze działanie. Zaczynam się zastanawiać: skąd mam wiedzieć, czy moja relacja z Bogiem jest wystarczająco silna? Wystarczająco silna - na co? Na czasy ostateczne? Na zbawienie? Na trudne okoliczności? Wystarczająco silna - dla kogo? Boga? Dla mnie? Kiedy te pytania pojawiają się w naszych dyskusjach, wiele osób zaczyna oceniać siebie. Czy modlę się wystarczająco dużo? Czy czytam wystarczająco dużo? Czy ufam wystarczająco mocno? Czy jestem wystarczająco nowonarodzoną osobą? Nagle akcent subtelnie przesuwa się z „pochwycenia nas” przez Boga na nasze uchwycenie Boga. Taka perspektywa budzi raczej niepewność i niepokój niż poczucie bezpieczeństwa. Lęk wynikający z próby bycia wystarczająco silnym, by zasłużyć na Bożą łaskę, jest niepotrzebnym i narzuconym sobie ciężarem. Próba bycia wystarczająco silnym, by zapewnić sobie zbawienie lub niebo, powoduje, że całe nasze życie staje się okresem zmagań, ponieważ te cele są ostatecznie nieosiągalne. Gdyby były to zadania, które moglibyśmy wykonać sami, nie potrzebowalibyśmy Chrystusa, który musiał przyjść i umrzeć za nasze grzechy.
Ożywienie w naszym duchowym życiu jest piękną koncepcją, niestety często jest przedstawiane jako coś, co my musimy wykonać lub co musimy utrzymywać. Wiele biblijnych przykładów pokazuje jednak, że to Bóg jest inicjatorem przebudzenia i ożywienia. W księdze Jeremiasza 31, Bóg nie mówi: „Upewnij się, że trzymasz się Mnie wystarczająco mocno”. Mówi raczej : „Miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego tak długo okazywałem ci łaskę.” Podstawą naszych relacji jest Boża inicjatywa, a nie nasza stałość.
Co to znaczy mieć „silną więź” z Bogiem. Czy mierzona jest ona liczbą godzin poświęconych nabożeństwu; pewnością wiary; bliskością emocjonalną; uczęszczaniem do kościoła? Refleksja nad tymi pytaniami może prowadzić do wyidealizowanego obrazu duchowości, który prowadzi do poczucia nieadekwatności. Niektóre z najsilniejszych relacji z Bogiem opisane w Biblii miały miejsce w okresach zwątpienia, żalu, wątpliwości i zmagań. Historia Hioba, Dawida, Jeremiasza, a nawet Jezusa w Getsemane niekoniecznie pasuje do naszego
2
2
współczesnego wyobrażenia osoby, która czuje się duchowo silna.
Być może lepszym pytaniem byłoby: „Czy ufam relacji jaką Bóg posiada ze mną?”. Pytania dotyczące naszych relacji z Bogiem mogą dotyczyć albo ludzkiego wysiłku związanego z budowaniem tych relacji lub nacisk może być położony na rolę Bożego charakteru w naszych relacjach z Nim. Wracając do fragmentu z księgi Jeremiasza, to Bóg jest tym, który okazuje inicjatywę. Nasza rola polega na odpowiedzeniu na Jego inicjatywę. Dlatego Psalm 80 jest piękną modlitwą zaufania: „Odnów nas i rozjaśnij oblicze swoje”. Autor Psalmu nie próbuje stworzyć ożywienia, lecz prosi Boga, aby to On się objawił. To stanowi zasadniczą różnicę.
Jak na ironię, kiedy jesteśmy zajęci utrzymywaniem silnej relacji z Bogiem, zaczynamy skupiać się na sobie i wpadamy w pułapkę bałwochwalstwa, mimo że wszystko dotyczy czasu poświęconego dla Boga. Kiedy skupiamy się na wierności Boga, Jego miłości, Jego pragnieniu i Jego łasce, autentyczna relacja pogłębia się w sposób naturalny. Właśnie w tej autentycznej przestrzeni budowane są silne relacje. Należy podkreślić, że autentyczność oznacza szczerość i pokazywanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Jeśli Ten, który nas poszukuje, już zainicjował ten proces, nasze „zadanie” polega na tym, aby przyjąć Jego ofertę i odpocząć w tym, że nazwał nas „umiłowanymi”.
Czasami można mieć wrażenie, że chrześcijańska kultura nie zapewnia przestrzeni, w której istnieje prawdziwy pokój i zadowolenie. Wiele elementów języka, którym posługuje się chrześcijaństwo nie pozwala nam po prostu istnieć w obecności Boga. Zawsze jest jakiś ruch, jakieś zmaganie, zarabianie, praca i doskonalenie. Zawsze jest w nas coś, co wymaga naprawy, coś czym trzeba się zająć lub przeorganizować. Nieustannie staramy się coś udowodnić Bogu, naszym społecznościom i sobie samym. Ciągle pojawiają się kolejne wezwania do odnowy i reformacji. Czy nie jest to sprzeczne z zamysłem Boga, który przekazuje nam swoje idee od samego początku? W czasie stwarzania Bóg ustanowił obfitość i odpoczynek. Przekaz o stworzeniu przedstawia Boga, który odpoczywa siódmego dnia. Można więc zapytać: Co dokładnie wykonali Adam i Ewa, co wymagało odpoczynku? Przecież dopiero zostali stworzeni. Praca została dla nich wykonana. Jednak odpoczynek był tak ważny, że autor biblijny postanowił wpleść go w pierwsze doświadczenie człowieka. We współczesnej kulturze chrześcijańskiej dzieje się coś dokładnie przeciwnego - za wszelką cenę unikamy odpoczynku. W kulturze chrześcijańskiej osoby wierzące utrzymywane są w stanie ciągłego duchowego alertu.
Jak to będzie, gdy w końcu staniemy twarzą w twarz z Chrystusem w przyszłości. Warto pomyśleć, czy rozpoznalibyśmy Go, gdybyśmy spotkali Go twarzą w twarz dzisiaj. Czy bylibyśmy jak Marta tak zajęci pracą i służbą, że przegapilibyśmy zaproszenie, aby po prostu być z nim? Może bylibyśmy w stanie rozpoznać, kim on jest i usiąść u jego stóp, tak jak uczyniła to Maria? Co ważniejsze, czy rzeczywiście poznałem osobiście, kim jest Chrystus, czy też dowiedziałem się o Nim jedynie przez pryzmat Ellen White, adwentystycznej doktryny lub interpretacji, które pochodzą od innych osób?
Czy jest możliwe, że Bóg przeszedłby obok mnie, a ja byłbym nieświadomy tego faktu? Czy czułbym się niekomfortowo ze względu na sposób, w jaki podchodzi on do wiary i religii? Czy miałbym trudności z rozpoznaniem go, ponieważ nie pasuje idealnie do moich oczekiwań i założeń, które na jego temat zbudowałem? Takie
3
2
pytania skłaniają mnie do zastanowienia się, czy jest możliwe, że wielu wierzących przygotowuje się na spotkanie z Bogiem pewnego dnia w przyszłości, nie ucząc się Go rozpoznawać dzisiaj. Istnieje różnica między wiedzą o tym, co inni powiedzieli o Bogu i Jezusie, a poznaniem Go osobiście. Gdy bliżej przyjrzymy się Ewangeliom, to zauważymy, że ludzie, którzy mieli największe trudności z rozpoznaniem Jezusa, często byli najbardziej pewni, że już Go rozumieją.
Niepokoi mnie język który pojawia się w części na wtorek: „Ludzki język nie jest w stanie opisać zapłaty sprawiedliwych.” Takie sformułowanie może brzmieć jak język ludzkich osiągnięć. Zrobiłeś wszystko, co trzeba i teraz otrzymujesz nagrodę. Taki język może czasami sprawiać wrażenie transakcyjnego, jak gdyby sprawiedliwość była walutą, za którą można kupić wieczność. W teologii biblijnej zbawienie zawsze jest darem, nigdy nie jest zapłatą.
Obraz Oblubienicy jest piękny właśnie dlatego że zdrowe relacje nie są zbudowane na tym, co ludzie dla siebie robią. Istnieją, ponieważ dwoje ludzi znają się nawzajem na bardzo głębokim poziomie. Dlatego punktem kulminacyjnym zdrowych relacji nie jest niebo ani Nowa Ziemia. Te rzeczy są drugorzędne. Najpiękniejszym elementem dojrzalej relacji jest nieograniczona intymność z Bogiem w świecie, w którym grzech nie oddziela już ludzkości od Stwórcy. Tak jak dzień ślubu nie jest szczytem zdrowego małżeństwa, tak niebo nie jest szczytem naszej relacji z Bogiem. Ślub to piękna deklaracja, ale prawdziwym darem jest to, co przychodzi później: możliwość przeżywania razem całego życia. Podobnie, największym darem wieczności nie jest miejsce, w którym będziemy mieszkać, lecz to, z kim ostatecznie będziemy. W każdej zdrowej relacji nie chodzi o wymienianie prezentów ani o otoczenie, w którym się one odbywają, ale o samą relację. Piękno Nowej Ziemi nie polega jedynie na tym, że kończy się cierpienie i zostaje przywrócony raj. Chodzi o to, że zostaną usunięte wszelkie bariery, które uniemożliwiają intymne relacje z Bogiem.
W Jn 17:3. Jezus powiedział, że życie wieczne to poznanie Boga. Jeśli to prawda, to być może celem nie jest przygotowanie się na spotkanie z Bogiem w przyszłości, ale nauczenie się rozpoznawania Go tu i teraz – w obcym człowieku, w zmarginalizowanych grupach ludzi, w wątpliwościach i pytaniach które powstają w naszych umysłach, w chwilach łaski i w nieoczekiwanych miejscach, gdzie Chrystus może się pojawić. Ironia tkwi w tym, że ludzie najbardziej przygotowani na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz w wieczności to ci, którzy uczą się rozpoznawać Go twarzą w twarz dzisiaj. Jeśli pragniemy podążać za Barankiem w przyszłości, jesteśmy wezwani, aby zacząć podążać za Nim dzisiaj, pozwalając, aby nasze życie kształtowała Jego miłość, charakter i obecność.
Jego zaproszenie aby „przyjść do Niego” wskazuje, że Bóg aktywnie przyciąga ludzi do siebie przez łaskę i oferuje odpoczynek, życie i trwałą relację. Nikt, kto przychodzi do Jezusa, nie zostanie odrzucony, bez względu na to jak niegodnym się czuje. Przyjęcia zaproszenia Jezusa łączy się z przekazywaniem go innym o czym mówiliśmy szerzej w ubiegłym tygodniu.
Bóg, z którym mamy nadzieję żyć w wieczności, to ten sam Bóg, który zaprasza nas dzisiaj do umacniania z Nim więzi. Czy jest możliwe, że w Bożym zaproszeniu do przyjścia kryje się coś więcej. Często odczytujemy zaproszenie Jezusa do „przyjścia” jako osobiste, indywidualne wezwanie do modlitwy, pobożności lub zbawienia. Z pewnością obejmuje ono te elementy. Jednak w Ewangeliach Jezus często spotykał
4
2
ludzi, aby zaspokoić ich potrzeby: niewidomy mężczyzna wołający na poboczu drogi; kobieta cierpiąca na krwotok; głodne tłumy; trędowaty; Samarytanka.
Zaproszenie Jezusa, aby „przyjść” do niego może być również zaproszeniem do wejścia w miejsca, w których On już działa. Dlatego relacji z Bogiem nie da się oddzielić od relacji z ludźmi. Im częściej przychodzimy do Chrystusa, tym bardziej zaczynamy Go dostrzegać w innych. Czasami, służąc, kochając i towarzysząc innym, odkrywamy, że Chrystus był tam obecny, podobnie jak jest obecny w ciszy indywidualnego nabożeństwa.
Jeśli niebo ostatecznie oznacza bycie z Bogiem, to być może częścią przygotowań do nieba jest nauka rozpoznawania Bożej obecności tu i teraz. Nie tylko w naszym życiu religijnym, ale także w historiach, zmaganiach i potrzebach ludzi wokół nas. Jak sugeruje Jezus w Ewangelii Mateusza 25, „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie uczyniliście.”
Wieczność nie jest ograniczona czasem. Nie ma prawdziwego początku ani prawdziwego końca. Granice między tym, co uważamy za początek wieczności, a jej końcem, są niedostrzegalne. W tym sensie uczestniczymy w wieczności już teraz. Poznanie Boga teraz jest samo w sobie częścią poznawania Go przez całą wieczność. Życie wieczne to nie tylko przyszła rzeczywistość. To trwająca relacja z Bogiem, która zaczyna się w teraźniejszości.
Bóg nie wymusza intymności. Kiedy mówi, „Nigdy was nie znałem”, nie deklaruje braku poznania. Raczej opisuje brak wzajemności. To właśnie czyni odkupienie tak pięknym. Bóg nie oczekuje jedynie naszego posłuszeństwa czy zgody. On poszukuje relacji, czyli więzi. Celem zbawienia jest nawiązanie wzajemnej, pełnej miłości relacji z Tym, który zawsze pragnął nas poznać. Jeśli nigdy nie zostanie podjęta decyzja o poznaniu Boga tu i teraz, to zmuszanie kogoś do przeżywania z Nim wieczności nie byłoby miłością - byłoby przymusem i przemocą. Taka relacja wbrew jego woli byłaby sprzeczna z samym charakterem Boga. Dlatego pytanie o to, czy przyjmujemy Boga, leży u podstaw wieczności. Jeśli nie znamy Boga teraz, jeśli nie chcemy Go teraz poznać, to wieczność również nie jest czymś, czego naprawdę pragniemy. Ponieważ Bóg jest miłością, dlatego nie chce nam narzucić wieczności. Być może życie wieczne najlepiej rozumieć jako nieustanne doświadczenie wzajemnego poznawania. Bóg zna nas w pełni, a my przeżywamy wieczność odpowiadając na tę miłość, poznając Go jeszcze głębiej.
DO PRZEMYŚLENIA
1Jn 3:2. Co chciał przekazać Jan swoim słuchaczom? W teologii adwentystycznej ten werset jest wykorzystywany, aby przekazać ostrzeżenie przed odstępstwem i szerzeniem wątpliwości odnośnie naszego teologicznego stanowiska? W jaki sposób można temu zaradzić?
Psalm 80. wyraża ufne przekonanie, że Bóg, który sądzi, jest Bogiem, który zbawi! Na jakim etapie wiary, Twoim zdaniem, znajduje się autor psalmu?
Ap 21:9–11. Jaka metafora została użyta w tym fragmencie i dlaczego? Dzień ślubu to punkt zwrotny w nowym, wspólnym życiu panny młodej i pana młodego. Jeśli oblubienica jest zbiorowością, a nie jednostką, w jakim sensie odnosi się to do naszej relacji z Bogiem w czasie Jego Powtórnego Przyjścia?
5
2
Iz 25:8; Ap 7:17; 21:4. Jakich błogosławieństw możemy oczekiwać w wieczności? Co to znaczy „podążać za Barankiem, dokądkolwiek idzie” (Ap 14:4)?
Cały kwartał poświęcony był „wzrastaniu w relacji z Bogiem”. W jaki sposób wydarzenia „Dnia Pańskiego” pomagają nam spojrzeć z nowej perspektywy na charakter Boga?
„Dzień Pański” to proces, a nie jednorazowy wybuch gniewu Bożego. Sąd jest przede wszystkim objawieniem prawdy, a nie mechanicznym podziałem ludzi na dwie grupy: dobrych i złych bez kontekstu. Kosmiczny konflikt pokazuje, że te wydarzenia nie dotyczą jedynie naszego osobistego przeznaczenia, ale demonstracji prawdziwego charakteru Boga przed całym wszechświatem.
Dlaczego łzy zostaną otarte dopiero pod koniec Millennium, a nie podczas Drugiego Przyjścia, kiedy „wszyscy pójdziemy do nieba” i ujrzymy Jezusa? Skoro Biblia mówi o zmartwychwstaniu ciała, odkupieni muszą na nowo połączyć umysł, emocje, relacje i duchowość. Wymaga to procesu, którego nie da się przeprowadzić szybko. W poważnym konflikcie należy działać powoli i dać Bogu przestrzeń do działania w sercu każdego człowieka.
Rezultatem tego będzie nowe zrozumienie siebie (uzdrawianie), empatia okazana innym ludziom i wzajemna łączność (ciało zbiorowe - panna młoda). Tam, gdzie jest integracja, jest zdrowie; tam, gdzie jej brakuje, panuje chaos lub sztywność.
Rdz 42-45. Pomyśl o Józefie i skomplikowanym procesie, pojednania z braćmi, który musiał nastąpić, aby umożliwić zagojenie starych ran, dokonać nowych, lepszych wyborów i stworzyć nową rzeczywistość. Uzdrowienie nie jest magią; odpowiednie tempo jest częścią uzdrowienia. Dobre przeprowadzenie tego procesu pokazuje, że rodzina Józefa była gotowa na kolejny rozdział w historii.
Podobnie, Bóg ma do rozwiązania problem obejmujący cały wszechświat, a nie tylko problemy poszczególnych grzeszników. Bóg musi uzdrowić jednostki, rodziny i całe społeczności. Przebaczenie musi funkcjonować bez naiwności, a łaska bez zaprzeczania rzeczywistości.
Jeśli pragniesz Boga, prawdy, dobra, piękna; jeśli naprawdę chcesz z Nim, bez względu na cenę, to Bóg oferuje wiecznie rozwijającą się relację i nową wspólnotę, Niebo nie jest nagrodą dodatkową, ale pełną rozkwitu transformacją. Taki Bóg jest atrakcyjny nawet dla ludzi, którzy instynktownie odrzucają manipulacyjną lub przymusową religię.
Co możesz zrobić, aby zapoczątkować głębszą i coraz bardziej rozwijającą się relację z Bogiem zarówno indywidualnie jak i zbiorowo?
6
2
Przygotował Jan Pollok