piątek, 26 czerwca 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

Ku wieczności

Felieton do Szkoły Sobotniej na 27 czerwca 2026

W ubiegłym tygodniu zajmowaliśmy się problemem świadczenia o Jezusie, na czym ono polega i jaki jest jego skutek. Zwróciliśmy uwagę na to, jak łatwo jest uczynić służbę i świadczenie miarą naszej duchowej wartości. Wielu ludzi wciąż uważa, że więcej służby, więcej głoszenia, więcej poświęcenia lub więcej aktywności zbliży ich do Boga. Warto jednak mocno podkreślić jak ważne jest rozróżnienie, czy nasze świadczenie i służba są korzeniem naszej relacji z Bogiem czy też jej owocem. Jeśli służba staje się sposobem na zdobycie akceptacji, szybko staje się uciążliwa i transakcyjna. Natomiast jeśli służba wyrasta ze świadomości, że już jesteśmy kochanymi, akceptowanymi i umiłowanymi dziećmi Boga, to staje się czymś zupełnie innym. Służba nie tyle staje się okazją do udowodnienia Bogu jak bardzo się staramy, ale jest raczej uczestniczeniem w miłości, którą już otrzymaliśmy.

Autorka lekcji podkreślała mocno fakt, że żyjemy w świecie naznaczonym niepewnością, cierpieniem i znakami końca, dlatego zachęcała nas do wzmocnienia relacji z Bogiem w kontekście zarówno kruchość życia, jak i ciągłej potrzeby Bożej łaski i podkreślała wagę dbania o to, by nasza relacja z Bogiem była silna. Choć na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie, równocześnie jednak przenosi uwagę z wierności Boga na nasze działanie. Zaczynam się zastanawiać: skąd mam wiedzieć, czy moja relacja z Bogiem jest wystarczająco silna? Wystarczająco silna - na co? Na czasy ostateczne? Na zbawienie? Na trudne okoliczności? Wystarczająco silna - dla kogo? Boga? Dla mnie? Kiedy te pytania pojawiają się w naszych dyskusjach, wiele osób zaczyna oceniać siebie. Czy modlę się wystarczająco dużo? Czy czytam wystarczająco dużo? Czy ufam wystarczająco mocno? Czy jestem wystarczająco nowonarodzoną osobą? Nagle akcent subtelnie przesuwa się z „pochwycenia nas” przez Boga na nasze uchwycenie Boga. Taka perspektywa budzi raczej niepewność i niepokój niż poczucie bezpieczeństwa. Lęk wynikający z próby bycia wystarczająco silnym, by zasłużyć na Bożą łaskę, jest niepotrzebnym i narzuconym sobie ciężarem. Próba bycia wystarczająco silnym, by zapewnić sobie zbawienie lub niebo, powoduje, że całe nasze życie staje się okresem zmagań, ponieważ te cele są ostatecznie nieosiągalne. Gdyby były to zadania, które moglibyśmy wykonać sami, nie potrzebowalibyśmy Chrystusa, który musiał przyjść i umrzeć za nasze grzechy.

Ożywienie w naszym duchowym życiu jest piękną koncepcją, niestety często jest przedstawiane jako coś, co my musimy wykonać lub co musimy utrzymywać. Wiele biblijnych przykładów pokazuje jednak, że to Bóg jest inicjatorem przebudzenia i ożywienia. W księdze Jeremiasza 31, Bóg nie mówi: „Upewnij się, że trzymasz się Mnie wystarczająco mocno”. Mówi raczej :Miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego tak długo okazywałem ci łaskę.” Podstawą naszych relacji jest Boża inicjatywa, a nie nasza stałość.

Co to znaczy mieć „silną więź” z Bogiem. Czy mierzona jest ona liczbą godzin poświęconych nabożeństwu; pewnością wiary; bliskością emocjonalną; uczęszczaniem do kościoła? Refleksja nad tymi pytaniami może prowadzić do wyidealizowanego obrazu duchowości, który prowadzi do poczucia nieadekwatności. Niektóre z najsilniejszych relacji z Bogiem opisane w Biblii miały miejsce w okresach zwątpienia, żalu, wątpliwości i zmagań. Historia Hioba, Dawida, Jeremiasza, a nawet Jezusa w Getsemane niekoniecznie pasuje do naszego



2


współczesnego wyobrażenia osoby, która czuje się duchowo silna.

Być może lepszym pytaniem byłoby: „Czy ufam relacji jaką Bóg posiada ze mną?”. Pytania dotyczące naszych relacji z Bogiem mogą dotyczyć albo ludzkiego wysiłku związanego z budowaniem tych relacji lub nacisk może być położony na rolę Bożego charakteru w naszych relacjach z Nim. Wracając do fragmentu z księgi Jeremiasza, to Bóg jest tym, który okazuje inicjatywę. Nasza rola polega na odpowiedzeniu na Jego inicjatywę. Dlatego Psalm 80 jest piękną modlitwą zaufania: „Odnów nas i rozjaśnij oblicze swoje”. Autor Psalmu nie próbuje stworzyć ożywienia, lecz prosi Boga, aby to On się objawił. To stanowi zasadniczą różnicę.

Jak na ironię, kiedy jesteśmy zajęci utrzymywaniem silnej relacji z Bogiem, zaczynamy skupiać się na sobie i wpadamy w pułapkę bałwochwalstwa, mimo że wszystko dotyczy czasu poświęconego dla Boga. Kiedy skupiamy się na wierności Boga, Jego miłości, Jego pragnieniu i Jego łasce, autentyczna relacja pogłębia się w sposób naturalny. Właśnie w tej autentycznej przestrzeni budowane są silne relacje. Należy podkreślić, że autentyczność oznacza szczerość i pokazywanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Jeśli Ten, który nas poszukuje, już zainicjował ten proces, nasze „zadanie” polega na tym, aby przyjąć Jego ofertę i odpocząć w tym, że nazwał nas „umiłowanymi”.

Czasami można mieć wrażenie, że chrześcijańska kultura nie zapewnia przestrzeni, w której istnieje prawdziwy pokój i zadowolenie. Wiele elementów języka, którym posługuje się chrześcijaństwo nie pozwala nam po prostu istnieć w obecności Boga. Zawsze jest jakiś ruch, jakieś zmaganie, zarabianie, praca i doskonalenie. Zawsze jest w nas coś, co wymaga naprawy, coś czym trzeba się zająć lub przeorganizować. Nieustannie staramy się coś udowodnić Bogu, naszym społecznościom i sobie samym. Ciągle pojawiają się kolejne wezwania do odnowy i reformacji. Czy nie jest to sprzeczne z zamysłem Boga, który przekazuje nam swoje idee od samego początku? W czasie stwarzania Bóg ustanowił obfitość i odpoczynek. Przekaz o stworzeniu przedstawia Boga, który odpoczywa siódmego dnia. Można więc zapytać: Co dokładnie wykonali Adam i Ewa, co wymagało odpoczynku? Przecież dopiero zostali stworzeni. Praca została dla nich wykonana. Jednak odpoczynek był tak ważny, że autor biblijny postanowił wpleść go w pierwsze doświadczenie człowieka. We współczesnej kulturze chrześcijańskiej dzieje się coś dokładnie przeciwnego - za wszelką cenę unikamy odpoczynku. W kulturze chrześcijańskiej osoby wierzące utrzymywane są w stanie ciągłego duchowego alertu.

Jak to będzie, gdy w końcu staniemy twarzą w twarz z Chrystusem w przyszłości. Warto pomyśleć, czy rozpoznalibyśmy Go, gdybyśmy spotkali Go twarzą w twarz dzisiaj. Czy bylibyśmy jak Marta tak zajęci pracą i służbą, że przegapilibyśmy zaproszenie, aby po prostu być z nim? Może bylibyśmy w stanie rozpoznać, kim on jest i usiąść u jego stóp, tak jak uczyniła to Maria? Co ważniejsze, czy rzeczywiście poznałem osobiście, kim jest Chrystus, czy też dowiedziałem się o Nim jedynie przez pryzmat Ellen White, adwentystycznej doktryny lub interpretacji, które pochodzą od innych osób?

Czy jest możliwe, że Bóg przeszedłby obok mnie, a ja byłbym nieświadomy tego faktu? Czy czułbym się niekomfortowo ze względu na sposób, w jaki podchodzi on do wiary i religii? Czy miałbym trudności z rozpoznaniem go, ponieważ nie pasuje idealnie do moich oczekiwań i założeń, które na jego temat zbudowałem? Takie



3


pytania skłaniają mnie do zastanowienia się, czy jest możliwe, że wielu wierzących przygotowuje się na spotkanie z Bogiem pewnego dnia w przyszłości, nie ucząc się Go rozpoznawać dzisiaj. Istnieje różnica między wiedzą o tym, co inni powiedzieli o Bogu i Jezusie, a poznaniem Go osobiście. Gdy bliżej przyjrzymy się Ewangeliom, to zauważymy, że ludzie, którzy mieli największe trudności z rozpoznaniem Jezusa, często byli najbardziej pewni, że już Go rozumieją.

Niepokoi mnie język który pojawia się w części na wtorek: „Ludzki język nie jest w stanie opisać zapłaty sprawiedliwych.” Takie sformułowanie może brzmieć jak język ludzkich osiągnięć. Zrobiłeś wszystko, co trzeba i teraz otrzymujesz nagrodę. Taki język może czasami sprawiać wrażenie transakcyjnego, jak gdyby sprawiedliwość była walutą, za którą można kupić wieczność. W teologii biblijnej zbawienie zawsze jest darem, nigdy nie jest zapłatą.

Obraz Oblubienicy jest piękny właśnie dlatego że zdrowe relacje nie są zbudowane na tym, co ludzie dla siebie robią. Istnieją, ponieważ dwoje ludzi znają się nawzajem na bardzo głębokim poziomie. Dlatego punktem kulminacyjnym zdrowych relacji nie jest niebo ani Nowa Ziemia. Te rzeczy są drugorzędne. Najpiękniejszym elementem dojrzalej relacji jest nieograniczona intymność z Bogiem w świecie, w którym grzech nie oddziela już ludzkości od Stwórcy. Tak jak dzień ślubu nie jest szczytem zdrowego małżeństwa, tak niebo nie jest szczytem naszej relacji z Bogiem. Ślub to piękna deklaracja, ale prawdziwym darem jest to, co przychodzi później: możliwość przeżywania razem całego życia. Podobnie, największym darem wieczności nie jest miejsce, w którym będziemy mieszkać, lecz to, z kim ostatecznie będziemy. W każdej zdrowej relacji nie chodzi o wymienianie prezentów ani o otoczenie, w którym się one odbywają, ale o samą relację. Piękno Nowej Ziemi nie polega jedynie na tym, że kończy się cierpienie i zostaje przywrócony raj. Chodzi o to, że zostaną usunięte wszelkie bariery, które uniemożliwiają intymne relacje z Bogiem.

W Jn 17:3. Jezus powiedział, że życie wieczne to poznanie Boga. Jeśli to prawda, to być może celem nie jest przygotowanie się na spotkanie z Bogiem w przyszłości, ale nauczenie się rozpoznawania Go tu i teraz – w obcym człowieku, w zmarginalizowanych grupach ludzi, w wątpliwościach i pytaniach które powstają w naszych umysłach, w chwilach łaski i w nieoczekiwanych miejscach, gdzie Chrystus może się pojawić. Ironia tkwi w tym, że ludzie najbardziej przygotowani na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz w wieczności to ci, którzy uczą się rozpoznawać Go twarzą w twarz dzisiaj. Jeśli pragniemy podążać za Barankiem w przyszłości, jesteśmy wezwani, aby zacząć podążać za Nim dzisiaj, pozwalając, aby nasze życie kształtowała Jego miłość, charakter i obecność.

Jego zaproszenie aby „przyjść do Niego” wskazuje, że Bóg aktywnie przyciąga ludzi do siebie przez łaskę i oferuje odpoczynek, życie i trwałą relację. Nikt, kto przychodzi do Jezusa, nie zostanie odrzucony, bez względu na to jak niegodnym się czuje. Przyjęcia zaproszenia Jezusa łączy się z przekazywaniem go innym o czym mówiliśmy szerzej w ubiegłym tygodniu.

Bóg, z którym mamy nadzieję żyć w wieczności, to ten sam Bóg, który zaprasza nas dzisiaj do umacniania z Nim więzi. Czy jest możliwe, że w Bożym zaproszeniu do przyjścia kryje się coś więcej. Często odczytujemy zaproszenie Jezusa do „przyjścia” jako osobiste, indywidualne wezwanie do modlitwy, pobożności lub zbawienia. Z pewnością obejmuje ono te elementy. Jednak w Ewangeliach Jezus często spotykał



4


ludzi, aby zaspokoić ich potrzeby: niewidomy mężczyzna wołający na poboczu drogi; kobieta cierpiąca na krwotok; głodne tłumy; trędowaty; Samarytanka.

Zaproszenie Jezusa, aby „przyjść” do niego może być również zaproszeniem do wejścia w miejsca, w których On już działa. Dlatego relacji z Bogiem nie da się oddzielić od relacji z ludźmi. Im częściej przychodzimy do Chrystusa, tym bardziej zaczynamy Go dostrzegać w innych. Czasami, służąc, kochając i towarzysząc innym, odkrywamy, że Chrystus był tam obecny, podobnie jak jest obecny w ciszy indywidualnego nabożeństwa.

Jeśli niebo ostatecznie oznacza bycie z Bogiem, to być może częścią przygotowań do nieba jest nauka rozpoznawania Bożej obecności tu i teraz. Nie tylko w naszym życiu religijnym, ale także w historiach, zmaganiach i potrzebach ludzi wokół nas. Jak sugeruje Jezus w Ewangelii Mateusza 25, „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie uczyniliście.”

Wieczność nie jest ograniczona czasem. Nie ma prawdziwego początku ani prawdziwego końca. Granice między tym, co uważamy za początek wieczności, a jej końcem, są niedostrzegalne. W tym sensie uczestniczymy w wieczności już teraz. Poznanie Boga teraz jest samo w sobie częścią poznawania Go przez całą wieczność. Życie wieczne to nie tylko przyszła rzeczywistość. To trwająca relacja z Bogiem, która zaczyna się w teraźniejszości.

Bóg nie wymusza intymności. Kiedy mówi, „Nigdy was nie znałem”, nie deklaruje braku poznania. Raczej opisuje brak wzajemności. To właśnie czyni odkupienie tak pięknym. Bóg nie oczekuje jedynie naszego posłuszeństwa czy zgody. On poszukuje relacji, czyli więzi. Celem zbawienia jest nawiązanie wzajemnej, pełnej miłości relacji z Tym, który zawsze pragnął nas poznać. Jeśli nigdy nie zostanie podjęta decyzja o poznaniu Boga tu i teraz, to zmuszanie kogoś do przeżywania z Nim wieczności nie byłoby miłością - byłoby przymusem i przemocą. Taka relacja wbrew jego woli byłaby sprzeczna z samym charakterem Boga. Dlatego pytanie o to, czy przyjmujemy Boga, leży u podstaw wieczności. Jeśli nie znamy Boga teraz, jeśli nie chcemy Go teraz poznać, to wieczność również nie jest czymś, czego naprawdę pragniemy. Ponieważ Bóg jest miłością, dlatego nie chce nam narzucić wieczności. Być może życie wieczne najlepiej rozumieć jako nieustanne doświadczenie wzajemnego poznawania. Bóg zna nas w pełni, a my przeżywamy wieczność odpowiadając na tę miłość, poznając Go jeszcze głębiej.


DO PRZEMYŚLENIA

1Jn 3:2. Co chciał przekazać Jan swoim słuchaczom? W teologii adwentystycznej ten werset jest wykorzystywany, aby przekazać ostrzeżenie przed odstępstwem i szerzeniem wątpliwości odnośnie naszego teologicznego stanowiska? W jaki sposób można temu zaradzić?

Psalm 80. wyraża ufne przekonanie, że Bóg, który sądzi, jest Bogiem, który zbawi! Na jakim etapie wiary, Twoim zdaniem, znajduje się autor psalmu?

Ap 21:9–11. Jaka metafora została użyta w tym fragmencie i dlaczego? Dzień ślubu to punkt zwrotny w nowym, wspólnym życiu panny młodej i pana młodego. Jeśli oblubienica jest zbiorowością, a nie jednostką, w jakim sensie odnosi się to do naszej relacji z Bogiem w czasie Jego Powtórnego Przyjścia?



5


Iz 25:8; Ap 7:17; 21:4. Jakich błogosławieństw możemy oczekiwać w wieczności? Co to znaczy „podążać za Barankiem, dokądkolwiek idzie” (Ap 14:4)?

Cały kwartał poświęcony był „wzrastaniu w relacji z Bogiem”. W jaki sposób wydarzenia „Dnia Pańskiego” pomagają nam spojrzeć z nowej perspektywy na charakter Boga?

„Dzień Pański” to proces, a nie jednorazowy wybuch gniewu Bożego. Sąd jest przede wszystkim objawieniem prawdy, a nie mechanicznym podziałem ludzi na dwie grupy: dobrych i złych bez kontekstu. Kosmiczny konflikt pokazuje, że te wydarzenia nie dotyczą jedynie naszego osobistego przeznaczenia, ale demonstracji prawdziwego charakteru Boga przed całym wszechświatem.

Dlaczego łzy zostaną otarte dopiero pod koniec Millennium, a nie podczas Drugiego Przyjścia, kiedy „wszyscy pójdziemy do nieba” i ujrzymy Jezusa? Skoro Biblia mówi o zmartwychwstaniu ciała, odkupieni muszą na nowo połączyć umysł, emocje, relacje i duchowość. Wymaga to procesu, którego nie da się przeprowadzić szybko. W poważnym konflikcie należy działać powoli i dać Bogu przestrzeń do działania w sercu każdego człowieka.

Rezultatem tego będzie nowe zrozumienie siebie (uzdrawianie), empatia okazana innym ludziom i wzajemna łączność (ciało zbiorowe - panna młoda). Tam, gdzie jest integracja, jest zdrowie; tam, gdzie jej brakuje, panuje chaos lub sztywność.

Rdz 42-45. Pomyśl o Józefie i skomplikowanym procesie, pojednania z braćmi, który musiał nastąpić, aby umożliwić zagojenie starych ran, dokonać nowych, lepszych wyborów i stworzyć nową rzeczywistość. Uzdrowienie nie jest magią; odpowiednie tempo jest częścią uzdrowienia. Dobre przeprowadzenie tego procesu pokazuje, że rodzina Józefa była gotowa na kolejny rozdział w historii.

Podobnie, Bóg ma do rozwiązania problem obejmujący cały wszechświat, a nie tylko problemy poszczególnych grzeszników. Bóg musi uzdrowić jednostki, rodziny i całe społeczności. Przebaczenie musi funkcjonować bez naiwności, a łaska bez zaprzeczania rzeczywistości.

Jeśli pragniesz Boga, prawdy, dobra, piękna; jeśli naprawdę chcesz z Nim, bez względu na cenę, to Bóg oferuje wiecznie rozwijającą się relację i nową wspólnotę, Niebo nie jest nagrodą dodatkową, ale pełną rozkwitu transformacją. Taki Bóg jest atrakcyjny nawet dla ludzi, którzy instynktownie odrzucają manipulacyjną lub przymusową religię.

Co możesz zrobić, aby zapoczątkować głębszą i coraz bardziej rozwijającą się relację z Bogiem zarówno indywidualnie jak i zbiorowo?










6




Przygotował Jan Pollok

piątek, 12 czerwca 2026

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

Trudności

Felieton do Szkoły Sobotniej na 13 czerwca 2026

Nie lubimy się przyznać, że często sami stwarzamy sobie problemy! Żyjemy w świecie skażonym grzechem, a grzech wszędzie sieje spustoszenie. Lekcja zaczyna się od anegdoty na temat młodej dziewczyny, która w czasie burzy patrzyła w górę i uśmiechała się, bo wierzyła, że Bóg robi jej zdjęcia. Autorka podręcznika wskazywała, że kiedy życie staje się trudne, łatwo jest dać się pochwycić samej burzy – niepowodzeniom, rozczarowaniom, lękom i pytaniom bez odpowiedzi. Jak wygląda zwracanie się do Boga w takich chwilach? Jednak język tej narracji jest niepokojący, ponieważ domaga się od nas pozytywnej perspektywy w trudnych czasach.

Chrześcijanie czasami postrzegają cierpienie jako coś, co trzeba pokonać, a nie jako coś, czego należy doświadczyć jako części naszego człowieczeństwa. Prawda jest jednak taka, że nie każda burza zostanie uciszona i nie każdy problem znajdzie rozwiązanie. W rzeczywistości idea, że Bóg ucisza każdą burzę, zaczyna się rozpadać, gdy przypominamy sobie, że sam Jezus został pobity, a następnie powieszony na krzyżu i umarł. Zmartwychwstanie nastąpiło, ale poprzedził je ból i śmierć.

Dla osób wierzących niezwykle ważne jest zrozumienie, że chrześcijaństwo nie wymaga unikania bolesnych emocji, ponieważ Bóg nie jest tylko po drugiej stronie cierpienia. Nie muszę patrzeć na błyskawicę w burzy i znajdować w niej radość, mogę przyznać, że jestem mokry i nie czuję się wygodnie. Możemy być całkowicie pogrążeni w żalu, rozczarowaniu, frustracji lub smutku i pozostać głęboko połączeni z Bogiem. Nie musimy przekształcać naszych okoliczności w coś przyjemnego, aby Bóg mógł do nich wkroczyć. Uznanie zła za zło, okrucieństwa za okrucieństwo, a rozczarowania za rozczarowanie, nie jest oznaką braku wiary. Nie jest też z natury bardziej pobożne nadawanie każdej okoliczności pozytywnego wydźwięku. To, co czyni reakcję pobożną, to zaproszenie Boga do obu tych przestrzeni. Zapraszamy Boga do naszych pełnych nadziei perspektyw i zapraszamy Go do naszej druzgocącej rzeczywistości. Bóg pragnie całej naszej historii, a nie tylko tych fragmentów, które zmontowaliśmy, by stały się inspirujące.

Historia o Jezusie, który ucisza burzę pokazuje w jaki sposób może zostać wyartykułowana wiara w trudnych chwilach. Chociaż niektórzy uczniowie byli doświadczonymi rybakami i umieli nawigować po wzburzonych wodach, poczuli się przytłoczeni i przestraszeni, podczas gdy Jezus spokojnie spał w łodzi. W strachu kwestionowali troskę Jezusa o nich, pytając: „Czy jest Ci obojętne to co się z nami dzieje?” Czy jest możliwe, że reagujemy podobnie, gdy życie wymyka się spod kontroli. Jednak historia ta przypomina nam, że nawet gdy nie wiemy, co Jezus robi, On wciąż jest z nami w czasie burzy.

W tej historii uczniowie nie stanęli w obliczu wyimaginowanej burzy – stanęli w obliczu prawdziwej nawałnicy. Fale były prawdziwe. Niebezpieczeństwo było realne. Ich strach był rzeczywisty. Być może właśnie dlatego pytanie, które postawili uczniowie jest nam tak bliskie: „Czy jest Ci obojętne to co się z nami dzieje?” To samo pytanie zadaje sobie wielu z nas dzisiaj, gdy obserwujemy wojny, cierpienie dzieci, rozpadające się związki, diagnozy i brak odpowiedzi na modlitwy.



2


Trudne pytanie, z którym musimy się zmierzyć w tej historii jest następujące: „Co zrobić, gdy wydaje się, że Bóg śpi w łodzi? Co zrobić, gdy modlimy się, a burza trwa? Gdy sprawiedliwość wydaje się opóźniona? Gdy uzdrowienie nie nadchodzi? Gdy świat wydaje się coraz bardziej podzielony i rozbity?

Zawsze uczono nas, że Jezus ufał i dlatego mógł spać. Warto również zwrócić uwagę na człowieczeństwo Jezusa w tej historii. Jezus był kompletnie wyczerpany i to zwraca naszą uwagę na znaczenie zaufania. Jezus z pewnością ufał swojemu Ojcu, mam jednak wrażenie, że pojawia się tutaj również element zaufania do samych uczniów. W końcu niektórzy z nich byli doświadczonymi rybakami, którzy wcześniej przeżyli już niejedną burzę. Jezus wiedział, kto jest z Nim w łodzi.

To stawia nam dzisiaj niewygodne pytanie. Kiedy patrzymy na burze, które dzieją się w naszym świecie – wojny, ubóstwo, rasizm, przemoc, samotność, podziały polityczne, kryzysy ekologiczne, problemy migracyjne, głodujące dzieci – nasze pierwsze pytanie często brzmi: „Boże, gdzie jesteś?”. Czy jest również możliwe, że Bóg również zadaje nam pytanie: „Gdzie ty jesteś?”. Czy jest możliwe, że częścią odpowiedzi na problem zła jest to, że Bóg nieustannie postanawia działać przez ludzi jako swoje ręce i stopy w tym świecie? Nie chce powiedzieć, że naprawienie skutków każdej tragedii należy do nas, lub że cierpienie istnieje tylko dlatego, że ludzie po prostu nie starają się wystarczająco mocno przeciwdziałać. Czy jest możliwe, że czasami oczekujemy od Boga, że uciszy burze, podczas gdy On wyposażył nas w narzędzia do ich pokonywania, a nawet zatrzymania. Pierwszym odruchem uczniów było obudzić Jezusa i zapytać, czy nie obchodzi Go co się dzieje. Jak często w naszym pierwszym odruchu pytamy, dlaczego Bóg czegoś nie robi, zamiast zapytać, jak moglibyśmy uczestniczyć w tym, co Bóg już robi?

Być może jednym z napięć wiary jest nauczenie się zaufania, że Bóg jest obecny w łodzi, i równoczesnym uznaniu, że powierzył nam odpowiedzialność. Ten sam Jezus, który uciszył burzę, powiedział również swoim uczniom: „To wy dajcie im coś do jedzenia”. Czasami cudem jest boska interwencja. Czasami cudem jest to, że ludzie reagują na cierpienie z odwagą, współczuciem, sprawiedliwością i miłością. Być może jednym z najtrudniejszych pytań, jakie stawia nam ta historia, nie jest po prostu: „Gdzie jest Bóg w czasie burzy?”, ale: „Do czego zaprasza mnie Bóg, gdy burza szaleje w około?”

Kolejna historia z ewangelii do tyczy kobiety z problemem krwawienia. To opowieść o kobiecie, której życie zostało prawdopodobnie w sposób druzgocący odmienione przez cierpienie. Z tekstu wynika, że przez lata szukała leczenia, co może sugerować, że mogła mieć środki finansowe, a mimo to jej stan nie ulegał poprawie. Poza bólem fizycznym, prawdopodobnie doświadczyła izolacji społecznej i religijnej z powodu kulturowego nastawienia do kobiet z krwawieniem.

Wyobrażam sobie, że patrzyła, jak inni budują życie i idą naprzód, podczas gdy jej własne życie było zakłócone. Być może straciła szansę na małżeństwo, dzieci czy wspólnotę. Przewlekłe cierpienie wpływało na jej ciało, umysł i ducha. To, co czyni tę historię tak niezwykłą, to fakt, że Jezus nie tylko uzdrowił jej ciało, ale ją zobaczył.

Pod wieloma względami dotknęła Chrystusa na długo, zanim dotknęła Jego szaty. Każdy krok w Jego kierunku był aktem wiary. Każdy ruch w tłumie był aktem wiary. Jej uzdrowienie stało się widoczne, gdy dotknęła Jego szaty, ale jej droga do Chrystusa rozpoczęła się wcześniej.



3


Jej historia ujawnia coś bardzo ważnego: Boga nie można odnaleźć tylko w intelektualnej odpowiedzi, można Go odnaleźć w wyciągnięciu ręki. Bóg był z nią, gdy przeciskała się przez tłum, tak samo jak był z nią, gdy została uzdrowiona. Jezus nie szukał jej pierwszy. To ona podeszła do Niego. Wzięła swój ból w swoje ręce i zaniosła go Chrystusowi. Zaniesienie bólu do Boga to akt wiary; dotknięcie szaty i uzdrowienie to po prostu dowód.

Z kolei w historii Hioba jednym z najbardziej poruszających i budujących elementów jest porażka jego przyjaciół. Zakładali oni, że cierpienie musi być dowodem na popełnienie zła. Jeśli wydarzyło się coś tak strasznego, Hiob musiał na to zasłużyć. Zachowywali się, jakby byli autorytetem w kwestii cierpienia. Arogancko założyli, że są głosem Boga i karali Hioba na podstawie swojego ograniczonego zrozumienia.

To założenie pozostaje żywe również dzisiaj. Wciąż zmagamy się z myślą, że ból musi być karą, że złamane serce musi świadczyć o ukrytym grzechu, a cierpienie musi ujawniać boską dezaprobatę. Próbujemy zawstydzać lub karcić ludzi, jakbyśmy wiedzieli, dlaczego w taki sposób radzą sobie ze swoim doświadczeniem. Jednak Hiob doświadczył cierpienia, mimo że był uważany za człowieka prawego.

Wiele form chrześcijaństwa nauczyło nas, że wiara wymaga nieustannego optymizmu. Ale Boga nie można odnaleźć jedynie w optymizmie czy starannie wykreowanych pozytywnych perspektywach. Boga można odnaleźć w zagubieniu, frustracji, zwątpieniu, żalu i smutku. Wiara nie jest brakiem tych doświadczeń. Czasami wiara to po prostu zaproszenie Boga do tych negatywnych doświadczeń.

Jak często słyszymy świadectwa innych o ich trudnych chwilach, które opowiadane są post factum lub gdy wszystko zakończyło się „pozytywnie”. Jednak świadectwo jest równie mocne, jeśli nie silniejsze, gdy jest opowiadane „z doliny”?

Jest coś szczególnego w przeżywaniu żalu, ciemności i bólu, co łączy nas w głębi duszy, a nie negowanie i odrzucanie wszystkiego. Światło czasami świeci w ciemności przez ból. To właśnie dzięki przeżywanemu bólowi, potrafimy uzasadnić nasze pocieszenie, gdy inni przeżywają ból. Jak ważne jest, aby złożyć świadectwo wtedy, gdy jesteśmy w środku doliny, a nie tylko na szczycie góry?

Kolejna historia, którą zajmowaliśmy się w tym tygodniu została zapisana w ewangelii Łukasza 24 i opisuje podróż dwóch uczniów do Emaus. Przytłoczeni żalem, zdezorientowani, rozczarowani byli przekonani, że wszystko, na co liczyli, legło w gruzach. Po drodze Jezus dołączył do nich, chociaż Go nie rozpoznali, i pomógł im dostrzec, że wydarzenia, które postrzegali jako druzgocące niepowodzenie, były w rzeczywistości częścią większej historii odkupienia, dokonanej przez Boga. Podobnie jak ci dwaj uczniowie, często interpretujemy okoliczności naszego życia z ograniczonej perspektywy, koncentrując się na tym, co wydaje się utracone lub zepsute. Nawet jeśli tego nie dostrzegamy, Jezus idzie obok nas. Ta historia zawiera więcej niż nam się wydaje. Uczniowie byli przekonani, że odchodzą od największego rozczarowania w swoim życiu, podczas gdy w rzeczywistości szli obok odpowiedzi na to rozczarowanie. Myśleli, że historia się skończyła. Myśleli, że Bóg ich zawiódł. Myśleli, że wszystkie ich nadzieje legły w gruzach. Jednak Jezus był tuż obok, dostosowując się do ich tempa, słuchając ich żalu i delikatnie pomagając im dostrzec większy obraz.

Wielu z nas odziedziczyło obraz Boga, ukształtowany przez określone chrześcijańskie interpretacje, tradycję, a nawet prawo, obraz, który przedstawia Go



4


jako odległego, niedostępnego i surowego. Ale Jezus nie został rozpoznany przez cud, przejaw mocy ani nawet teologiczne wyjaśnienie, lecz przez akt wspólnej obecności i więzi.

Jest w tej historii coś głęboko pocieszającego. Czasami szukamy Boga w dramatycznym cudzie, jasnej odpowiedzi, doświadczeniu na szczycie góry czy natychmiastowym rozwiązaniu. Nie znaczy to, że nie może On być obecny w takich manifestacjach, ale być może częściej możemy Go znaleźć, gdy jest obecny w cichej rozmowie, w przyjaźni, w obcym człowieku, doradcy, nauczycielu, książce, wspólnocie, a nawet w samych pytaniach i żalu. Uczniowie początkowo nie rozpoznali Jezusa, ale to nie znaczyło, że Go nie było. Jego obecność nie była uzależniona od ich zdolności widzenia Go.

Warto zauważyć, że Jezus nie od razu skorygował uczniów ani nie spieszył się z naprawianiem ich emocji. Najpierw dołączył do nich w ich smutku. Słuchał. Zadawał pytania. Pozwalał im opowiadać swoją historię. Dopiero potem zaczął pomagać im spojrzeć na rzeczy inaczej. Jest coś pięknego w Bogu, który nie tylko udziela odpowiedzi, ale towarzyszy nam w naszym zagubieniu bez osądzania.

Uczniowie rozpoznali Go dopiero podczas łamania chleba. Po całej teologii, wyjaśnieniach i rozmowach w drodze, w końcu dostrzegli Go w zwyczajnym akcie gościnności i wspólnej obecności. Zastanawiam się, jak często Bóg objawia się przy stole, w relacjach, w aktach dobroci i w zwykłym rytmie życia. Czasami szukamy Go w spektakularnych miejscach, podczas gdy On cicho objawia się w codziennych chwilach tuż przed nami.

Doświadczenie Ellen White opisane w części na czwartek wpisuje się w tę atmosferę. Kiedy w końcu w czasie swojego snu staje przed Jezusem, ogarnia ją Jego dobroć, zrozumienie i miłość. Jezus wie wszystko o jej życiu, a mimo to Jego odpowiedź brzmi po prostu: „Nie lękaj się”. To doświadczenie napełnia ją pokojem, nadzieją, zaufaniem i głębszym zaufaniem do Boga. Autorka zestawiła te dwie historie jedna po drugiej. W obu opowieściach pojawia się wspólny motyw - na końcu Jezus zostaje rozpoznany. W obu przypadkach Jezus nie udziela nagany z powodu wątpliwości, zagubienia czy zniechęcenia. Spotyka ich i okazuje swoją autentyczną bezwarunkową miłość. To może być jedna z najważniejszych lekcji dla nas dzisiaj. Wielu z nas zakłada, że gdybyśmy tylko mogli widzieć Boga wyraźniej, wszystko nabrałoby sensu. Obie historie sugerują, że nawet gdy nie widzimy Go wyraźnie, On wciąż idzie obok nas, słucha naszych lęków, niesie nasze pytania i zaprasza nas abyśmy szli do przodu. Musimy trzymać się Boga, gdy stajemy w obliczu wyzwań. Nie dlatego, że powinniśmy przychodzić do Niego tylko wtedy, gdy życie jest trudne, ale dlatego, że są chwile, gdy nasza zdolność do udźwignięcia ciężaru życia maleje, a Bóg z radością dźwiga to, czego my nie możemy.


DO PRZEMYŚLENIA

Ziemia jest polem bitwy w wielkim konflikcie, pomiędzy charakterem Boga wyrażonym w miłości i charakterem Szatana wyrażonym w przymusie i zniszczeniu. Wskutek tego konfliktu człowiek znajduje się w ogniu krzyżowym. Nikt z nas nie może uniknąć przeciwności, burz i trudności życiowych po tej stronie Ogrodu Eden. Dlatego ostateczne pytanie dotyczy nie tego jak możemy od nich uciec, ale raczej czy zbliżają nas one do Boga?



5


Mk 4:35–41. Jakie wnioski na temat życiowych burz możemy wyciągnąć z tej historii? Co mówi nam pytanie uczniów: „Nauczycielu, nic cię to nie obchodzi, że giniemy?” (w. 38) na temat ich „systemu operacyjnego”? W jaki sposób Marek pokazuje swoim czytelnikom głębszą rzeczywistość w wersecie 36b? Jaki jest związek między uciszeniem burzy a przypowieściami w rozdziale 4?

Jonasz znalazł się środku burzy z powodu swojego nieposłuszeństwa (Jon 1); uczniowie znaleźli się w środku burzy z powodu swojego posłuszeństwa (Mk 4:35-41). Sposób, w jaki reagujemy na burze w naszym życiu, kształtuje i ujawnia nasz charakter. Dzieje się to w czasie rzeczywistym, gdy „obserwuje nas wszechświat”. Trudności są okazją do rozwoju i kształtowania charakteru.

Mk 5:21-34. Czego możemy się nauczyć z historii córki Jaira oraz kobiety cierpiącej na krwotok? Jak rozumiesz słowa Jezusa: „Córko, wiara twoja uzdrowiła cię, idź w pokoju i bądź uleczona z dolegliwości swojej.”? Dlaczego większość chrześcijan odczytuje te słowa jako: „Kobieto, twoja silna wiara cię uzdrowiła”? Jezus mógł przecież powiedzieć: „Kobieto, moja moc ciebie uzdrowiła”. Jezus jednak tak nie powiedział, ponieważ przyćmiłoby to ważną prawdę o uzdrawiającej relacji zbudowanej na zaufaniu. Jaką przemianę może wnieść w czyjeś życie miłość?

Kiedy kobieta dotknęła Jezusa, natychmiast wydarzyły się dwie rzeczy: nie tylko została uzdrowiona, ale również upubliczniona. Upadła na ziemię, pogrążona w żalu i wyrzutach sumienia. Co mówi nam o Bogu fakt, że Jezus pochylił się nad nią i nazwał swoją córką? Co mówi nam o Bogu fakt, że Jezus zauważył, że dziewczynka była głodna (5:43)?

Hiob 19:23–27 i 23:8–12. Co szczególnego można zauważyć w historii Hioba? Jaka była reakcja Hioba? Burze w życiu nie są wynikiem decyzji Boga, ale następstwem buntu we wszechświecie. Bóg nie jest sprawcą tragedii. Stwierdzenie z przypowieści: „To wróg to uczynił” jest bardzo ważną kategorią teologiczną. Pytanie dotyczy charakteru Boga, a nie zachowania Hioba.

Łk 24:38. Dlaczego Łukasz opowiedział historię o dwóch uczniach w drodze do Emaus? „Czemu jesteście zatrwożeni i czemu wątpliwości budzą się w waszych sercach?” Czego powinniśmy się nauczyć z tej historii poza faktem, że „zbyt często zapominamy, że Jezus idzie obok nas w naszych „dolinach”. Zbyt często Go nie rozpoznajemy. Zbyt często zapominamy, że w tej historii jest coś o wiele więcej.

Łk 24:31-32.44-45. Jakie znaczenie ma fakt, że Łukasz trzykrotnie używa w tej historii czasownika „otworzyć”? (oczy (w. 31); Pismo Święte (w. 32); umysły, aby zrozumieć Pismo Święte (w. 44, 45) Jak możemy „zobaczyć” Jezusa dzisiaj?

Jezus chce otworzyć nasze oczy i umysły, abyśmy zobaczyli piękną historię Pisma Świętego, „które świadczy o Nim”. Bóg nie „zsyła burz, aby nas czegoś nauczyć”. Może nas jednak wybawić i przemienić cierpienie w dobro, nie będąc przyczyną cierpienia.

Koncepcja kosmicznego konfliktu daje nadzieję, że zło jest tymczasowe i nie jest częścią wiecznego planu Boga. Burze zdarzają się, ponieważ żyjemy w strefie wojny. Bóg nie jest przyczyną; On jest uzdrowicielem i odnowicielem. Zło ma swoją datę ważności. Pewnego dnia Boża sprawiedliwość i uzdrowienie będą powszechne i widoczne dla wszystkich.

Jeśli przeoczymy wielką historię, nie zrozumiemy niczego. Bóg pragnie zamienić Raj



6


utracony w Raj odzyskany.


Przygotował Jan Pollok