sobota, 19 października 2013

PIERWSZY SKANDAL

„Na drzewie poznania pojawia się tajemniczy wąż”; „Przestępstwo w raju”; „Adam i Ewa ukrywają się”; „Niebo pogrążone w żalu” — tak mogłyby brzmieć nagłówki gazet (gdyby wtedy istniały) dotyczące opisanego w Biblii upadku w grzech pierwszych ludzi.W zależności od punktu widzenia wydawcy nagłówki te nadawałyby opisywanemu
 wydarzeniu różne odcienie, podobnie jak współczesne lewicowe lub prawicowe gazety widzą te same wydarzenia w odmienny sposób. Zatem inne nagłówki mogłyby brzmieć tak: „Napięcie w raju — Adam i Ewa protestują przeciw ograniczeniom”; „Zakazany owoc nieszkodliwy — Adam i Ewa czują się dobrze”; „Kryzys zaufania w Edenie”.
Tak czy inaczej mamy tu do czynienia ze skandalem, pierwszym z opisanych w Biblii. Możemy go odczytywać z punktu widzenia węża, który oskarżył Boga o oszustwo, albo z punktu widzenia Boga, według którego każdy, kto wątpi w Jego dobroć, rzuca wyzwanie Jego władzy, czy wreszcie z punktu widzenia człowieka, który tamtego dnia oddalił się od rajskiego szczęścia. Znajdziemy tu klucz do zrozumienia upadku człowieka i pochodzenia zła.

Pułapka

Od samego początku sprawozdanie z wydarzeń w Edenie łamie stereotyp rozumienia dobra i zła. Przypisuje zło Bogu, a szatana ukazuje w roli obrońcy dobra i szlachetności. Wąż, będący w tym opisie jedynie medium wyższej inteligencji, pojawia się jako istota bardzo zatroskana rzekomą niesprawiedliwością wyrządzoną człowiekowi przez Boga. Sprytnie kwestionuje Boży sposób rządzenia, sugerując, że Bogu nie można ufać. Ewa uległa jego słowom, wpadła w zastawioną na nią pułapkę.
W 3. rozdziale Księgi Rodzaju, pierwszej księgi Biblii, czytamy, że „wąż był chytrzejszy niż wszystkie dzikie zwierzęta, które uczynił Pan Bóg. I rzekł do kobiety: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie ze wszystkich drzew ogrodu wolno wam jeść?”. Można sobie wyobrazić tę delikatną i zatroskaną barwę głosu, sugerującą, że to chyba jakaś plotka, w której prawdziwość pytający szczerze wątpi. Cóż za nierozsądne i nieznośne ograniczenie! — zdawał się zasugerować wąż.
Ewa dostrzegła pewną przesadę w tym pytaniu, toteż poprawiła swego rozmówcę, mówiąc, że sprawa nie wygląda aż tak źle — że tylko jedno drzewo w ogrodzie zostało objęte zakazem. Wyjaśniła: „Możemy jeść owoce z drzew ogrodu, tylko o owocu drzewa, które jest w środku ogrodu, rzekł Bóg: Nie wolno wam z niego jeść ani się go dotykać, abyście nie umarli”.
Choć Ewa starała się przedstawić Stwórcę w korzystnym świetle, to jednak została przyparta do muru. Pytanie węża było pułapką. Mogłaby się z niej wydostać, gdyby zmieniła stanowisko w dyskusji. Mogła powiedzieć na przykład tak: Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że Bóg traktuje nas jako wolne istoty obdarzone zdolnością podejmowania decyzji. Drzewo poznania nie wyraża braku szacunku Boga do nas, jak sugerujesz. Przeciwnie, wskazuje na naszą wolność jako rozumnych istot. Kobieta mogła też odeprzeć oskarżenie, dowodząc, iż właśnie brak jakiejkolwiek możliwości wyboru (brak zakazanego drzewa) oznaczałby konieczność (bycia jedynie posłusznym). Mogła też po prostu urwać rozmowę, mówiąc: Sądzę, że nie odniosę żadnej korzyści z rozmowy z tobą, ponieważ twoje błędne zrozumienie Stwórcy wynika ze złych intencji.

Upadek

Nie zrobiła niczego takiego, więc wąż zwodził ją dalej. Na przypomnienie przez Ewę zakazu, że nie wolno im jeść z tego jednego drzewa, bo umrą, odpowiedział: „Na pewno nie umrzecie, lecz Bóg wie, że gdy tylko zjecie z niego, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg, znający dobro i zło”.
To już była ewidentna sugestia, że Bóg ich okłamał. Według szatana zakaz jedzenia z drzewa poznania nie miał żadnych rzeczywistych podstaw i dlatego tak naprawdę jego przekroczenie nie pociągało za sobą żadnych negatywnych konsekwencji. Przeciwnie, jedząc owoce z drzewa poznania, ludzie mogli poszerzyć swoją wiedzę o poznanie dobra i zła. Tkwiła w tym sugestia, że dopiero przekraczając Boży zakaz, osiągną pełnię poznania i dojrzałość. Według tej sugestii zło jest niezbędnym uzupełnieniem dobra, które da się w pełni zrozumieć dopiero po doświadczeniu zła.
Ewa już nie wiedziała, komu wierzyć. Może Bóg rzeczywiście umieścił to drzewo w ogrodzie tylko po to, by ukazać ludziom swoją władzę nad nimi? Może kara za zjedzenie owocu była jedynie pustą groźbą? Postanowiła bliżej przyjrzeć się drzewu. Wtedy „zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu, i godne pożądania dla zdobycia mądrości”. Nic w wyglądzie drzewa nie sugerowało, że jego owoce mogą wyrządzić szkodę. Im dłużej się przyglądała, tym bardziej jej zaufanie do Bożych słów malało. Podjęła decyzję na podstawie tego, co zobaczyła. „Zerwała z niego owoc i jadła. Dała też mężowi swemu, który był z nią, i on też jadł”.
Co w tej historii jest skandalem — czy narzucenie przez Boga rzekomo nieuzasadnionego prawa (zakazu), czy też to, że człowiek tak łatwo dał się zwieść wężowi?
Nie sposób nie doceniać faktu, że kobieta naprawdę uwierzyła w to, co zasugerował wąż. Ewa wcześniej nie miała żadnych powodów do narzekań. Życie w Edenie było rzeczywiście „bardzo dobre”. Bóg uczynił wszystko, by ludzie żyli szczęśliwie, a ich potrzeby były w pełni zaspokajane. Zatroszczył się także o ich bezpieczeństwo, dając zwodzicielowi jedynie ograniczony dostęp do raju — tylko do zakazanego drzewa. Pojawienie się nieufności i niezadowolenia spowodowała rozmowa z wężem. Chwilę wcześniej myśl o złamaniu Bożego zakazu wydałaby się niedorzeczna.
Wąż wykonał swoje dzieło po mistrzowsku. W kilka minut diametralnie zmienił poglądy Ewy. Nie namawiał kobiety do jawnego zła. Pojawił się jako rzekomy rzecznik prawdy, by zaatakować wadliwy jego zdaniem system, w którym żyli mieszkańcy Edenu. Udało mu się nie dlatego, że zło zatriumfowało nad dobrem, ale dlatego, że w umyśle Ewy zapanował chaos — przestała się orientować, kto mówi prawdę, a kto kłamie w kwestii dobra i zła.

Konsekwencje

„Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy. Spletli więc liście figowe i zrobili sobie przepaski”. Pojawiły się nieznane dotąd odczucia niepokoju, krępującej nagości, wstydu. Otwartość w kontaktach z Bogiem zmieniła się w lęk. „Gdy usłyszeli szelest Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie w powiewie dziennym, skrył się Adam z żoną swoją przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu”. Odpowiadając na wołanie Boga, Adam odrzekł: „Usłyszałem szelest twój w ogrodzie i zląkłem się, gdyż jestem nagi”.
Na pytanie Boga, czy zjedli z zakazanego drzewa, nie potrafili się przyznać. Zaczęli zrzucać winę na kogoś innego. Mężczyzna na kobietę, którą kochał: „Kobieta, którą mi dałeś, aby była ze mną, dała mi z tego drzewa i jadłem”. Kobieta na węża: „Wąż mnie zwiódł i jadłam”.
To nowe doświadczenie w niczym nie przypominało oczekiwań rozbudzonych przez węża. Zrozumieli, że zostali oszukani. Pojawiło się kolejne nowe odczucie — straty. Choć zrozumieli swój błąd, zachowywali się i wypowiadali tak, jakby przejęli od węża jego sposób postrzegania Boga jako surowego i nieprzebaczającego. Stąd ich lęk i ukrywanie się przed swoim własnym Stwórcą. Grzech zmienił ich sposób patrzenia i zdeformował ich więź z Bogiem oraz między sobą nawzajem.
Było oczywiste, że wąż nie powiedział prawdy, ale nie było dość jasne, jaka jest prawda. Adam i Ewa mogli uznać swój błąd i liczyć na to, że wszystko wróci do poprzedniego stanu, ale nie mogli zmienić faktu, iż pozostały pytania co do natury ich postępku. Gdyby Bóg zaakceptował ich wykręty i potraktował tak, jakby nic się nie stało, potwierdziłby pogląd szatana, że Jego prawa można traktować dowolnie i bez żadnych konsekwencji.
Dalekosiężne skutki zwiedzenia i upadku w grzech miały się jeszcze okazać. Choć wąż nie był w stanie ziścić kłamliwych obietnic danych ludziom, to jednak podważył ich zaufanie do Boga. Ludzkość w osobach Adama i Ewy wprzęgnięta została w jarzmo diabła. Wątpliwości, które wzbudził on co do Bożej wiarygodności, stały się jak niedające się wygoić wrzody. Żadne przejawy szczerości, przekonanie czy wysiłki z ich strony nie były w stanie naprawić tego, co zostało zniszczone. Ludzie nie potrafili pojąć zaistniałej sytuacji. Nawet dzisiaj Biblia podaje tylko ogólny wgląd w działania zwodziciela, a Bóg cierpliwie czeka na właściwą chwilę, aby do końca obnażyć jego strategię i motywy.

Prawdziwy wróg

Starotestamentowy prorok Izajasz scharakteryzował szatana pod postacią okrutnej i prześladowczej mocy Babilonu z jego czasów. Imperium miażdżące narody przejęło metody pierwszego buntownika, stając się narzędziem w jego rękach. „O, jakże spadłeś z nieba, ty, gwiazdo jasna, synu jutrzenki! Powalony jesteś na ziemię, pogromco narodów! A przecież to ty mawiałeś w swoim sercu: Wstąpię na niebiosa, swój tron wyniosę ponad gwiazdy Boże i zasiądę na górze narad, na najdalszej północy. Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym”1.
Podobnie prorok Ezechiel biadał z jego powodu, porównując go z królem Tyru, wielkim mocarzem władającym wybrzeżem współczesnego Libanu. „Byłeś odbiciem doskonałości, pełen mądrości i niezrównanie piękny. (...) Jako wielkiego cheruba opiekunem ustanowiłem cię na świętej górze Bożej, chadzałeś pośród błyszczących kamieni. Byłeś doskonały w postępowaniu swoim od dni twego stworzenia, aż znalazła się w tobie nieprawość. Pod wpływem rozkwitu twego handlu wnętrze twoje napełniło się uciskiem i zgrzeszyłeś, wobec czego zrzuciłem cię z góry Bożej i jako cherub opiekun zniknąłeś spośród błyszczących kamieni”2.
Pomimo poetyckiej formy tych opisów nie sposób nie dojrzeć w tle osoby szatana. Nie zawsze był on zaciekłym wrogiem Boga. Pierwotnie należał do najwybitniejszych aniołów i zaufanych Bożych powierników. Uchodził za najpiękniejszą ze stworzonych istot, górującą nad innymi mądrością i doskonałością. Jednak pewnego dnia Lucyfer zaczął szerzyć wśród swoich towarzyszy wątpliwości co do miłości i sprawiedliwości Boga. Z czasem jego zwątpienie przerodziło się w otwarty bunt, o którym w Księdze Apokalipsy czytamy: „I wybuchła walka w niebie: Michał i aniołowie jego stoczyli bój ze smokiem. I walczył smok i aniołowie jego”3.
Ta walka w niebie była efektem różnicy zdań co do charakteru Boga, Jego prawa i sposobu sprawowania przez Niego rządów. Wątpliwości Lucyfera doprowadziły do otwartej wojny, która zakończyła się usunięciem go z nieba. Jego twierdzenia z Edenu, że Bogu nie można ufać, stanowiły sedno tego konfliktu.

Boża strategia

Jak Bóg miał odpowiedzieć na zarzuty wytoczone przeciwko Niemu? Uciekając się do kłamstw i zwiedzenia, szatan ukuł broń, wobec której zwykłe Boże zaprzeczenie i kontrargumenty nie byłyby w stanie nic wskórać. Uciszenie szatana siłą też nic by nie dało, a jedynie wzmogło wątpliwości innych istot. Bóg mógł rozwiązać kryzys jedynie dzięki trzymaniu się swoich zasad — dzięki dobroci, miłosierdziu i miłości. Są one podstawą Bożego sposobu rządzenia. Użycie przymusu zmieniłoby Boże rządy z opartych na miłości i zrozumieniu na rządy przemocy wymuszającej ślepe poddaństwo. Wielu władców w dziejach świata, świeckich i kościelnych, chętnie stosowało przymus, wyznając zasadę, że cel uświęca środki. Prześladowali i mordowali, by stłumić sprzeciw. Bóg nie posługuje się takimi metodami. Użycie przemocy nie przyniosłoby dobrych rezultatów. Gdyby Bóg natychmiast unicestwił siły zła, ludzie służyliby Bogu bardziej ze strachu niż z miłości. Wpływ kusiciela nie zostałby w pełni wykorzeniony, a duch buntu zostałby utrwalony na zawsze.
Zło musiało otrzymać pozwolenie na osiągnięcie pełnej dojrzałości. Dla dobra całego wszechświata pozwolono szatanowi przez wiele stuleci rozwijać jego zasady. W ten sposób jego oskarżenia przeciwko Bożemu sposobowi rządzenia mogły zostać ukazane wszystkim stworzonym istotom w prawdziwym świetle, a sprawiedliwość, miłosierdzie i niezmienność Bożego prawa na wieki oczyszczone z wszelkich wątpliwości.
Jedynie dzięki starannemu przedstawieniu zasad Bożego panowania można usunąć wszelkie wątpliwości co do wiarygodności Boga. Bóg przedstawiony w Biblii nie jest Bogiem przymusu. Gdyby takim był, byłby tyranem. Skandal w Edenie świadczy dobitnie o czymś przeciw­nym — że Bóg nie jest tego rodzaju osobą. Nie zapobiegł siłą zwiedzeniu kobiety przez węża. Nie przeszkadzał jej w podjęciu decyzji, nawet jeśli wiedział, że to fatalny wybór. Nie krzyknął: nie rób tego!
Mimo zakazu człowiek zjadł owoc, „odprawił go więc Pan Bóg z ogrodu Eden, aby uprawiał ziemię, z której został wzięty. I tak wygnał człowieka, a na wschód od ogrodu Eden umieścił cheruby i płomienisty miecz wirujący, aby strzegły drogi do drzewa życia”. Czas szczęścia skończył się bezpowrotnie. Odtąd czekało ich życie pełne przeciwności, niepewności i śmierci. „W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb, aż wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś
i w proch się obrócisz”.
Czy ludzie powrócą jeszcze kiedyś do Edenu? Czy nasze skażone grzechem i niepełne poznanie charakteru Boga jeszcze kiedyś ustąpi Jego pełnemu poznaniu? Czy lęk przed Bogiem zastanie zastąpiony relacją otwartości i zaufania? Pierwszy skandal opisany w Biblii rodzi pytania. Odpowiedzią na nie był największy skandal wszech czasów — ukrzyżowanie Syna Bożego.
Oprac. A.S.

1 Iz 14,12-14. 2 Ez 28,12-16. 3 Ap 12,7.

[Opracowano na podstawie książki Sigve Tonstada pt. Skandale w Biblii, Warszawa 2006. Śródtytuły pochodzą od redakcji].
 Znaki Czasu Październik 2013 r. 

W POSZUKIWANIU BOŻEJ WOLI

Co to jest Boża wola? Jaka jest wola Boża względem mnie? Czy można ją poznać? Czy chciałbyś znać wolę Bożą w swoim życiu?
Frazy te są często słyszane, gdy na przykład nastąpi jakaś katastrofa naturalna,
trzęsienie ziemi, powódź — wtedy w telewizji pojawiają się wypowiedzi wielu osób, których takie nieszczęście spotkało: Dlaczego Bóg do tego dopuścił? Dlaczego mnie to spotkało? Lub: Taka była wola Boża. Ale czy na pewno? Dlaczego lubimy za wszystkie nieszczęścia obwiniać Boga? To prawda, że Bóg panuje nad siłami przyrody. To On zesłał suszę za czasów Eliasza, ale zesłał również deszcz; Pan Jezus uciszył burzę na Jeziorze Galilejskim, ale gdy umierał na krzyżu, było słychać grzmoty, błyskawice i zrobiło się ciemno jak w nocy. To na faraona zesłał plagi, wykorzystując do tego zjawiska pogodowe i przyrodnicze. Bóg może dopuszczać do katastrof naturalnych, ale nie obwiniajmy Go za każdą z nich! Czy wolą Bożą w tym wypadku nie jest, aby ludzie się opamiętali i odwrócili od swoich grzechów?

Bóg tak chciał?

Lubię od czasu do czasu chodzić po cmentarzach. Dlaczego? W tym pędzie i napięciu życia tam czas się zatrzymuje… Lubię patrzeć na napisy na grobach i liczyć, ile ktoś miał lat, gdy umarł. Jeżeli umarł młodo, zastanawiam się, jak bardzo musieli płakać jego rodzice. Jednak to, co najbardziej mnie porusza na cmentarzu i powoduje ścisk w gardle — nie mogę wtedy wydobyć z siebie słowa, łapie mnie łkanie, taki szloch duszy — to małe grobiki. Takie bardzo małe. I zawsze jest ich wiele. I te napisy: „tu leży mój aniołek”, „dołączył do aniołków”, „wspomógł rzesze aniołków”. Bardzo mnie to porusza. Pojawiają się też pytania, takie głupie i proste pytania do Boga: dlaczego? Pytania bez zadowalającej odpowiedzi. Ale są też takie napisy na wielu grobach: „Bóg tak chciał”. Takie napisy bardzo mnie irytują. Czy jest wolą Bożą, żeby małe dzieci chorowały, cierpiały, męczyły się i umierały? Aby rodzice rozpaczali i byli pełni bólu? Czy to naprawdę Boża wola? Nie sądzę, ale wielu ludzi tak właśnie myśli i ma błędny obraz Boga.
W Księdze Jeremiasza czytamy: „Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was — mówi Pan — myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją”1. Czy zatem wolą Bożą jest dla nas powodzenie na tym świecie? Wielu chrześcijan mylnie interpretuje daną przez Jezusa obietnicę życia w obfitości jako nieustające uczucie szczęścia, cieszenie się doskonałym zdrowiem, całkowitym spełnieniem marzeń, wygodnym życiem i natychmiastowym uwolnieniem od problemów. Oczekują nieba na ziemi. Boga traktują jak złotą rybkę, chcą Go używać dla swoich celów, a nie tego, aby Bóg używał ich do swoich. Wielu chrześcijan ma taki pogląd: gdy komuś się powodzi, to znaczy, że Bóg mu sprzyja! Ale jak tylko ktoś choruje, bieduje i cierpi, to uważamy, że Bóg na pewno się od niego odwrócił; więcej, na pewno sam sobie na to zasłużył. W czasach Jezusa nawet Jego uczniowie tak postrzegali ludzi, na przykład człowieka ślepego od urodzenia. Zadawali pytania, czy zawinił on, czy może jego rodzice... Niewiele się od tego czasu zmieniło, prawda? Ale czy wolą Bożą jest, aby rodzili się ślepcy, niepełnosprawni, chorzy i chromi?
W Biblii czytamy, że nawet jeden wróbel nie spada na ziemię bez woli Ojca2. Kiedyś się nad tym zastanawiałam. Czy naprawdę Bóg decyduje, kiedy ma umrzeć wróbel albo mrówka? Ale poprawne tłumaczenie tego tekstu mówi, iż nawet jeden wróbel nie spada na ziemię bez obecności Ojca, a to wielka różnica. Bóg jest z nami zawsze. Co prawda powinniśmy pamiętać, że władcą tego świata jest szatan3, a Bóg celowo ograniczył tu swoją władzę, ale to do Boga należy ostatnie słowo.
Niektórzy chrześcijanie tak bardzo chcą wypełniać wolę Bożą, że o wszystko Boga pytają: mam kupić kalafior czy brokuły; zjeść muesli czy kanapkę na śniadanie; jechać autobusem czy tramwajem do pracy? Gdyby Bóg interweniował w takie rzeczy, to bylibyśmy jak roboty albo marionetki w Jego rękach. Poza tym chyba byśmy zwariowali… Tymczasem Bóg dał nam wolną wolę, czyli umiejętność podejmowania decyzji, dokonywania wyborów. On dał nam wolność. Jak z niej skorzystamy, zależy od nas.
A więc jak odkryć wolę Bożą w naszym życiu? Czy chcemy ją poznać? A może lepiej jej nie znać? Czy podobałoby się nam to, co Bóg dla nas wymyślił? W jaki sposób Bóg objawia nam swoją wolę? Istnieje kilka sposobów.

Boże znaki drogowe

Pierwszym „znakiem drogowym” jest Pismo Święte. Psalmista mówi: „Słowo twoje jest pochodnią nogom moim i światłością ścieżkom moim”4. Mark Twain powiedział: „Mnie nie martwią rzeczy w Biblii, których nie rozumiem, ale te, które rozumiem”. No tak, to zobowiązuje. Nieraz jesteśmy kuszeni, aby pytać Boga o Jego wolę w sprawach, o których jasno i wyraźnie mówi na kartach Biblii. Czy mogę mieć romans z sekretarką? Czy mogę wynieść coś z zakładu pracy? Powinniśmy jednak pamiętać, aby nie podchodzić do Biblii jak do księgi czarów. Jak pewien człowiek, który prosił Boga, aby gdy gdziekolwiek otworzy Pismo Święte, to pierwszy wiersz od prawej strony u dołu był Bożą wolą dla niego. I otworzył Biblię na słowach: „a potem się powiesił” (oczywiście była tu mowa o Judaszu). Mężczyzna trochę się przestraszył, więc pomodlił się jeszcze raz i znów otworzył Pismo na chybił-trafił, a wiersz, który przeczytał, brzmiał: „idź i czyń podobnie”.
Po drugie, Bóg może nauczyć nas swojej woli poprzez szczególne przeżycia czy doświadczenia, przez które przechodzimy, i okoliczności, w których się znaleźliśmy. Jeżeli spotykają nas problemy, to nie pytajmy, dlaczego spotkało to akurat mnie, ale czego Bóg chce mnie przez to nauczyć. Bóg poprzez cierpienie może wskazać sfery w naszym życiu niezauważone czy zaniedbane, może pokazać grzech, z którym winniśmy się rozprawić, pokazać nam możliwości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. „Albowiem smutek, który jest według Boga, sprawia upamiętanie ku zbawieniu i nikt go nie żałuje”5. Ludzie, także chrześcijanie, mają problem z sensem cierpienia na świecie. Pamiętajmy, że jeśli Bóg pozwalałby nam iść przez życie bez jakichkolwiek problemów, to mogłoby zrobić z nas słabeuszy. Wykażmy się pokorą i nie oczekujmy, że tu w tym ziemskim życiu otrzymamy odpowiedzi na wszystkie pytania.
Po trzecie, wolę Bożą możemy poznać poprzez modlitwę połączoną ze zdrowym rozsądkiem. Musimy pamiętać, że czasami Bóg nie odpowiada natychmiast. Kiedy Bóg nie odpowiada, to my mamy czekać. Często Boża cisza sama w sobie jest odpowiedzią. Zastanawiajmy się też, o co tak naprawdę prosimy w modlitwie — bo jeszcze to otrzymamy. Tak jak w poniższej refleksji pewnego żołnierza:

Prosiłem o siłę...
Bóg dał mi przeciwności losu,
aby zrobić mnie silnym.

Prosiłem o mądrość...
Bóg dał mi problemy
do rozwiązania.

Prosiłem o dobrobyt...
Bóg dał mi mózg i krzepę.

Prosiłem o odwagę…
Bóg dał mi przeszkody
do pokonania.

Prosiłem o miłość...
Bóg dał mi ludzi w kłopocie,
aby im pomóc.

Prosiłem o przychylność...
Bóg dał mi okazje do wykazania się.

Dostałem nie to, co chciałem...
Ale dostałem wszystko,
czego było mi trzeba.

Modlitwa to bardzo ważny krok, jeżeli nie najważniejszy. Dotyczy proszenia Boga o prowadzenie podczas podejmowania decyzji. Nie ma nic ważniejszego i nic bardziej niezbędnego w procesie poznawania woli Bożej niż modlitwa. Modlitwa jest często lekceważona i niedoceniana. Często układamy swoje plany i mamy umysł tak zajęty, że nagle sobie uświadamiamy, że nie pomodliliśmy się w jakiejś ważnej decyzji. Należy spędzać czas z Bogiem na modlitwie codziennie, wtedy będziemy pewni, że Bóg nas prowadzi, a nie wtedy, gdy nadejdzie kryzys. „Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu”6. Możemy prosić Boga o pomoc w każdej sprawie. Nie musimy konsultować z Nim tylko tych wielkich życiowych decyzji, ale mówić o wszystkim. Dla Niego nie ma rzeczy zbyt błahych!
Po czwarte — jak Bóg może jeszcze objawiać nam swoją wolę? Poprzez innych ludzi. „Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych”7. Jak odróżnić chrześcijańskiego doradcę od „bezbożnego”? Ten pierwszy będzie radził, aby polegać na Jezusie, ten drugi — by polegać na nim albo tylko na sobie.
Po piąte, Bóg może objawiać swoją wolę poprzez nasze sumienie, które jest cichym szeptem Ducha Świętego.
To wspaniałe, że ostateczna wola Boża dla życia człowieka to zbawienie. On pragnie nas zbawić bardziej, niż my tego pragniemy. Ale skoro Go przyjęliśmy, dlaczego nie zabierze nas od razu do nieba? Jaka jest Jego wola dla naszego ziemskiego życia tutaj? Może kształtowanie charakteru na podobieństwo Jezusa, czyli uświęcenie?
Nasze uczynki powinny być zgodne z tym, co wyznajemy, a nasze wierzenia i przekonania poparte postawą wzorowaną na Jezusie. Biblia często porównuje próby życiowe do wytapiania metalu w tyglu, gdzie dochodzi do oddzielenia nieczystości od pozyskiwanego surowca. Kiedy zapytamy złotnika, skąd ma pewność, że srebro jest już oczyszczone, powie: wiem o tym, bo widzę na jego powierzchni swoje odbicie. Tak ludzie powinni w nas dostrzegać odbicie Chrystusa. Chrześcijańska autorka Ellen White pisze: „Uświęcenie nie jest dziełem chwili, godziny czy dnia, ale to praca całego życia. Nie osiąga się go na skutek zbiegu szczęśliwych okoliczności, ale jest ono rezultatem ciągłego umierania dla grzechu i ciągłego życia dla Chrystusa. Uświęcenie stanowi rezultat pełnienia woli Bożej przez całe życie”. Po co nam uświęcenie? Bo zmiana myślenia i charakteru prowadzi do zmiany zachowania, myśl przeradza się w czyn, a Bożym celem dla naszego życia jest służba dla innych.

Przykład doskonały

Wskazówki Boże są bardzo proste, to my, ludzie, wszystko komplikujemy. „Teraz więc, Izraelu, czego żąda od ciebie Pan, twój Bóg! Tylko abyś okazywał cześć Panu, swemu Bogu, abyś chodził tylko jego drogami, abyś go miłował i służył Panu, swemu Bogu, z całego serca
i z całej duszy, abyś przestrzegał przykazań Pana i jego ustaw, które Ja ci dziś nadaję dla twego dobra”8. „Kto mądry, niech to zrozumie, kto rozumny, niech to pozna; gdyż drogi Pana są proste”9.
Ale czy po poznaniu woli Bożej zgodzimy się z nią? W Biblii mamy szereg przykładów postaci, które doskonale znały wolę Bożą, ale się jej sprzeciwiały. Rozminęły się z jej zrozumieniem i zaakceptowaniem, bo nie potrafiły zrezygnować ze swoich własnych planów. Bileam, Samson, król Saul, Judasz… Życie takich ludzi zawsze kończyło się tragedią. Możemy się uczyć na ich przykładach.
Prawdopodobnie największą przeszkodą w zrozumieniu woli Bożej jest nasza własna wola, którą stale wysuwamy na pierwszy plan. Powinniśmy się modlić nie tylko o poznanie woli Bożej, ale o siłę do jej wypełnienia i realizacji, gdy już ją poznamy.
Doskonałym przykładem pełnienia woli Bożej był Jezus Chrystus, kiedy chodził po ziemi. „Moim pokarmem jest pełnić wolę Tego, który mnie posłał”10 — mówił sam o sobie. Gdyby jej nie spełnił, nie byłoby nas dzisiaj... W ogrodzie Getsemane Jezus stoczył największą walkę, mógł dokonać innego wyboru, gdy się modlił. „Ojcze mój, jeśli to możliwe, nich mnie ominie ten kielich”, jednak „jeśli muszę go wypić, nich się stanie wola Twoja”11. Mimo lęku Jezus zgodził się z tym, co przygotowane zostało Mu od początków świata, ponieważ „nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty, niech się stanie”12.
Spójrzmy na ostatnie chwile w życiu Jezusa. Umieranie naszego ja można podzielić na kilka etapów.
Pierwszym etapem usuwania starego człowieka jest włożenie mu brzemienia i niesienie krzyża aż do końca życia. To są ciosy w naszą pychę, brak pokory, różne rozterki i dylematy. Jeżeli mamy brak pokoju Bożego w sercu, to znaczy, że nasze ja jeszcze nie umarło.
Drugi etap to bronienie się przed cierpieniem. Im dłużej się bronimy, tym więcej cierpimy. Jezus nie szarpał się, gdy był przybijany do krzyża. Poddał się. Złoczyńcy obok wyrywali się. Tak jest często, gdy kogoś dotknie nieuleczalna choroba — im taki człowiek więcej myśli o chorobie, tym więcej cierpi. Ludzie, którzy wygrali z nowotworami — zapytajcie ich — w ogóle o tym nie myśleli, żyli normalnie, pogodzili się z tym. To samo słońce, które topi masło, utwardza glinę — głosi stare przysłowie. Dwie osoby mogą doświadczać takich samych trudności w życiu, a jedna stanie się podobna do Chrystusa, natomiast druga — bardziej zgorzkniała. Identyczne sytuacje, a różne rezultaty. Dlaczego? Bo jeden zgodził się na niesienie krzyża, drugi nie.
Zauważmy, że Jezus nie ukrzyżował się własnoręcznie. To niemożliwe, aby ktoś się sam ukrzyżował! Można przybić swoje nogi, nawet przybić jedną rękę, ale nie da się ukrzyżować samego siebie do końca! To oznacza, że nie mogę sam ukrzyżować i uśmiercić swojego starego człowieka. Potrzebujemy kogoś, aby to uczynił!
Trzecim etapem jest oskarżanie Boga z powodu cierpienia i niesprawiedliwości, tak jak zrobił to jeden ze złoczyńców na krzyżu. „Wszelką troskę złóżcie na Niego, gdyż On ma o was staranie”13, ale „stary” człowiek, nasza stara natura nie wierzy, bo nie ufa Bogu…
Czwartym etapem jest szukanie ulgi w cierpieniu przed agonią. Jezusowi chciano podać ocet na gąbce, ale On nie chciał. Co w naszym życiu jest tym narkotykiem, którym się znieczulamy przed agonią naszego własnego ja i podążaniem za wolą Bożą? Samousprawiedliwianie się, szukanie winy u innych, pracoholizm i zabieganie, brak czasu, przyjemności tego świata? Broniąc się, będziesz długo umierał. Sprawdzianem tego, czy skazany umarł, było przebicie serca włócznią. To symbol rozerwania starego serca i otrzymania nowego serca od Boga. Jeżeli przejdziemy ten etap, to uzyskamy pokój z Bogiem i będziemy żyć według Jego woli. W Księdze Ezechiela dano nam wspaniałą obietnicę:
„I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam do waszego wnętrza, i usunę z waszego ciała serce kamienne, a dam wam serce mięsiste. Mojego ducha dam do waszego wnętrza i uczynię, że będziecie postępować według moich przykazań, moich praw będziecie przestrzegać i wykonywać je”14.
Na którym etapie jesteś ty, jestem ja? Czy poddaliśmy już swoją wolę Bogu? Im szybciej pogodzimy się z wolą Bożą, tym szybciej otrzymamy pokój Boży.          
Adriana Nowak

1 Jr 29,11. 2 Mt 10,29. 3 J 12,31. 4 Ps 119,105. 5 2 Kor 7,10. 6 Flp 4,6-7. 7 Ps 1,1. 8 Pwt 10,12-13. 9 Oz 14,9. 10 J 4,34. 11 Mt 26,39.42. 12 Mk 14,36. 13 1 P 5,7. 14 Ez 36,26-27.

[Niektóre myśli pochodzą z książki M. Vendena pt. Jak poznać wolę Bożą w swoim życiu?].
Znaki Czasu  Październik 2013 r. 


sobota, 12 października 2013

TANIEC Z ALZHAIMEIREM

Od kilku miesięcy doświadczamy w naszej rodzinie tego, co jeszcze do niedawna było dla nas jedynie nic nieznaczącą medialną notką
— choroby Alzheimera.
U lekarza:
— Mam dla pani dwie wiadomo­ści. Jedna dobra, druga zła.
— Jaka jest ta zła? — pyta pacjentka.
— Ma pani alzheimera — odpowiada lekarz.
— A dobra?
— Zaraz pani o tym zapomni.

Gdzie ja jestem?

Ciocię Kazię zabraliśmy z jej mieszkania w Warszawie, bo nie była już w stanie dłużej mieszkać sama. Nie pamiętała już, czy danego dnia coś jadła, czy nie. Nie pamiętała, czy brała tego dnia leki, czy też nie. Coraz częściej bała się. Na koniec miesiąca przyszedł rachunek za telefon na 1200 zł, głównie za połączenia z zegarynką.
Ciocia zamieszkała w naszym dużym, pięknie położonym domu z widokiem na las i jezioro. Byliśmy przekonani, że będzie z nami szczęśliwa. Nie wiedzieliśmy, że przy tej chorobie szczęścia nie ma.
Każdego dnia rano słyszymy to samo pytanie: „Czy ktoś mi w końcu odpowie, gdzie ja jestem?”. Każdego dnia cierpliwie odpowiadamy. Czasami się uspokaja, a czasami nie. Często ma do nas pretensje, że zabraliśmy ją z jej mieszkania na Żoliborzu. Gdy nie jest świadoma swojego położenia, mówi do nas „pan”, „pani” i chce rozmawiać z kierownikiem ośrodka.
Zauważyliśmy, że najlepiej się czuje, gdy może się troszczyć o innych. Gdy zachorowałem na zapalenie płuc, przestała skupiać się na swoich czarnych myślach. Przychodziła co pięć minut i pytała, czy czegoś nie potrzebuję. Przyniosła mi herbatę. Byłem jej bardzo wdzięczny. Potem zapytała, czy chcę kanapki. Zrobiła mi je. Byłem zachwycony poprawą jej stanu zdrowia, bo niedawno nie była w stanie zrobić ani jednego, ani drugiego. Po 10 minutach przyniosła mi znowu kanapki, a potem jeszcze dwa razy. Za każdym razem była zaskoczona, że wokół mnie było tyle kanapek.
Ciocia jest zdrowa fizycznie. Na nic nie choruje. Jest silna, komunikatywna i pięknie się wypowiada. Nie wie jednak, który jest rok, miesiąc, dzień ani ile ma lat.

Znowu mnie okradli!

Kłopoty z pamięcią nie są największym problemem. Najgorsza jest zmiana nastrojów i agresja, która nagle się pojawia i nagle też odchodzi. Gdy któregoś dnia moja żona zaprosiła do siebie dzieci z sąsiedztwa, aby piec z nimi pierniki na święta, ciocia niespodziewanie wezwała policję, krzycząc do słuchawki: „Ratunku! Porwali mnie! Więzią mnie tutaj”. Gdy policjant poprosił o adres, przyszła i kulturalnie zapytała mnie: „Czy mógłbyś podać panu nasz adres?”. Podałem. Pieczenie pierniczków było urozmaicone krzykami cioci i wizytą policji. Gdy przyjechali, ciocia zaprzeczyła temu, że ich wzywała, i powiedziała, że to nasza sprawa, aby ją pogrążyć. 
Pewnego dnia ciocia była w dobrym humorze. Zmierzyła sobie ciśnienie, po czym zginął jej ciśnieniomierz. Zaczęła go szukać. Potem moja żona go szukała. Ciocia była już roztrzęsiona. W małym pokoju nie można było przez dwie godziny znaleźć urządzenia. Wróciłem zmęczony z pracy i poszedłem prosto do łóżka. O 22.00 ciocia zaczęła krzyczeć ze złości. Poszedłem szukać ciśnieniomierza. Znalazłem go na półce pod telewizorem. Wtedy krzyczała jeszcze bardziej, że to my w naszej podłości tam go schowaliśmy.
Kiedy jest jej ciężko, ciocia dzwoni do wszystkich ludzi, których zna, i opowiada o tym, że nie dajemy jej jeść, chowamy lub zabieramy jej rzeczy. W jednej rozmowie potrafi przeklinać na nasz temat, by na koniec chwalić za to, jak wspaniale się nią opiekujemy.

Po co to wszystko?

Ciocia Kazia urodziła się w marcu 1926 roku i tym samym zdążyła na przewrót majowy Piłsudskiego. Ojciec męża, Władysław, był adiutantem marszałka w Belwederze. Jest z niego bardzo dumna. Kilka książek o nim wspomina. Ciocia brała udział w Powstaniu Warszawskim. Potem był rok 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, 1981 i 1989. Wiele widziała, wiele słyszała, wiele doświadczyła. Uwielbiamy słuchać jej historii. Gdy przeżyła trudne momenty historii, życie przestało być dla niej łaskawie. Zmarli brat, siostra, a potem mąż. Straciła wszystkich bliskich, a dzieci nie miała. Odeszli też najbliżsi przyjaciele. Pozostała całkowicie sama. Gwar licznych osób, które znała, zamienił się w kompletną ciszę. Ciocia często powtarza, że nie chce już żyć. Potrafimy wyobrazić sobie jej wielką tęsknotę za światem, którego już nie ma. Chcemy jakoś zrekompensować jej cierpienia. Staramy się, aby te ostatnie lata życia były dla niej jak najprzyjemniejsze.
Gdy na jej twarzy gości uśmiech, są to najpiękniejsze chwile dnia. Wtedy jest w miarę szczęśliwa, a tego najbardziej pragniemy. Nie jest lekko, ale jesteśmy świadomi, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Wytrwamy. Wiele nas to doświadczenie uczy. Łatwo jest być ludzkim człowiekiem, gdy jest dobrze i miło. Obecnie uczymy się bycia ludźmi, gdy nie ma ku temu warunków. Wiele jeszcze przed nami. Przez ile wzgórz musi przejść każdy z nas, by móc człowiekiem się stać — śpiewał Dylan.
Lubię wpatrywać się w jej twarz, którą choroba stara się zniekształcić. Widzę wtedy ciocię taką, jaką jest naprawdę — małą, wesołą dziewczynką.        
Mateusz Szczygieł
Znaki Czasu

rawie codziennie
na naszych stołach pojawiają się ziemniaki, najczęściej w tej samej formie — gotowanej bądź smażonej. Ziemniaki polewane sosem z migdałów
to zupełnie coś innego niż ziemniaki polewane masłem. To właśnie sos z migdałów tworzy piękną „pierzynkę” 

CUD TERAPI GERSONA

Lekarstwo na raka wynaleziono w 1928 roku. Lekarstwo dosłownie na wszystkie chroniczne schorzenia zostało odkryte
nawet wcześniej
przez czysty przypadek. Przez jednego
człowieka —
doktora Maxa Gersona.
Takimi słowami zaczyna się film dokumentalny pt. Cud terapii Gersona, poświęcony
niezawodnej naturalnej metodzie walki z rakiem, nawet bardzo zaawansowanym, opracowanej przez niemieckiego lekarza Maxa Gersona. Film ważny, podobnie jak książka napisana przez jego córkę Charlotte Gerson i byłą pacjentkę Kliniki Gersona Beatę Bishop pt. Terapia doktora Gersona. Leczenie raka i innych chorób przewlekłych.
Bezprecedensowy talent Gersona do leczenia beznadziejnych przypadków został doceniony przez noblistę dr. Alberta Schweitzera, który nazwał go jednym z najwybitniejszych geniuszy w historii medycyny. Zresztą Gerson wyleczył jego żonę z gruźlicy płuc, a sam Schwietzer pokonał dzięki tej terapii cukrzycę. „Był on nie tylko lekarzem, ale prawdziwym uzdrowicielem. Głęboko rozumiał podstawowe zasady nieprawdopodobnie złożonego i wspaniałego mechanizmu, jakim jest ludzkie ciało. (...) Na bazie jego olbrzymiej wiedzy i doświadczenia byliśmy bardzo często w stanie uleczyć, przywrócić życie i zdrowie tym, którzy już usłyszeli słowa wyroku: nieuleczalne” — pisze w swej książce Charlotte Gerson, która od kilkudziesięciu lat kieruje Instytutem Gersona w San Diego. Wyjaśnia, że przez ostatnie 50 lat środowisko, dieta, a co za tym idzie stan naszych organizmów tak bardzo się pogorszyły, że terapię trzeba było wzbogacić i przystosować do obecnych warunków. Ponadto z tego powodu, że pacjenci są dziś bardziej wyniszczeni niż osoby, z którymi miał do czynienia dr Gerson, powrót do całkowitego zdrowia zajmuje obecnie dwa lata, a nie jak za czasów jej ojca półtora roku. Tyle bowiem potrzebuje wątroba — kluczowy organ w uzdrawianiu ciała — na odbudowę swych funkcji. Na podstawie długoletnich doświadczeń z pacjentami i zgromadzonej w klinice dokumentacji Charlotte twierdzi, że wskaźnik sukcesów terapii Gersona w leczeniu śmiertelnych chorób znacznie przewyższa wyniki osiągane za pomocą konwencjonalnych metod leczenia. Należy jednak pamiętać, że terapia ta może się nie powieść z wielu powodów, np. sposobu wcześniejszego leczenia, gdy pacjent nie przestrzega wszystkich zasad terapii, gdy ma usunięty ważny organ.

Geniusz ujawniony

„Wielkie umysły zawsze narażają się na gwałtowne ataki miernoty” — powiedział Albert Einstein. Nikt tak jak Gerson nie doświadczył tej prawdy na sobie. Był niezwykłym intuicjonistą. Miał dar stawiania właściwych pytań we właściwym czasie i poszukiwania odpowiedzi z naukową precyzją. Ale jego sukcesy w leczeniu przypadków uznanych przez medycynę za beznadziejne nie spodobały się lekarskiemu establishmentowi. Pacjenci się do niego garnęli, a świat medyczny stosował ostracyzm. Krytykowano go już wcześniej, gdy na początku lat 20. Max Gerson przestrzegał przed skutkami palenia tytoniu — w tym czasie jego koledzy po fachu brali udział w kampaniach reklamowych koncernów tytoniowych, przekonując, że palenie jest nieszkodliwe, a wręcz służy zdrowiu.
Do genialnych odkryć doprowadziły Gersona męczące go migreny. Odwiedził gabinety wielu profesorów, ale nie uzyskał żadnej pomocy. Młodemu lekarzowi nie umieli też pomóc jego akademiccy nauczyciele. Sam przeczytał wszystko na ten temat, ale nie znalazł rozwiązania. Do czasu gdy w jego ręce wpadł artykuł o kobiecie wyleczonej z migren dzięki zmianie diety. Choć na studiach nigdy nie słyszał, że przewlekłe choroby mogą być związane z dietą, Gerson poszedł tym tropem, eksperymentując na sobie samym. Po kilku niepowodzeniach odkrył, że pozbawiona soli wegetariańska dieta pomaga w pokonaniu bólów i nudności. Włączył więc leczenie dietą do swej praktyki lekarskiej. Z powodzeniem — wszyscy tak leczeni pacjenci po 3-4 tygodniach zgłaszali ustąpienie migren. Jak długo trzymali się diety, tak długo byli wolni od uciążliwego bólu.
Kolejny przełom nastąpił, gdy jeden z pacjentów wrócił po miesiącu i oprócz zwalczenia migreny pochwalił się wyleczeniem gruźlicy skóry. Nawet sam Gerson nie chciał w to uwierzyć. „Przecież to choroba nieuleczalna!” — skomentował. Do tej pory medycyna akademicka stosowała jedną terapię dla jednej dolegliwości. Gerson nie mógł znaleźć powiązania między migreną a gruźlicą. A że wieści szybko się rozchodzą, swoich pacjentów przysłał do niego sceptyczny dr Ferdynand Sauerbruch, specjalista w dziedzinie gruźlicy z monachijskiej kliniki. Oznajmił, że jeśli terapia Gersona wstrzyma postępy uznanej za nieuleczalną choroby choćby u jednego jego pacjenta, uwierzy w jego metodę. Tymczasem terapia nie tylko wstrzymała proces chorobowy, ale z 450 pacjentów szpitala uniwersyteckiego w Monachium 446 zostało przez Gersona zupełnie wyleczonych! Sauerbruch dotrzymał słowa i opublikował wyniki w licznych pismach naukowych.
Zwalczenie gruźlicy skóry dało Gersonowi do myślenia. A co ze śmiercionośną gruźlicą płuc? Z chorobami nerek, kości, mózgu...? Gerson podjął wyzwanie i wszyscy jego pacjenci cierpiący na te choroby — w tym żona dr. Schweitzera — zostali wyleczeni. Okazało się też, że po zastosowaniu „diety migrenowej” zniknęły inne dolegliwości, w tym problemy z ciśnieniem, alergie, astma. Gerson zrozumiał, że poprzez zmianę diety nie leczył pojedynczej choroby; na terapię reagował układ metaboliczny i odpornościowy. A to znaczyło, że leczone było całe ciało. I że drzwi do leczenia „nieuleczalnych” chorób zostały otwarte.

Od migreny do raka

A mimo to Gerson uznał, że nie wie, jak leczyć raka. Tak odpowiedział pacjentce, która w 1928 roku wezwała go na wizytę domową. Kobieta przeszła operację z powodu raka przewodów żółciowych. Miała żółtaczkę i wysoką gorączkę. Znała sukcesy lekarza w leczeniu gruźlicy i błagała o pomoc. Gerson w końcu uległ. „Spróbowałem i około sześciu miesięcy później pacjentka była wyleczona! — napisał w swej książce pt. A Cancer Therapy: Results of Fifty Cases and the Cure of Advanced Cancer by Diet Therapy. — (...) Przysłała do mnie dwie kolejne osoby chore na raka z przerzutami w jamie brzusznej — również zostały wyleczone! Trzeci przypadek także został wyleczony! Spróbowaliśmy w trzech przypadkach i wszystkie trzy zakończyły się sukcesem!”.
Ale trudno mówić tu o paśmie sukcesów. Kolejne sześć przypadków w Wiedniu zakończyło się bowiem porażką. Gerson był zszokowany i zniechęcony. Ale próbował nadal. W Paryżu z siedmiu osób uratował trzy. Podczas wykładu wygłoszonego w 1956 roku w Escondido w Kalifornii wspominał przypadek Ormianki: „Musiałem działać wbrew całej rodzinie. W tej rodzinie było wielu lekarzy i miałem mnóstwo kłopotów. Tym niemniej w tym przypadku powiodło mi się. Miała ona odrastającego raka sutka. Za każdym razem rodzina narzekała, że pacjentka »tak bardzo podupadła«. Ważyła tylko 78 funtów [ok. 35 kg]. Została z niej skóra i kości i chcieli, bym podawał jej żółtka. Dałem jej trochę żółtka — rak odrósł. Potem nalegali, bym podawał jej mięso — surowe siekane mięso. Dałem jej i rak odrósł. Za trzecim razem chcieli, bym jej dawał trochę oleju. Dałem jej i rak odrósł po raz trzeci. Tym niemniej trzy razy byłem w stanie eliminować i leczyć tego raka. A wciąż nie miałem pojęcia, czym jest rak. Gdyby ktoś mnie zapytał o teorię, po prostu o to, co ja właściwie robię, musiałbym odpowiedzieć: doprawdy sam nie wiem”.
Już w Stanach Zjednoczonych, dokąd Gerson wyjechał z rodziną przed wybuchem drugiej wojny światowej, odkrył różnicę między chorującymi na choroby chroniczne a chorującymi na raka. Ci pierwsi mieli „zniszczoną, słabą wątrobę”, ci drudzy — „toksyczną wątrobę”. Gerson odkrył też, że chorzy na raka nie mogą całkowicie strawić pożywienia, przyswoić tłuszczów i olejów, a niestrawione resztki są przejmowane przez tkankę nowotworową i stają się jej pożywką. Po latach prób i błędów opracował doskonałą — zdaniem wielu — terapię, skuteczną nawet u śmiertelnie chorych pacjentów.
Gdy dr Gerson otworzył własną klinikę, trafiało do niego coraz więcej przypadków terminalnych. Z jednej strony inni pacjenci mogli obserwować, jak ratuje bardzo zaawansowane przypadki, z drugiej — jak wyznał w Escondido — „miałem nóż Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego na gardle i na plecach. Miałem tylko terminalne przypadki. Gdybym ich nie uratował, moja klinika stałaby się umieralnią. Niektóre osoby były przynoszone na noszach. Nie mogły chodzić. Nie mogły już jeść. Było bardzo, bardzo trudno. Tak więc naprawdę musiałem opracować terapię, która pomagałaby w tych dalece zaawansowanych przypadkach”. Gerson pamiętał, że w gruźlicy i innych chorobach zwyrodnieniowych nie wolno leczyć objawów. Cały organizm musi być leczony. „Stopniowo doszedłem do wniosku, że najważniejszą częścią naszego organizmu jest przewód pokarmowy. Wszystko, co zjadamy, powinno być właściwie trawione; inne narządy przewodu pokarmowego powinny działać prawidłowo i pomagać w trawieniu do produktów końcowych, a jednocześnie usuwać wszystkie produkty odpadowe, wszystkie toksyny i trucizny, które muszą być usuwane, tak by nic nie gromadziło się w naszym ustroju. To właśnie — pomyślałem sobie — jest rzeczą najważniejszą w leczeniu gruźlicy. Tak samo musi być we wszystkich innych chorobach zwyrodnieniowych. I do dziś jestem przekonany, że rak nie wymaga »swoistego« leczenia. Rak  jest  chorobą zwyrodnieniową, a wszystkie choroby zwyrodnieniowe muszą być leczone tak, by najpierw odtruć cały organizm”.

Odsunięty
na margines

Wydawałoby się, że świat medyczny zareaguje entuzjastycznie na odkrycia i badania Maxa Gersona. Tak jak pacjenci — żywe świadectwa jego geniuszu. Tymczasem nabrano wody w usta. Choć Gerson napisał wiele artykułów i przesłał je do kilku pism medycznych, wszystkie zostały odrzucone pod różnymi pretekstami. Pacjentom pytającym o jego terapię w Stowarzyszeniu Lekarzy Amerykańskich nie udzielano wyjaśnień. Mimo że Gerson kilkakrotnie dostarczał dane uwierzytelniające wyniki swej terapii, a nawet prezentował pacjentów przed Radą Lekarzy Nowojorskiego Stowarzyszenia Lekarskiego, ta nie upubliczniła swoich wniosków, choć Max Gerson o to zabiegał. Młodzi lekarze, którzy zafascynowani osiągnięciami Gersona zgłaszali się do niego na staż, by nauczyć się zasad terapii, otrzymywali pogróżki o wykluczeniu ze stowarzyszeń lekarskich, co wiązało się z niemożnością prowadzenia własnej praktyki.
W latach 40. Stany Zjednoczone wydały wojnę chorobom nowotworowym. Dr Max Gerson również włączył się w ten nurt, zyskując poparcie kilku senatorów. W 1946 roku przedłożył komisji senackiej powołanej do walki z chorobą nowotworową materiał dowodowy potwierdzający skuteczność jego metody, zawierający treść przesłuchania pięciu świadków — osób z zaawansowanym stadium raka, odesłanych do domu przez bezradną służbę zdrowia i wyleczonych metodą Gersona. Niestety, z uwagi na silne lobby niechętne Gersonowi jego terapia nie znalazła się w gronie usankcjonowanych metod leczenia raka w USA. Jak pisze jego córka, materiały dowodowe dostarczone przez jej ojca Kongresowi zostały usunięte z oficjalnych dokumentów, wbrew wszystkim regułom zabraniającym takich praktyk.
Odcięty od możliwości publikacji swych prac w naukowych periodykach Gerson zebrał wszystkie materiały i napisał swoją ostatnią książkę — medyczny testament: A Cancer Therapy: Results of Fifty Cases (Leczenie raka. Wyniki 50 przypadków). Jej rękopis tuż przed ukończeniem został skradziony. Gerson przed śmiercią w 1959 roku mozolnie odtworzył całość, ale sam był w ciągu tej pracy dwukrotnie truty. Niestety, za drugim razem skutecznie. Mimo przeciwności losu terapia przetrwała dzięki książce oraz grupie wolontariuszy, utworzonej początkowo przez kilkoro wyleczonych pacjentów. Nieco później Charlotte Gerson podejmuje dzieło swojego ojca i zakłada Instytut Gersona w San Diego, powstaje również Klinika Gersona w Meksyku. Dwa lata temu jej filię otworzono w Europie — na Węgrzech.
Smutne to, że wciąż świat medyczny nie bierze pod uwagę prostej, skutecznej i naturalnej terapii raka. Studenci medycyny nie są uczeni o kolosalnej roli diety, witamin, biopierwiastków i innych substancji roślinnych w procesach zdrowienia, bo świat akademicki kładzie nacisk na terapie farmakologiczne — nie tak skuteczne w chorobach przewlekłych i szkodliwe dla organizmu. Tak jak przed laty, tak i dziś lekarzom planującym szkolenie w meksykańskiej Klinice Gersona „odradza się” to, tłumacząc, że złamałoby to rozwój ich kariery lekarskiej, przyznaje Charlotte Gerson. To wyjaśnia jej zdaniem, dlaczego tak mało lekarzy jest przeszkolonych w zakresie terapii Gersona. Niektóre prawa krajowe, jak np. amerykańskie, zabraniają używania naturalnych terapii w leczeniu raka. Dlatego wiele klinik stosujących terapię naturalną musiało przenieść się poza granice USA.
W kolejnym numerze szczegóły terapii Gersona.     
Katarzyna Lewkowicz-Siejka
 Znaki Czasu

NOWE SPOJRZENIE NA SĄD

To był proces, który zmienił moje negatywne nastawienie do sądów i sędziów.
Gdy Eleda, jedna z naszych afrykańskich uchodźczyń, zadzwoniła do mnie z prośbą o spotkanie z nią
i jej adwokatem, byłem zaskoczony. Miała dwanaścioro dzieci, a oskarżyciel — młody mężczyzna, który pozwał do sądu ją i miejscowy hotel Marriott — próbował dowieść, jakoby go molestowała.
Myśl, że babciowata  Eleda miałaby się wobec kogokolwiek tak niestosowanie zachować, była niedorzeczna. Nie mogłem w to uwierzyć. Mimo to jako pastor zostałem poproszony o wsparcie jej w tej trudnej sytuacji.
Mężczyzna nie tylko zarzucał jej poklepanie go po pupie, ale też oskarżał hotel Marriott o zniesławienie i dyskryminację za bezprawne zwolnienie z pracy. Rozjuszony człowieczek stanął do walki z wielką korporacją. Udało mu się nawet zdobyć poparcie Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich. Wstępne spotkanie z prawnikiem, Eledą i pracownikami hotelu poszło gładko. Wszyscy mieli nadzieję, że niepoważny pozew nigdy nie trafi na wokandę.
Po paru miesiącach Eleda jednak dostała wezwanie. Mężczyzna zażądał odszkodowania w wysokości 25 tys. dolarów i od niej, i od hotelu. Zdecydował, że sam siebie będzie reprezentować na rozprawie, bo pewnie nie chciano się podjąć jego sprawy i nie miał pieniędzy na prawnika.
Sędzia powiadomiła go, że w razie przegranej zostanie obarczony wszelkimi kosztami sądowymi, i doradziła odstąpienie od zarzutów. Eleda i hotel mieli nadzieję, że mężczyzna da za wygraną, ten jednak nie chciał się przyznać do wysunięcia bezpodstawnych oskarżeń. Mimo perswazji sędzi postanowił walczyć do końca, czyli do końca dwugodzinnej rozprawy. Niestety, cały ten nudny proces musiałem wysiedzieć w sali sądowej.
Oskarżyciel poświęcił całe miesiące na przygotowanie argumentów. Wziął nawet z sobą stos dokumentów o wysokości trzydziestu centymetrów, mający przekonać sąd, że należy mu się znaczące odszkodowanie. Ale im więcej okazywał dowodów, tym większe narastało we mnie przeświadczenie o całkowitej bezsensowności jego zarzutów. Nie wierzyłem, aby sędzia miała nie uznać ich za pomówienie i zakończyć postępowania już na wstępie. Byłem pewien, że mężczyzna po prostu próbuje wyłudzić od Eledy i hotelu pieniądze.
Sędzia miała jednak do niego niewiarygodnie dużo cierpliwości. Przejrzawszy stertę dokumentów, oddała mu je i poprosiła o przedstawienie najmocniejszego dowodu. Mężczyzna wybrał trzynaście listów, które jak sądził, dowodziły jego racji. Sędzia odczytała domniemane kłamstwa w każdym z listów i zapytała, czy według oskarżyciela stwierdzenie dotyczy jego osoby. Było oczywiste, że w żadnym z nich nie użyto szkalujących słów, lecz jedynie stwierdzono fakty, spośród których zresztą wiele odnosiło się do innej osoby.
Im dłużej tam siedziałem, tym bardziej traciłem cierpliwość. Po szóstym, siódmym liście nawet sędzia zaczęła mnie irytować. Widziałem jak na dłoni, że oskarżyciel zachowuje się jak pajac. Po co sędzia miałaby tracić i swój, i mój czas na takie pomówienia? Co gorsza, kiedy mężczyzna skończył przedstawiać ostatni, trzynasty dokument, sędzia przez kolejne pół godziny ciągnęła go za język. Myślałem tylko, kiedy to się skończy.
Gdy wreszcie przyznał, że nie ma absolutnie nic więcej do dodania, sędzia zakończyła rozprawę słowami: „Zapoznam się bardzo dokładnie jeszcze raz z pańskimi dokumentami i w ciągu dwóch tygodni powiadomię obie strony o podjętej przeze mnie decyzji”.

Nowe spojrzenie
na sędziego

Mniej więcej wtedy olśniło mnie. Uprzytomniłem sobie, że sędzia dokładała wszelkich starań, aby okazać cierpliwość i sprawiedliwość. Była sumienna aż do przesady. Chciała się zapoznać z każdym możliwym niuansem. Nic nie można było jej zarzucić.
Wówczas doznałem olśnienia po raz drugi. Jeśli kiedykolwiek miałbym trafić przed sąd — pomyślałem — chciałbym, żeby moją sprawę rozpatrywała ta sędzia. Wiedziałem, że będzie pedantycznie sprawiedliwa i wydobędzie na jaw każdy najmniejszy dowód.
Tamtego dnia w sądzie dokonałem odkrycia, które spowodowało u mnie zasadniczą zmianę myślenia. Zamiast widzieć w sędziach obojętnych i oschłych osobników, którzy tylko zastanawiają się, jak by tu mnie skazać, zobaczyłem, że sędzia była pedantycznie sprawiedliwą osobą, która stanęłaby „po mojej stronie”. Jej osądowi mógłbym zaufać. Nawet nie musiałaby mnie przekonywać o sprawiedliwości. Po prostu byłaby sprawiedliwa.
Refleksja nad tym doświadczeniem zmieniła całkowicie moje spojrzenie na Boga jako sędziego. Zacząłem postrzegać Jego skrupulatność jako świadectwo tego, że w końcowym efekcie można Mu całkowicie zaufać.
Wcześniej przerażał mnie biblijny werset mówiący, że „wszystkie czyny Bóg przywoła na sąd, również i te ukryte: zarówno dobre, jak i złe”1. Wtedy jednak pojąłem, że zbadanie każdego mojego słowa i czynu świadczy jedynie o Bożej sprawiedliwości. Teraz chcę, aby to On był moim sędzią. Całkowita bezstronność Boga daje mi jeszcze większy powód do wiary w wynik niebiańskiej rozprawy. Moje nowe odkrycie było zarówno olśnieniem, jak pociechą.
Razem ze zmianą myślenia na temat Boga jako sędziego przyszło odkrycie dotyczące samego sądu. Teraz już nie chcę uniknąć Bożego sądu, a wręcz pragnę, aby nastąpił jak najszybciej. Przecież sędzia jest po mojej stronie! I to sędzia pedantycznie sprawiedliwy!

Sędzia jako
wybawiciel

Kilka lat wcześniej również w moim myśleniu nastąpiła pewna zmiana. Studiując któregoś dnia biblijną Księgę Sędziów, odkryłem, że w czasach biblijnych sędziego postrzegano jako wybawcę. Izraelici przez jakiś czas podążali za Bogiem, ale potem zaczynali służyć bogom ościennych narodów. Doprowadzało to ich do moralnego i społecznego upadku, a w efekcie do niewoli u ludów, których bogów przyjmowali. Wtedy wołali do swojego Boga, a On powoływał sędziego na ich oswobodziciela i wybawcę. I taki sędzia w końcu ich wyzwalał
Już wtedy zaczynało do mnie docierać, że niebiański Sędzia godny tego miana będzie też Wybawicielem. Doświadczenie z Eledą i sędzią dopełniło zmiany w moim myśleniu. Teraz śmiało oświadczam: Boże, osądź mnie, bo jesteś pedantycznie sprawiedliwy i stoisz po mojej stronie! Odrzuć mojego oskarżyciela z jego oskarżeniami!3.       
David Bissell

1 Koh 12,14 Biblia Paulińska. 2 Zob. Sdz 2,16-18. 3 Zob. Ap 12,10.


[Artykuł ukazał się w „Signs of the Times” 4/2012. Tłum. Paweł Jarosław Kamiński dla www.adwentysci.waw.pl].
Znaki Czasu

WOJNA KONTRA CHRZEŚCIJAŃSTWO

Jak chrześcijaństwo odnosi się do zjawiska przemocy? Jak każe
lub czy pozwala reagować na przejawy niesprawiedliwości? Czy wojna może być sprawiedliwa? Czy chrześcijanie mogą się w taką wojnę angażować?
Chrześcijanie mają do odegrania we współczesnym świecie szczególną rolę,
zwłaszcza w kwestii ich stosunku do wojny rozumianej jako każda forma zbiorowego i zbrojnego rozwiązywania konfliktów, skutkująca wielką liczbą ofiar wśród ludzi oraz olbrzymimi zniszczeniami mienia.

Kim jest
chrześcijanin?

Bycie chrześcijaninem przede wszystkim oznacza postępowanie zgodne z nauczaniem i przykładem życia Jezusa Chrystusa. Biblia jasno naucza, jak chrześcijanie powinni się zachować w obliczu przemocy, wojny i wszelkich konfliktów zbrojnych. Zadaniem chrześcijan w tym świecie jest czcić i wychwalać Boga. Oznacza to stawianie woli Bożej na pierwszym miejscu, naśladowanie Chrystusa i niesienie światu Bożej prawdy.
W czasach, w których wykorzystuje się wolę Bożą jako narzędzie propagandy dla osiągania określonych celów w sferze społecznej czy politycznej, chrześcijanie mają obowiązek badać prawdziwe motywy kryjące się za fasadą toczonych czy planowanych wojen oraz przewidywać konsekwencje zaangażowania się w nie.
Mimo że czasy Jezusa obfitowały w przemoc, niebezpieczeństwa i niesprawiedliwość, On sam był „cichy i pokornego serca”1. Każdym swoim czynem objawiał Bożą miłość i starał się przyciągnąć do siebie wszystkich.
Ewangelia Marka przytacza historię brutalnego ścięcia Jana Chrzciciela2. Jak Jezus na to zareagował? Nie czytamy, żeby się odwoływał, żądał sprawiedliwości czy użył swojej boskiej mocy, żeby go pomścić. Zamiast tego Jezus kontynuował swoją służbę i uczył, jak się zachowywać w zetknięciu z silną opozycją.
Kolejny przykład pochodzi z ogrodu Getsemane, gdzie Jezus został aresztowany. Wtedy już wiedział, że zostanie skazany na śmierć, a mimo to nie opierał się, nie walczył i nie uciekał. Nawet skarcił apostoła Piotra, gdy ten chciał Go bronić siłą. Powiedział mu: „Włóż swój miecz do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną. Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mego, a On wystawiłby mi teraz więcej niż dwanaście hufców aniołów? Ale jakby wtedy wypełniły się Pisma, że tak się musi stać?3.
Chrześcijanie winni pamiętać, że Bóg zawsze ma wszystko pod kontrolą i gdyby chcieli uczynić coś bez Niego, ich zadanie byłoby nie tylko niemożliwe, ale i bezproduktywne. Dlatego Biblia mówi: „Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was”4. Jezus jest przykładem życia pełnego pokoju dzięki poleganiu na Bogu nawet pośrodku agresji i okrucieństwa.
Wszyscy doświadczamy tego, że świat jest miejscem nieustannych konfliktów. Rolą chrześcijan jest żyć z innymi w pokoju i harmonii oraz reprezentować wyższy poziom etyczny niż ten, który reprezentuje świat5. Dlatego, jak uczył Jezus, mają kochać swoich nieprzyjaciół, a nie prowadzić z nimi wojny6, a zło zwyciężać dobrem7.
W Chrystusowym poleceniu: „Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody”8 nie ma nic o tym, by iść naprzód i siłą podbijać niesprawiedliwy świat czy mścić się za niesprawiedliwość. Pomsta należy do Boga9. Sprawiedliwości w końcu stanie się zadość, ale wtedy, gdy Bóg o tym zdecyduje. Do tego czasu chrześcijanie mają się skupić się na rozpowszechnianiu wśród narodów dobrej nowiny o kochającym Bogu.
Niestety historia ludzkości jest pełna przypadków błędnej interpretacji i lekceważenia biblijnego nauczania, zwłaszcza w odniesieniu do konfliktów zbrojnych. Długa lista krucjat datujących się od XI wieku dostarcza smutnych przykładów narzucania chrześcijaństwa siłą „w imię Boże”. A przecież Jezus zostawił inny przykład. Gdy bezpodstawnie oskarżono Go podczas Jego procesu o bluźnierstwo, na agresję oskarżycieli odpowiedział spokojem, miłością i wiarą.
A co ze zobowiązaniami chrześcijanina wobec narodu, z którym się identyfikuje, czy państwa, którego jest obywatelem? I tu Pismo Święte daje jasną wskazówkę w słowach Jezusa: „Oddawajcie więc cesarzowi, co jest cesarskie, a Bogu, co jest boskie”10. Cesarz rzymski był wtedy dla Izraelitów najwyższym przedstawicielem władzy okupacyjnej. Rodacy Jezusa nie tego się po Nim spodziewali. Mesjasz miał przecież być królem Izraela i wygnać okupantów11. Zamiast tego Jezus nakazał szanować postanowienia ziemskich władców tak długo, jak długo nie zmuszają do wykroczenia przeciwko prawu Bożemu. Nie próbował organizować ruchu oporu. Pokazał uczniom, że w tym upadłym świecie powinni skoncentrować się na Bogu i pełnieniu Jego woli.
A co z uczestnictwem starotestamentowego ludu Bożego w wojnach? Czy nie jest to precedens pozwalający współczesnym chrześcijanom na udział w konfliktach zbrojnych?
Nie. Po pierwsze, jest różnica między ludem Bożym wtedy i dziś. Starotestamentowy Izrael (do czasów rozproszenia) żył na jednym określonym terenie. Współczesny lud Boży (wyznawcy Chrystusa) jest rozproszony po całym świecie. Dziś zaangażowanie w wojnę pociągałoby za sobą wzajemne zabijanie się naśladowców Chrystusa, jak podczas ostatnich dwóch wojen światowych. Poza tym w czasach starotestamentowych przeżycie narodu izraelskiego było kwestią kluczową dla realizacji Bożych planów wobec ludzkości. Dziś to niezależny od państw narodowych Kościół jest odpowiedzialny za realizację tych planów.
Po drugie, dla zrozumienia udziału starotestamentowych Izraelitów w wojnach istotna jest biblijna informacja o ich sercach — że były zatwardziałe. Wspomniał o tym Jezus w dyskusji z faryzeuszami o dopuszczalności rozwodów w prawie mojżeszowym. Stwierdził, że co prawda Mojżesz pozwolił im na rozwody, ale jedynie z powodu ich „zatwardziałości serca”12, jednak od początku stworzenia tak nie było, małżeństwo miało być nierozdzielne. Zatwardziałość serc doprowadziła naród izraelski do dalekiego odejścia z Bożych ścieżek, uczyniła niezdolnymi i niechcącymi robić tego, co dobre. Jezus przyszedł sprowadzić ich na właściwe ścieżki — na drogę doskonałej miłości, takiej jak ta opisana w 13. rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian. Przyszedł pokazać ginącej ludzkości, jak mamy odbijać sobą Boży charakter i żyć doskonałym życiem, wykluczającym przemoc i branie udziału w wojnie. Ucząc, by kochać nieprzyjaciół, powiedział: „Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest”13. A to oznacza, że powiązał ze sobą pojęcie doskonałości ze zdolnością do okazywania miłości nawet wrogom.
Jedyna walka, do jakiej wezwani są wyznawcy Chrystusa, to walka duchowa. „Bo chociaż żyjemy w ciele nie walczymy cielesnymi środkami. Gdyż oręż nasz, którym walczymy nie jest cielesny, lecz ma moc burzenia warowni dla sprawy Bożej; nim też unicestwiamy złe zamysły i wszelką pychę podnoszącą się przeciw poznaniu Boga, i zmuszamy wszelką myśl do poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi”14.

Współczesny świat

Efektywne wypełnianie w świecie misji wymaga od chrześcijan znajomości mechanizmów, które nim rządzą. Jednym z nich jest globalizacja rozumiana jako ogół procesów integracyjnych prowadzących do coraz większej współzależności państw, społeczeństw, gospodarek, kultur i tworzenia się jednego światowego społeczeństwa. Rola państw narodowych obecnie słabnie, a wzrasta rola globalnej kultury i globalnych instytucji. Więzi społeczne również nabierają takiego charakteru dzięki rozwojowi technologii komunikacyjnych i internetu. Coraz więcej ludzi identyfikuje się jako obywatele świata, a nie konkretnego państwa.
Żyjemy, jak to określił filozof i socjolog Zygmunt Bauman, w okresie płynnej nowoczesności. Wcześniej państwo było opiekuńcze, regulowało rynek, ingerowało w gospodarkę. Występowała ścisła zależność między kapitałem a siłą roboczą. Infrastruktura przemysłowa była ulokowana tam, gdzie miał miejsce cały proces produkcji. Siła robocza podobnie. Pracownicy mogli oczekiwać spędzenia życia zawodowego w jednym zakładzie pracy. W okresie nowoczesności płynnej te stałe sposoby funkcjonowania zanikają. Prywatyzacja, wolny rynek, deregulacja, minimalny interwencjonizm państwowy w gospodarkę to oznaki naszych czasów. Kapitał uwolnił się od siły roboczej. Produkcja się zdecentralizowała. Szerzej wykorzystuje się usługi zewnętrzne jako bardziej efektywne. Kapitał nie jest już przywiązany do określonego miejsca. Może się łatwo przemieszczać i lokować w miejscach bardziej atrakcyjnych ekonomicznie. W poprzednich miejscach pracowników się zwalnia i nic nie mogą na to poradzić. Pogłębia się rozdźwięk między bogatymi a biednymi. Kapitał i sposób zarządzania nim wpływają na wszystkie sfery naszego życia, od politycznych po ekonomiczne, od lokalnych po globalne.
Nic dziwnego, że świat zmaga się z kolejnym kryzysem ekonomicznym, skoro współczesne standardy zarządzania pieniędzmi stoją w jaskrawej opozycji do tych przedstawionych w Piśmie Świętym. Biblia ostrzega na przykład przed długoterminowymi długami i naliczaniem odsetek15, co w dzisiejszej bankowości jest normą. W świecie, w którym wmówiono nam, że najważniejszy jest sukces materialny, a jednocześnie niezwykle trudno jest zarabiać godziwie, większość ludzi jest zmuszona do walki o przetrwanie. Oto dlaczego Jezus w swej ziemskiej służbie nieustannie powracał do zagadnienia pieniędzy i bogactwa. Uczył między innymi: „Nie możecie Bogu służyć i mamonie”16.
Ale co te rozważania mają wspólnego z wojną i konfliktami zbrojnymi? Otóż kapitał jako siła napędowa współczesnego świata ma bardzo realny wpływ na wszelkie szczeble decyzyjne w kwestiach wojen i konfliktów. Grupy kapitałowe w dążeniu do jeszcze większych zysków i wzrostu konsumpcji walczą o kontrolę nad surowcami i ludźmi. W zglobalizowanym świecie konflikty lokalne mogą mieć globalne konsekwencje i vice versa. Świat jest miejscem coraz bardziej wybuchowym, zajętym walkami na różnym tle, co nieuchronnie prowadzi do konfliktów zbrojnych, niezależnie od pytań o ich sprawiedliwość czy zasadność.

Czym jest wojna sprawiedliwa?

W tym miejscu należy przyjrzeć się krytycznie z punktu widzenia chrześcijaństwa teorii wojny sprawiedliwej. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwa świeckie źródła opisujące tę teorię — książka Michaela Walzera pt. Wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe oraz raport Międzynarodowej Komisji ds. Interwencji i Suwerenności Państwowej (ICISS) pt. The Responsibility to Protect (Zobowiązanie do ochrony). Analiza podniesionych tam argumentów pozwoli lepiej poznać zasady moralne, jakimi kierują się świeckie społeczeństwa, oraz to, jak mają się te zasady do standardów chrześcijańskich.
Według Waltzera istnieją trzy warunki pozwalające uznać wojnę za sprawiedliwą: sprawiedliwy powód, społeczne upoważnienie, środek ostateczny.
Pojęcie sprawiedliwego powodu jest subiektywne. Po świecku pojęcie to odnosi się do ziemskich i przemijających wartości takich jak narodowe przetrwanie czy gromadzenie zasobów. W chrześcijaństwie sprawiedliwe może być tylko to, co odzwierciedla cele wieczne i wolę Bożą.
Jakkolwiek istnieje jeden obszar zbieżności perspektywy świeckiej i duchowej — humanitaryzm, widoczny choćby w działaniach Czerwonego Krzyża domagającego się poszanowania dla każdego ludzkiego życia i wolności od cierpienia dla każdego, niezależnie od pozycji społecznej, płci, rasy czy przekonań politycznych. Jest to zbieżne z chrześcijańskim punktem widzenia, gdyż Jezus nauczał, że zbawienie nikogo nie dyskryminuje i każdy może z niego skorzystać.
Wojna jest niehumanitarna, gdyż godzi się z poglądem, że niektórzy muszą umrzeć, żeby osiągnięte zostało „większe dobro”. Chrześcijanie muszą być bardzo ostrożni wobec takiej logiki, gdyż przypomina ona logikę faryzeuszy i najwyższych kapłanów z procesu Jezusa. Takimi słowami starali się oni usprawiedliwić skazanie go na śmierć: „Wy nic nie rozumiecie ani nie bierzecie pod uwagę tego, że lepiej jest dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, niż miałby zginąć cały naród”17. Dla chrześcijan każde życie jest cenne i z wyjątkiem Boga nikt nie ma prawa go dawać ani odbierać.
Mimo wyraźnych różnic ciągle podejmuje się próby pogodzenia ze sobą humanitaryzmu z militarną interwencją. Ma to miejsce zwłaszcza w przypadkach czystek etnicznych czy innych przypadkach masowego odbierania ludziom życia, co ma usprawiedliwiać działania militarne. Jakkolwiek taka interwencja może się wydawać uzasadniona, to jednak z takim podejściem wiążą się dwa główne problemy.
Po pierwsze, jak już wcześniej powiedziano, oręż, jakim walczą chrześcijanie, nie jest cielesny, ale duchowy. Misja chrześcijańska jest nie do pogodzenia z przemocą. Chrześcijanie zawsze w takich sytuacjach winni pamiętać, że Bóg oferuje grzesznej ludzkości pojednanie ze sobą poprzez samoofiarowanie się.
Po drugie, militarna interwencja stwarza bardzo realną możliwość uczynienia więcej złego niż dobrego. Może się wydawać, że położy natychmiastowy kres rażącym naruszeniom praw człowieka, ale zawsze trudne do przewidzenia są konsekwencje długoterminowe. Pozwolenie, by lokalne konflikty potoczyły się własny torem, może być bardziej efektywne i w perspektywie długoterminowej przynieść bardziej stabilny pokój. Przykładów militarnych interwencji rodzących narastające negatywne konsekwencje jest wiele, a z ostatnich można wspomnieć choćby Irak czy Afganistan.
Chrześcijanie nie muszą zmagać się z usprawiedliwianiem takich akcji. Ich powołaniem jest życie wiarą, co oznacza zdanie się na Boga i Jego wolę. Dlatego nawet najbardziej przekonujące apele odwołujące się do sprawiedliwego powodu rozpoczęcia wojny czy interwencji militarnej powinny zostać uznane za niewystarczające w obliczu chrześcijańskich standardów etycznych.
Pojęcie społecznego (kolektywnego) upoważnienia odnosi się do potrzeby zatwierdzenia przez większość danej populacji zaangażowania w działania zbrojne. Historycznie rzecz biorąc, prawo (władza) wypowiedzenia wojny przysługiwało różnym podmiotom: królom, obywatelom reprezentowanym przez państwo, podmiotom międzynarodowym. Dziś koncepcją dominującą jest odwoływanie się do społecznego upoważnienia udzielanego przez obywateli, a upoważnienie międzynarodowe, udzielane np. przez ONZ, jest faktycznie przedłużeniem współczesnych zasad demokratycznych. We współczesnym świecie to społeczne upoważnienie wyraża się poprzez demokrację opartą na woli obywateli; należy sobie jednak zdawać sprawę z ograniczeń demokracji i jej niższości wobec woli Boga.
Koncepcja kolektywnego upoważnienia może być podważana na dwa główne sposoby. Po pierwsze, istnieją problemy systemowe, o których wspomniano wcześniej, kiedy demokrację podporządkowuje się siłom kapitalizmu. Społeczeństwa podejmują decyzje, które są odzwierciedleniem ich aktualnych życiowych potrzeb i systemu politycznego, w jakim żyją. Po drugie, ludźmi można manipulować, kontrolując informacje i media. Te dwa czynniki w połączeniu ze sobą podważają spójność koncepcji społecznego upoważnienia.
W zestawieniu z ostatecznym zwierzchnictwem Boga oczywiste jest, że koncepcja „rządów większości” nie jest uzasadniona. To Bóg jest wyłącznym źródłem władzy nad życiem, śmiercią, wojną i wszystkimi innymi problemami występującymi na świecie, który stworzył.
Kolejne pojęcie środka ostatecznego oznacza, że narody muszą wykorzystać wszelkie możliwości, zanim zdecydują się na wojnę. W praktyce jednak ocena, czy z nich skorzystano, jest subiektywna i opiera się na kompromisie. Zwykle jest mało prawdopodobne, by przed decyzją o wojnie rzeczywiście wykorzystano wszelkie inne środki. Biorąc pod uwagę historyczne doświadczenie, kiedy pierwszeństwo miała raczej wojna niż pokój, oraz grzeszną naturę człowieka, wydaje się, że przywódcom politycznym łatwiej jest wypowiedzieć wojnę, niż w nieskończoność poszukiwać innych alternatyw dla zaspokojenia potrzeb ich państw.
Biblia mówi: „Jeśliby królestwo samo w sobie było rozdwojone, to takie królestwo nie może się ostać”18. Świat widziany w tym świetle, mimo globalizacji — a może nawet z jej powodu — jest faktycznie podzielony. To „królestwo” nie przetrwa, a próby pogodzenia różnic, czy to przez pokój, czy wojnę, skazane są na porażkę. Dlatego koncepcja środka ostatecznego prowadzi decydentów do wojny w płonnej nadziei stworzenia trwałego poczucia jedności — czegoś, o czym chrześcijanie wiedzą, że na tej ziemi jest nieosiągalne.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę współczesny kontekst, żadne wojny i interwencje zbrojne nie są sprawiedliwe. Dlatego chrześcijanie powinni być bardzo ostrożni w odniesieniu do nich. Chrześcijaństwo jest ponadnarodowe, a misja chrześcijan najważniejsza. W świecie zdominowanym przez manipulację i relatywistyczną moralność dla chrześcijan najważniejsze jest trzymać się zasad nauczanych przez Chrystusa. To zaś oznacza pełne miłości podejście do rozwiązywania konfliktów i pomaganie ludziom w ich potrzebach, a nie wzywanie do używania przemocy. Koncepcje wojny sprawiedliwej w żaden sposób nie dają się pogodzić z chrześcijaństwem. Nie są też w stanie dostarczyć żadnych konkretnych rozwiązań światu pogrążonemu w kryzysie.   
Oprac. O.D.

[Opracowano na podstawie: Allison Bryan, „War and Christianity in the contemporary World” [w:] Should I Fight?, red. Barry W. Bussey, Belleville 2011].

1 Mt 11,29. 2 Zob. Mk 6,14-29. 3 Mt 26,52-54. 4 Jk 4,7. 5 Zob. Mt 5,9; Rz 12,16. 6 Zob. Łk 6,27. 7 Zob. Rz 12,21. 8 Mt 28,19. 9 Zob. Pwt 32,35. 10 Łk 20,25. 11 Zob. J 6,14-15. 12 Mk 10,5. 13 Mt 5,48. 14 2 Kor 10,2-5. 15 Zob. Pwt 15,1-11; 23,20. 16 Łk 16,13. 17 J 11,49-50 Biblia ekumeniczna. 18 Mk 3,24.
Znaki Czasu



KŁÓTLIWY JAK POLAK ?

Przyglądając się medialnym relacjom z kampanii wyborczych, posiedzeń sejmu czy zwykłych codziennych batalii jednych polityków z drugimi, urzędników z petentami czy w ogóle Polaków z Polakami, zastanawiamy się, skąd w nas tyle złości, zadziorności, nieustępliwości.
Czy naprawdę trzeba nam wojny, okupacji, nieszczęścia na skalę ogólnonarodową,
 żebyśmy zawarli sami ze sobą pokój lub choćby tylko rozejm? Dlaczego nie potrafimy koegzystować w pokoju? Ciągle tylko kłótnie i kłótnie.

Niestety
tacy jesteśmy

Szczycimy się polskim umiłowaniem wolności i niezależności ducha, ale te piękne cechy w czasach pokoju przeradzają się w warcholstwo, systematyczny bunt (opozycję) przeciwko wszelkiej władzy, nieustające protesty, rozłamy polityczne, brak dyscypliny i prywatę. Przecież znane powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków tam trzy partie, nie wzięło się znikąd. Jesteśmy skrajnymi indywidualistami. Każdy z nas ma inną receptę na życie i pojawiające się problemy. Trudno nam osiągnąć jakąś płaszczyznę porozumienia zarówno w stawianiu sobie wspólnych celów, jak i w sposobach ich wspólnej realizacji.
Gdzieś w tle takich zachowań leży, również dla nas typowa, bezinteresowna zawiść. Melchior Wańkowicz pisał, że w Polsce nawet szewc potrafi zazdrościć kanonikowi, że ten został prałatem; że zawiść to choroba tak w naszym kraju popularna, jak w Afryce mucha tse-tse. „Pisarz wspominał, jak w czasie wojny Anglik zawsze próbował załatwić sprawę, Polak zaś odpowiadał zgryźliwie: »Czegóż się wam zachciało, przecież to wojna«. Zamiast wykazać się chociaż dobrą wolą, od razu przyjmował negatywną postawę i mówił: »Nie ma tak dobrze« albo »Boby każdy tak chciał«. W ten sposób manifestuje się — zdaniem Wańkowicza — tkwiąca w Polakach »nieuczynność i wrogość do drugiego człowieka«”1.
Złośliwość i kłótliwość naszej nacji wspominał również, już przed pięciuset laty, Jan Długosz w swoich Rocznikach czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego, twierdząc, że „jeśli różne narody odznaczają się rozmaitymi przymiotami, jak i wadami, to naród Polaków jest uważany za skłonniejszy do zazdrości i potwarzy jak do czego innego”2. O szlachcie pisał, że nie dotrzymuje przyrzeczeń, jest ciężka dla poddanych i ludzi niższego stanu. O ludzie wiejskim zaś — że jest skłonny m.in. do pijaństwa, kłótni, wyzwisk, chciwości i złośliwości oraz że niełatwo jest znaleźć inny naród „tak skalany rodzinnymi zabójstwami i okaleczeniami”3.
Polska szlachta znana była z pieniactwa, czyli zamiłowania do prowadzenia sporów sądowych nawet z błahych powodów. Szlachta zniknęła, ale choroba pieniactwa nam pozostała. Osią bodaj najsłynniejszej polskiej komedii pt. Sami swoi jest zadawniony spór Kargula z Pawlakiem o miedzę, a właściwie o pas miedzy szerokości... trzech palców. Śmiejemy się z tego do łez, choć tak naprawdę śmiejemy się z siebie.
Choć to wątpliwe pocieszenie, kłótliwość to przypadłość nie tylko Polaków. Można by tu próbować poszukiwać i innych nacji z podobnymi skłonnościami, i pewnie kilka byśmy znaleźli, ale kłótliwość, konfliktowość jest generalną cechą ludzkiej (grzesznej) natury. Dowody tego znajdujemy już w Piśmie Świętym. Dla apostoła Pawła ludzie z natury, z urodzenia są „dziećmi gniewu”, ludźmi „opornego ducha”4, żyjącymi w złości i zazdrości, nienawidzącymi się nawzajem. W Chrystusie, w efekcie nawrócenia się, mają szansę stać się inni, choć grzeszna natura tak łatwo nie ustępuje i nawet nawróconych chrześcijan ten i inni apostołowie jeszcze po wielokroć muszą napominać. „Skąd spory i skąd walki między wami?” — pytają6Piszą o ludziach chorych na „wszczynanie sporów i spieranie się o słowa”7. I ostrzegają, że ci, którzy tak się zachowują, „Królestwa Bożego nie odziedziczą”8, czyli nie będą zbawieni.

Natura konfliktu

Nauka definiuje konflikt jako integralny element życia społecznego wynikający ze ścierania się poglądów, interesów lub zachowań; jako konsekwencję różnic między ludźmi; różnych, często wykluczających się celów, które sobie stawiają9.
O co się najczęściej kłócimy? Z czego się to bierze? Od czego zaczyna? Pomijając przyczynę pierwotną, którą z chrześcijańskiego punktu widzenia jest nasze grzeszne, wybujałe ego, konflikt może mieć kilka bardzo rożnych źródeł. Może się pojawić na tle różnych informacji o dzielącym strony problemie. Mogą być różne, bo albo niektóre są błędne, albo niepełne, albo nawet prawdziwe i pełne, a inaczej przez strony interpretowane. Mamy wtedy do czynienia z konfliktem danych. Innym źródłem konfliktu może być irracjonalne odczuwanie do kogoś antypatii. Ktoś nie lubi na przykład rudych, bo kieruje się krzywdzącym stereotypem, że „rude to wredne”. Podobnie niektórzy traktują abstynentów, bo ten, kto nie pije, pewnie donosi. To jest konflikt relacji. Gdy źródłem sporu jest współzawodnictwo o określone dobra lub odmienne potrzeby stron i gdy jedna strona chce zaspokoić swoje potrzeby kosztem drugiej, wtedy mamy do czynienia z konfliktem interesów. W polityce (ale nie tylko) często dochodzi do konfliktu wartości, który jest efektem kierowania się przez ludzi odmiennymi systemami wartości i światopoglądami. Jednak pojawia się dopiero wtedy, gdy jedni próbują narzucać swoje poglądy innym i nie tolerują innego punktu widzenia. Czasami źródłem konfliktu może być ograniczona możliwość realizacji potrzeb wszystkich stron zaangażowanych w daną sytuację. Nie musi to wynikać z czyjejkolwiek złej woli, ale mieć źródło zewnętrzne, niezależne (obiektywne), na które strony nie mają wpływu. Na przykład firma z powodu kolejnej fali kryzysu może mieć mniej pieniędzy, mniej sprzętu, będzie musiała zwolnić część pracowników. Wszystko to może być źródłem wewnętrznych konfliktów między jej działami lub pojedynczymi pracownikami. Jednak uświadomienie sobie zewnętrznego charakteru źródła konfliktu może mieć wpływ na jego pozytywne rozwiązanie. Taki konflikt określa się mianem konfliktu strukturalnego1.
Każdy konflikt przechodzi przez różne fazy. Zanim się ujawni, zwykle jakiś czas pozostaje w fazie ukrytej — strony już go dostrzegają, pojawiają się symptomy niezgodności celów i interesów stron, ale nie podejmują one jeszcze żadnych działań. Konflikt ujawnia się, gdy strony zaczynają głośno nazywać istniejące sprzeczności i formułować swoje oczekiwania. Potem zwykle następuje powiększanie obszaru konfliktu i polaryzacja stanowisk, co wynika ze skrajnego subiektywizmu stron, jednowymiarowego i negatywnego postrzegania drugiej strony, braku dobrej woli i chęci zrozumienia oponenta, którego niemal każdy gest jest odczytywany negatywnie. Dochodzi do odmawiania spełnienia jakichkolwiek żądań oponenta. W końcu strony zrywają kontakty. Kolejnym po izolacji etapem konfliktu jest destrukcja. Na tym etapie wszystkie chwyty są dozwolone. Pierwotne przyczyny konfliktu już się nie liczą. Pojawia się nowy cel — zniszczenie oponenta. Ostatnią fazą jest zmęczenie i zniechęcenie stron. Wyczerpano już wszystkie środki walki i całą energię. Opadły też negatywne emocje dotąd stronom towarzyszące i napędzające spór. Strony zaczęły spostrzegać poniesione w wyniku konfliktu straty. To dobry moment na poszukanie rozwiązania sporu
Przebieg w dużej mierze zależy od postawy i nastawienia stron. Jeśli ktoś jest przekonany, że konflikt jest destrukcyjny i niszczy relacje osobowe, to zapewne taki się okaże. Taka osoba będzie chciała za wszelką cenę uniknąć konfliktu lub jak najszybciej go zakończyć. Gdy pojawi się sprzeczność interesów, będzie gotowa na wszelkie ustępstwa. Druga strona, wiedząc o tym, może to wykorzystać przez nakłonienie takiej osoby do niekorzystnych dla niej, niesatysfakcjonujących jej ustępstw. W efekcie osoba ta wyjdzie z konfliktu z poczuciem krzywdy, co tylko wzmocni jej pierwotne przekonanie, że każdy konflikt jest destrukcyjny i niszczy relacje międzyludzkie. Tymczasem to nie sam konflikt jest nieprzyjemny i niszczący, to nie on jest źródłem nieporozumień i walki, a niewłaściwe sposoby jego rozwiązywania.
Konflikty nie zawsze muszą prowadzić do negatywnych skutków. Mogą mieć też wymiar pozytywny. Konflikt zidentyfikowany i rozwiązany może w jakiejś grupie, organizacji czy firmie pozwolić na znalezienie nowych lepszych rozwiązań, naprawić i wyeliminować na przyszłość błędy, które doprowadziły do konfliktu
W następnym numerze m.in. o zjawisku eskalacji konfliktu i sposobach radzenia sobie z nim.        
Andrzej Siciński


1 Edmund Lewandowski, Charakter narodowy Polaków i innych, Warszawa 2008, s. 210.
2
 Tamże, s. 210-211. 3 Tamże, s. 211. 4 Ef 2,1-3. 5 Zob. Tt 3,3. 6 Jk 4,1. 7 1 Tm 6,4. 8 Ga 5,21. 9 Zob. Ewa Gmurzyńska, Mediacje i rozwiązywanie konfliktów w pracy, s. 52.
10
 Zob. tamże, s. 57-58. 11 Zob. tamże, s. 54-56. 12 Zob. tamże, s. 59-61. 13 Zob. Maciej Bobrowicz, Mediacje. Teoria i praktyka, s. 45.
Znaki Czasu