wtorek, 13 grudnia 2011

BÓG W TRÓJCY


1. Jedyność i Trójosobowość Boga
Objawiona przez Chrystusa prawda, która pozwala nam poznać wewnętrzne życie Boga jest prawdą o Trójcy św. Tradycyjna teologia uważa tę prawdę jako tajemnice absolutnie niemożliwą do zgłębienia. Owa niemożliwość zrozumienia Trójcy świętej wynika nie tyle z samej natury wewnętrznego życia Boga, ile raczej z filozoficzno-teologicznego założenia o duchowej naturze Boga. Bowiem jest niemożliwością w bycie duchowym, absolutnie pojedynczym, a więc konsekwentnie niezłożonym, rozróżnić jakąkolwiek wielość. Bowiem jeśli w jednej naturze Boskiej istnieją trzy Osoby, to siłą faktu owa natura musi się w jakiś sposób dzielić. Tymczasem o żadnym podziale w bycie absolutnie pojedynczym nie może być nowy. Dlatego też odnośnie Trójcy św. musiano poprzestać na przyjęciu tajemnicy całkowicie niedostępnej dla ludzkiego umysłu.
Przyjmując jednak materialność Bożej natury, a więc konsekwentnie również jej wieloraką złożoność, możemy bez większych trudności wyjaśnić jak w Bogu godzi się wielość z jednością.
U  podstaw  prawdy  o  Trójcy świętej istnieje stwierdzenie, że: jest jeden Bóg.
Jedyność Boga nie jest jednak taka sama, jak np. jedyność pojedynczego człowieka. Mówiąc o człowieku jako jednostce, mówimy o jedności jego osoby.  O Bogu nie można traktować jako o jednej osobie, ponieważ Bóg stanowi wielość osób . Cała tajemnica Trójcy świętej zasadza się właśnie na pogodzeniu tej wielości z jednością, co wydaje się niemożliwe, ponieważ powszechnie wiadomo, że jedność i wielość – to pojęcia wykluczające się wzajemnie.
Bóg jest jeden, ale Bóg nie jest jednostką. Bóg stanowi specyficzną instytucję Boską. O Bogu można mówić, że jest jeden w ten sposób jak mówi się  o jednej, jedynej instytucji Bóg jako Boska instytucja jest jeden. Mówimy, że Bóg jest „specyficzną” instytucją, ponieważ odpowiednika tak „zorganizowanej instytucji” nie znajdujemy  w  świecie  stworzonym. Bóg  jest   najdoskonalszym   modelem instytucji, przypadkiem jedynym  i niepowtarzalnym. Można powiedzieć, że Bóg stanowi najdoskonalszą społeczność. Jest to kolektyw trzech osób wiekuistych i pod każdym względem sobie równym.  Są to  jednak   trzy fizycznie  odrębne OSOBY. Podkreślenie: „fizycznie odrębne” ma tu wyrażać prawdę, że Osoby Boskie są cielesne.
Mówiąc o cielesności Osób Boskich stwierdzam, że są one materialne, nie można jednak sądzić, że cielesność ta jest cielesnością typu ziemskiego, a więc niedoskonała, organicznie złożona, podległa rozkładowi i zniszczeniu. Taką bowiem cielesność mamy zawsze na myśli, kiedy mówimy o cielesności jako takiej. Tymczasem pojęcie to jest bardzo szerokie i obejmuje również cielesność niezniszczalną, czyli nieśmiertelną, jaka jest udziałem istot niebieskich (Aniołów) oraz tę najbardziej doskonałą cielesność, której podłożem jest niestworzona, dynamiczna super materia, nie mająca początku ani końca.
Bóg stanowi najdoskonalszy kolektyw. Nie jest to jednak taki kolektyw, jak np. kolektyw złożony z trzech ludzi. W Bogu nie ma różnic, jakie istnieją między poszczególnymi osobami w kolektywie ludzkim.
Między poszczególnymi Osobami Boskimi istnieje tylko ta różnica fizyczna, polegająca na tym, że jedna osoba nie jest drugą, nie ma natomiast innych różnic fizycznych a tym bardziej – psychicznych.
Trzy odrębne fizycznie Osoby Boskie mają identyczną Boską naturę, która je wszystkie przenika; mają ponadto „jeden umysł” i „jedną wolę”.
Jedność Boskiego umysłu polega na tym, że wszystkie trzy Osoby Boskie mają absolutną znajomość prawdy.
Jedna Osoba nie może wiedzieć więcej niż druga, ani też żadna z nich nie może wiedzieć czegoś innego niż pozostałe. Stąd Osoby Boskie nie mogą się różnić      w poznaniu i rozumieniu. Każda z nich myśli jedno i to samo. Mówimy więc, że trzy Osoby Boskie mają jeden umysł. Osoby Boskie mają jedną wolę. Oznacza to, że podłoże tej woli jest wspólne dla trzech Osób Boskich.
Wole poszczególnych Osób są tak ze sobą zharmonizowane, że jedna Osoba nie może chcieć czegoś innego niż pozostałe. Jedność woli Osób Boskich jest wynikiem jednolitości poznania. Ponieważ wszystkie Osoby Boskie mają absolutną znajomość prawdy, dlatego znają najdoskonalsze rozwiązania i w każdej rzeczy widzą samą jej istotę. Dlatego wszystkie Osoby Boskie mogą podejmować tylko najdoskonalsze rozwiązania. Sprawia to, że nie może jedna Osoba chcieć tego, druga tamtego. U ludzi, różnica pragnień jest wynikiem niedoskonałości ich poznania. Poszczególni ludzie widzą daną rzecz pod różnymi aspektami, stąd też różnorodne są ich pragnienia. Różnorodność punktów widzenia wynika z niedoskonałości ludzkiego poznania. To właśnie niedoskonałość poznania sprawia, że na tę samą rzecz patrzymy w różny sposób i wywołuje to w naszej woli różne reakcje. W Bogu tak nie jest. Wprawdzie każda z Osób Boskich myśli samodzielnie   i niezależnie od innych, lecz każda zna myśl każdej, gdyż „czyta” je w swoim umyśle, stąd jedna Osoba nie może chcieć czegoś innego niż druga, ponieważ u wszystkich istnieje absolutna znajomość istoty danej rzeczy, a istota może być tylko jedna. Tylko bowiem możliwość błędu powoduje różnice w myśleniu ludzi. Gdyby np. trzech ludzi posiadało identyczny rozwój umysłowy, tzn. znaliby najlepsze rozwiązania i swoje myśli, to wówczas wszyscy trzej myśleliby to samo i pragnęliby tego samego. Bóg pragnie najwyższego dobra, zaś najwyższe dobro może być tylko jedno. Chrystus myślał to samo, co Ojciec, i pragnął tego samego, mimo że ich fizyczne osoby były przestrzennie oddalone od siebie; a Duch Święty nauczał Apostołów tego samego, co Chrystus.
Czynnikiem sprawiającym, że trzy Osoby Boskie stanowią jednego Boga, jest przede wszystkim jedność Bożej natury. Trzy Osoby Boskie mają jedną i tę samą naturę Boską.
Wszystkie Osoby stanowią najbardziej rozumną, wiekuistą super materię, będącą absolutną inteligencją.
Trzech ludzi ma również jedną i tę samą naturę ludzką, ale nie ma identycznej natury, gdyż natura ludzka w każdej z tych trzech osób jest zindywidualizowana, czyli ukształtowana w nieco odmienny sposób na skutek różnic fizycznych, a przede wszystkim – psychicznych, jakie zachodzą między tymi osobami.
Trzy Osoby Boskie mają identyczną naturę, ponieważ nie ma między nimi żadnych różnic psychicznych i fizycznych, poza faktem, że jedna Osoba nie jest drugą.
Jednakże najwłaściwsze wytłumaczenie jedności Osób Boskich umożliwia nam prawda, że Bóg składa się z Duszy i Ciała, zindywidualizowanego w trzech Osobach Boskich. Trzy różne fizycznie Boskie Osoby posiadają jedną wspólną duszę. I właśnie przez tę jedną wspólną duszę stanowią jednego Boga.
Boska Dusza bowiem jako wyznacznik Bożej natury, stanowi o jedności Boga. Natomiast poprzez Ciało, które każda z Osób Boskich ma co do natury identyczne, ale fizycznie – różne, Bóg stanowi trzy fizycznie odrębne Osoby. Można więc mówić o Bogu jako jednej Istocie, ujawniającej się w trzech Osobach. Jedna Osoba Boska nie jest drugą, ale jedna jest w drugiej, reprezentuje wszystkie dzięki jednej, wspólnej duszy, jaką posiadają wszystkie Osoby Boskie w równej mierze. Znaczy to, że każda  z Osób Boskich posiada całą duszę. Można więc mówić, że Dusza Ojca jest Duszą Syna i Duszą Ducha Świętego. Ale Ciało Ojca nie jest Ciałem Syna czy Ciałem Ducha Świętego, gdyż każda z Osób Boskich posiada swoje, indywidualne Ciało, choć Ciała te są identycznej, Boskiej i cielesnej natury, tzn. ich wewnętrzna struktura jest taka sama. Wspólna DUSZA Osób Boskich sprawia, że kontaktując się z jedną Osobą, kontaktujemy się z pozostałymi Osobami. Dlatego Chrystus mówi: „kto widzi mnie, widzi i mego Ojca”. /J 14,10/.
Wewnętrzne życie Boże jest niezmiernie bogate. Człowiek nie może w sobie podziwiać, kochać, wysławiać drugiej osoby. Osoby Boskie mogą się wzajemnie podziwiać, uwielbiać i kochać.
Owa miłość Osób Boskich ku sobie jest drugim czynnikiem zespalającym je wewnętrznie w doskonałą jedność. Osoby Boskie uwielbiają się wzajemnie i okazują nawzajem sobie cześć. Chrystus oznajmia ludziom i wysławia Ojca, a Ojciec wysławia i oznajmia Syna. Chrystus oznajmia ludziom Ducha Świętego   a Duch Święty daje świadectwo o Chrystusie.
Poznanie zewnętrznej fizys Osób Boskich udostępnia nam Osoba Syna Bożego Jezusa Chrystusa w stanie uwielbionym, to jest taka, jaką przekazali nam naoczni świadkowie zjawień Jezusa zmartwychwstałego. Chrystus uwielbiony ma ten sam ludzki kształt ciała, choć nie jest to już takie samo ciało ludzkie, jakie miał przed zmartwychwstaniem. Jest to ciało niebieskie, uwielbione. Terminu tego użył św. Paweł, gdy mówił, że: „są ciała ziemskie  i ciała niebieskie” /1Kor 15,40/.
Ciało to posiada też nowe właściwości: niezniszczalność, przenikliwość, zdolność błyskawicznego przemieszczania się z miejsca na miejsce i stawania się niewidzialnym dla ludzkiego wzroku. Mimo to ciało niebieskie zachowuje pewne właściwości ziemskie jak np. rozciągłość.
Takie same ciała jakie ma Chrystus zmartwychwstały muszą mieć pozostałe dwie Osoby Boskie: Bóg Ojciec i Duch Święty. Wynika to z równości Osób Boskich co do natury, a w skład tego, co określamy mianem „natury” jako jej nieodzowny element wchodzi również ciało.
2. Teofanie Trójcy Świętej
Osoba Boga Ojca ujawnia się widzialnie w prorockich teofaniach, ale nie tylko. Występuje ona bardzo wyraziste w momencie składania wizyt  Abrahamowi.  Tajemniczą wizytę Boga u Abrahama w Mamre tłumaczono w rozmaity sposób. Jedni teologowie uważają, że na pewno jeden z Mężów odwiedzających Abrahama to Osoba Boga Ojca, zaś dwie pozostałe – to towarzyszący Bogu Aniołowie. Inni egzegeci dopatrują się w tym opisie jedynie trzech Aniołów, których Abraham bierze za samego Boga, zgodnie  z przeświadczeniem Izraelitów, że widzenie Anioła – to widzenie samego Boga. Ale tak przeżywali to późniejsi potomkowie Abrahama. Trudno dowieść, że już sam Abraham podziela to przeświadczenie. Abraham jest pierwszym monoteistą  w owych czasach. Jego ojciec Tare był jeszcze poganinem. Teologia Abrahama jest nadzwyczaj prosta, wręcz naturalistyczna. Abraham w nawiedzających go trzech Mężach rozpoznaje Boga i nie ma żadnych wątpliwości, co do tego, że nawiedza go sam Bóg. Świadczy o tym wyraźnie cały dalszy kontekst, zwłaszcza targ z Bogiem o Sodomę. Również autor natchniony podziela to zdanie. Są i tacy egzegeci, którzy w tych trzech Osobach, nawiedzających Abrahama widzą teofanię Trójcy św. Byłoby to unikalne świadectwo objawienia się Trójcy św. w Starym Testamencie. Ta ostatnia opinia wydaje się być najbardziej prawdopodobną. Przemawiają za nią następujące przesłanki. Abraham zwraca się do tych trzech Mężów jako do jednej osoby i jako do trzech osób. Owi Mężowie przemawiają jednocześnie – wszyscy razem, co świadczy wyraźnie, że mają jeden umysł. Inaczej bowiem nie da się zrozumieć, by trzy osoby mówiły jednocześnie to samo. Wiemy zaś, że tylko Osoby Boskie mają ową jednolitość myśli. Aniołowie, którzy pod wieczór przybywają do Sodomy, to są zupełnie inne osoby. Autor określa przybyłych do Abrahama mianem Jahwe, albo „Mężowie”, natomiast dwóch przybywających pod wieczór do Sodomy posłańców wyraźnie nazywa Aniołami. Tamci Trzej przychodzą  w samo południe, natomiast dwaj posłańcy zjawiają się  w Sodomie pod wieczór. Są więc to zupełnie inne osoby.
Postać Boga Ojca jest taka sama jak postać Syna Bożego Jezusa Chrystusa. Chrystus posiada ludzkie, śmiertelne ciało tylko do momentu zmartwychwstania. W chwili zmartwychwstania – jak to  wykażę powyżej – Jezus przyjmuje „ciało niebieskie” czyli – uwielbione. Należy jednak to ciało uwielbione Jezusa uważać nadal za ciało ludzkie ponieważ takie same ciała będą posiadać ludzie zmartwychwstali. Jest to już jednak Boskie Ciało. Na tym polega udział człowieka w Bożej naturze, że posiadał on będzie boskie ciało, podobne do tego, jakie mają Osoby Boskie. Ludzie nie będą się różnić od Osób Boskich pod względem formy fizycznego ciała. Zasadnicza różnica będzie polegała jedynie na potencjalne energii psychicznej, który u Osób Boskich jest nieograniczony i to właśnie stanowi o przepaści ontologicznej jaka istnieć będzie miedzy uwielbionym człowiekiem,    a Bogiem. Przepaść owa zaznaczy się również pod względem umysłu, świętości     i innych przymiotów, które człowiek ma zaledwie w zalążku, zaś w Bogu są one nieograniczone. Aby jednak ukazać całą postać Osób Boskich, trzeba do Osoby zmartwychwstałego Jezusa dodać owo jasne jak słońce oblicze, pełne piękna i chwały, jakie ukazał On trzem Apostołom na górze Przemienienia.
O Duchu Świętym mówi św. Łukasz, że ukazał się On w cielesnej postaci  jako gołębica. Przyrównanie do gołębicy nie musi wcale oznaczać, że Duch Święty ukazał się właśnie w takiej postaci skrzydlatego ptaka, jak to przedstawiają powszechnie malarze i jak uczy się w katechizacji. Chodzi tu raczej o ukazanie sposobu zstąpienia Ducha Świętego na wychodzącego z wód Jordanu Jezusa. Duch Święty ukazał się w cielesnej postaci, która tak, jak gołębica, czyli jak ptak spoczęła nad Jezusem. Mógł to być jedynie blask towarzyszący obecności Osoby Ducha Świętego, sama zaś Jego Osoba była niewidoczna lub zarysowana niedokładnie, ukrywająca się niejako w tym blasku.
Ewangeliści nie mówią jaka to była postać odnośnie jej kształtu, podkreślają jedynie cielesność, czyli materialność tej postaci, czemu właśnie służy obraz „gołębicy”. W czasie zstąpienia Ducha Świętego w dzień Pięćdziesiątnicy nie ma mowy o gołębiu lecz o ogniu. Ogień jest zewnętrznym obrazem owego żaru Bożego, jaki rozpalał Apostołów na skutek działania Ducha Świętego. Ogień bowiem rozgrzewa, oświeca, oczyszcza i przetapia, czyli przemienia. Są to typowe właściwości działania Trzeciej Osoby Boskiej. Osoba Ducha Świętego w teofanii nad Jordanem była niewidoczna lub tylko z lekka zarysowana, podobnie jak niewidoczna była Osoba Boga Ojca, a słyszalny był tylko Jego głos. Sceneria objawienia się Trójcy św. nad Jordanem, gdzie Jan Chrzciciel ujrzał „otwierające się niebo” była niewyrażalna i dlatego autorzy ewangelii posługują się podobieństwami: „niebo otwarte”, „gołębica”. Są to więc tylko obrazy, którymi chcą odmalować scenę teofanii nad Jordanem.
Postać, jaką mają Osoby Boskie, Bóg przeniósł na wszystkie stworzenia rozumne, tj. aniołów i ludzi stwarzając je według swego osobowego wzorca. Są to więc tzn.: istoty bogupodobne. Wszystkie Osoby Boskie mają taką samą postać jaką ma Jezus od chwili swego zmartwychwstania. Tego domaga się jedność natury Osób Boskich, na to też mamy dość wyraźne potwierdzenie w objawieniu Bożym.
Nawiedzenie Abrahama przez trzy Osoby Boskie jest jedyną teofanią Trójcy św.  w dziejach Starego Przymierza.
Nowy Testament dostarcza nam dwóch i to coraz bardziej wyrazistych teofanii. Jedna, o której już była mowa, miała miejsce nad Jordanem z okazji Chrztu Chrystusa. Nastąpiło tu niejako „otwarcie się nieba”, czyli uchylenie na moment owej szczelnej kurtyny, która oddziela nasz świat doczesny od świata wieczności. Dzięki temu ten drugi świat, a właściwie owa głębsza część kosmosu, jest dla nas niewidzialny. Teofania Trójcy św. jest pod względem plastycznym bardzo niewyraźna. Plastycznie jest tu ukazana jedynie Osoba Syna Bożego Jezusa Chrystusa w ludzkim ciele. Natomiast mniej wyraźnie zaznacza się Osoba Ducha Świętego, choć również, jak zaznacza to Ewangelista Łukasz, występuje ona w „cielesnej postaci” /Łk 3,21-22/. Nie jest jednak ściśle określona jej postać, a raczej symbolicznie „jako gołębica”. Synoptycy posłużyli się tutaj symbolem gołębicy jako ptaka najbardziej szlachetnego, wspominanego już w opisie potopu jako zwiastuna pokoju między Bogiem a ludźmi. Gołąb był świętym ptakiem bogini Isztar, Aszterte i Afrodyty. Uważano go także za symbol duszy ludzkiej. Duch Święty unosił się nad Jezusem, tak, jak Duch Boży unosił się w praprawiekach nad wodami /Rdz 1,2/. Natomiast Osoba Boga Ojca nie uwidoczniła się w ogóle, lecz słychać było jedynie Jej głos.
Istnieje ponadto dotychczas nie rozszyfrowana, wizualnie pełna teofania Trójcy św. na kartach Nowego Przymierza. Jest nią mianowicie dość tajemniczo nakreślone przez Synoptyków zjawisko przemieniania się Chrystusa w Galilei na górze.
Chrystus wybiera tylko trzech Apostołów, tych samych, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira. Już zastanawiająca jest owa liczba trzech. Czy miałoby to stanowić symboliczne pendante do innej Trójcy? Na górze Jezus według relacji Łukasza modlił się. W czasie modlitwy zmienia się wygląd Jego Oblicza i szat, które stają się białe i jaśniejące. Uczniowie zasnęli już w czasie modlitwy Jezusa. Musiała ona trwać dość długo, skoro zdołali wszyscy zasnąć. Kiedy się budzą, widzą Jezusa przemienionego i dwóch Mężów, którzy z nim rozmawiają. Apostołów przejmuje lęk, uczucie, które zawsze towarzyszy człowiekowi przy zetknięciu się ze zjawiskiem nadprzyrodzonym. Ewangelista Łukasz podaje nawet temat rozmowy: „Mówili o Jego odejściu, którego dokonać miał w Jerozolimie” /Łk 9,1/. Na owo nadzwyczajne wydarzenie zareagował jak zawsze – impulsywny Piotr: „Nauczycielu, dobrze nam tutaj! Rozbijemy trzy namioty: Dla Ciebie jeden, dla Mojżesza jeden i jeden dla Eliasza”. W czasie, kiedy wypowiadał te słowa, rozmawiających ze sobą Mężów począł osłaniać jasny obłok. Zaś kiedy całkowicie ich osłonił lub gdy weń weszli – gdyż są tu dwie owe wersje – usłyszeli Apostołowie dochodzący z obłoku głos który mówił: „To jest Syn mój miły, Jego słuchajcie” Ten głos z obłoku przejął uczniów tak wielką trwogą, że upadli na twarze i nic więcej nie widzieli. Ze spowodowanego silnym szokiem odrętwienia ocuciły ich uspokajające słowa Jezusa: „Wstańcie i nie lękajcie się”. „A podniósłszy oczy swe nikogo nie widzieli tylko samego Jezusa./ Mt 17,8/
Opowiadanie to kryje w sobie wiele niejasności, które postaram się   rozświetlić.
Przebudzony ze snu Piotr, błyskawicznie stwierdza, że rozmawiający z Jezusem tajemniczy mężowie – to Mojżesz i Eliasz. Skąd mógł to wiedzieć, skoro nigdy Mojżesza i Eliasza nie widział, ani nie mógł znać żadnej ich podobizny? Z tego, że dwaj Ewangeliści: Marek i Łukasz stwierdzają, że Piotr nie był świadom tego, co mówi, wynika, że przemawiał w natchnieniu,  a więc imiona tych dwóch Mężów zostały mu objawione. Bo źródłem informacji o tym, że Mężowie ci to Mojżesz i Eliasz, jest właśnie natchniona wypowiedź Piotra. I na tej podstawie przekazują to Synoptycy, nie mając żadnej wątpliwości, co do faktu, że Mężami tymi są Mojżesz i Eliasz. Czy jednak naprawdę jest to tak pewne? Bardzo wiele wskazuje na to, że pod tymi objawionymi Piotrowi imionami, kryją się zupełnie inne, niewspółmierne wyższe od Mojżesza i Eliasza – Osoby, które wespół z Jezusem tworzą Najświętszą Trójcę. Czyż bowiem rzeczywiście nie mamy tu do czynienia z teofanią trzech Osób Boskich? Czy Mężowie ci, których Piotr bierze mylnie za Mojżesza i Eliasza, nie są w rzeczywistości dwoma Osobami Boskimi: Ojcem i Duchem Świętym?
Postaram się dowieść, że tak jest rzeczywiście.
Trzeba najpierw odpowiedzieć na pytanie – dlaczego Piotr został wprowadzony celowo w błąd poprzez mylne natchnienie? Obie Osoby Boskie kryją swoje incognito pod imionami dwóch wielkich mężów ze Starego Testamentu. Jest to zrozumiałe. Apostołowie nie byli jeszcze wówczas przed wylaniem na nich Ducha Świętego, w stanie pojąć wielkiej prawdy Trójcy św. Dlatego na tym etapie Chrystus nie może im jeszcze tak wyraziście tej prawdy ukazać. Ukazuje więc ją pod osłoną, którą kiedyś uda się teologom uchylić, ukazując całą prawdę. Obecnie jest na to jeszcze za wcześnie. Piotr więc celowo został wprowadzony w błąd, odnośnie tożsamości objawiających się Osób. Dlaczego jednak natchnienie nie podpowiada Piotrowi, że są to po prostu Mężowie, tak jak w Księdze Rodzaju nazwano Osoby Boskie odwiedzające Abrahama? Taka interpretacja owego faktu w ustach Piotra spowodowałaby niewątpliwie liczne pytania skierowane do Jezusa przez trzech świadków o tożsamości owych osób. Postawiłoby to Jezusa w trudnej sytuacji wyjaśnienia Apostołom czegoś, czego zrozumieć jeszcze nie mogli lub udzielania wypowiedzi wymijających, jak to zresztą Jezus już niejednokrotnie czynił.
Nie chcąc odpowiedzieć Faryzeuszom na pytanie: jaką władzą czyni znaki, uwarunkowuje swą odpowiedź od odpowiedzi na pytanie, jakie im z kolei stawia, wiedząc, że nie będą mu mogli na nie odpowiedzieć. Podobnie postępuje, kiedy Herodianie pytają Go o podatki, jak również uczniom, gdy pytają o stan chorego Łazarza. Jednakże to wydarzenie jest zbyt poważne, by uciekać się do wymijających odpowiedzi, które i tak pozostawiłyby szereg wątpliwości. Najlepsze wyjście z sytuacji, to z góry wykluczyć takie pytania, podając Piotrowi mylącą myśl, że osobami tymi są Mojżesz i Eliasz.
W Piśmie św. mamy przykład na to, że jedna osoba występuje pod imieniem drugiej, a mianowicie – kiedy Jezus nazywa Jana Chrzciciela Eliaszem, który przyszedł. Czy jednak można kogoś celowo wprowadzać w błąd, by przez to osiągnąć większe dobro? Chrystus tak czyni, mówiąc o córce Jaira „Nie umarła dzieweczka, ale śpi” lub do Apostołów: „Nasz przyjaciel Łazarz śpi”, choć dobrze wie, że osoby te umarły. Nasuwa się tu następna wątpliwość. Jaki cel miałoby pojawienie się w tej sytuacji dwóch ludzi, z których przynajmniej o jednym – Mojżeszu wiadomo, że  umarł. Wielu zaś egzegetów skłania się ku opinii, że również Eliasz umarł, a całą scenę odejścia  Eliasza z /2 Krl 2,11/ tłumaczą jako alegorię przeniesienia jego ognistego ducha na Elizeusza, jak również przeświadczeniem jego wielbicieli jakoby mąż płomiennego ducha nie mógł podzielić losu innych śmiertelników. Nigdy też w Piśmie św. Bóg nie posługuje się zmarłymi, by przekazać jakąś wieść żywym. Chrystus nawet taką ewentualność wyraźnie wyklucza /Łk 16,30-31/. Misję taką Bóg zawsze powierza Aniołom, których właśnie z tej racji nazwano Bożymi posłańcami. Na potwierdzenie mesjańskiego posłannictwa Jezusa Bóg dysponuje znacznie lepszymi argumentami, np. głosem samego Niebiańskiego Ojca. Również temat rozmowy   o „odejściu Jezusa” tj. o Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wstąpieniu do nieba, jest nazbyt poważny, by omawiać go nawet z bardzo czcigodnymi ludźmi. Temat ten wymaga interlokutorów najwyższej rangi, którzy zdolni są podejmować wiążące decyzje w sprawach najwyższej wagi dla ludzkości. Afirmacja mesjańskiego posłannictwa Jezusa ma tylko wówczas właściwy sens, jeśli dokonuje jej najwyższy autorytet św. Trójcy, która ukazuje się na początku działalności Chrystusa nad Jordanem, jak również u jej schyłku na górze Tabor.
Ze słów Piotra wynika, że dwie Osoby ukazują się tak samo w chwale, jak Jezus, gdyż swym zewnętrznym wyglądem nie ustępują w niczym Jezusowi. Mają takie same postacie jak Chrystus, który przyjmuje blask swojej Boskiej postaci, natomiast zwyczajni ludzie jakimi byli Mojżesz i Eliasz, mogliby wyglądać podobnie, gdyby już byli w swych chwalebnych ciałach, tzn. doznali przemienienia i zmartwychwstania przed ogólnym zmartwychwstaniem w dniu ostatecznym, czego tylko w drodze najwyższego przywileju doznała jako jedyna   z ludzi Najświętsza Maryja Panna.
W porywie entuzjazmu i olśnienia Piotr chce zbudować dla każdej z trzech Osób osobny namiot, co oznacza, że obie te Osoby traktuje na równi z Jezusem. Piotr niejako instynktownie wyczuwa obecność Bożą i dlatego wyraża gotowość zbudowania dla Chrystusa i Osób Mu towarzyszących takiego przybytku, jaki był mieszkaniem Jahwe w czasie wędrówki przez półwysep Synaj. Autor komentarza do Mr 9,1 w Biblii Poznańskiej podaje fakt, że Piotr wyznaje gotowość pobudowania przybytku, czyli świątyni, przez co wyraża wiarę w Jezusa jako Boga; nie zastanawia się jednak nad tym, dlaczego identyczne przybytki chce postawić Mojżeszowi i Eliaszowi, którzy byli wprawdzie bardzo świętymi, niemniej jednak – zwykłymi ludźmi. Dlaczego więc Piotr równa ich tutaj z Jezusem? Zapewne dlatego, że występują oni w takiej samej chwale jak Jezus, to znaczy w jasności szat i blasku oblicza, co potwierdza zdanie: „Przybyli w chwale” /Łk 9,31/. A więc w natchnieniu Piotr również uważa ich za Osoby Boskie. Gdyby bowiem Piotr powiedział: „Uczynię tu przybytek” oznaczałoby to, że Piotr ma na myśli tylko Jezusa, jednakże Apostoł podkreśla gotowość zbudowania takich przybytków dla każdej z trzech Osób, co znaczy, że  traktuje je na równi. Trzeba pamiętać, że Piotr nie mówi od siebie, ale przemawia w natchnieniu czyli prorokuje. W tej sytuacji jego wypowiedź ma szczególne znaczenie.
Dlaczego prorocze natchnienie, jakiemu podlega Piotr, podaje w tej samej wypowiedzi prawdziwe i mylne informacje, wyjaśniono już wystarczająco zrozumiale.
„Obłok” jest w Starym Przymierzu nieodłącznym znakiem teofanii. Również przy wniebowstąpieniu – unoszącego się ku górze Jezusa zakrywa jasny obłok. Wprawdzie w opisie teofanii nad Jordanem nie ma wzmianki o obłoku, nie oznacza to jednak, że go tam nie było. Tutaj wyraźnie trzy Osoby w chwale zakrywa obłok i one weń wchodzą. Z tegoż obłoku dochodzi glos Boga Ojca, wypowiadającego to samo świadectwo i w identycznych słowach, jak zabrzmiało ono w czasie teofanii nad Jordanem. Głos dochodzący z obłoku świadczy, że w obłoku był Bóg Ojciec.
Przy zejściu z góry Jezus odpowiada uczniom o Eliaszu (nie ma natomiast mowy  o Mojżeszu). W Izraelu dość żywa była tradycja, utrzymująca, że Eliasz przyjdzie przygotować naród na przyjście Mesjasza. Opierało się to przeświadczenie na proroctwie Malachiasza /Mal 3,23-24/ i Syracydesa /Syr 48,9/ oraz na przekonaniu, że nie umarł, ale został zabrany żywy z Ziemi /2 Krl 2,11/. Chrystusowa odpowiedź na to pytanie jest rzeczywiście bardzo enigmatyczna. Najpierw bowiem Jezus stwierdza: „Eliasz przyjdzie i naprawi wszystko” /Mk 9,11/. Zaraz potem jednak mówi „Ale powiadam wam, że Eliasz przyszedł a postąpili z nim, jak chcieli, jak o nim napisano” /Mk 9,13/ odnosząc proroctwo Malachiasza do Jana Chrzciciela. Czyżby więc proroctwo to mówiło zarówno o przyjściu Jana Chrzciciela pod imieniem Eliasza i o przyjściu właściwego Eliasza przy końcu dziejów? Temu drugiemu wnioskowi przeczy jednak Jezusowe zdanie: „– Tak, Eliasz wpierw przyjdzie i naprawi wszystko” /Mk 9,12/. Pojmując nawet tę wypowiedź  w duchu semickiego hiperbolizmu, wydaje się, że nazbyt wiele przypisuje Chrystus działalności Eliasza, o wiele więcej, aniżeli samemu sobie. Czy naprawdę Jezus przypisywałby tak wielki sukces Eliaszowi – normalnemu człowiekowi, choć wielkiemu prorokowi – sukces, którego jako Bóg Człowiek nie mógł sam osiągnąć na ziemi? A może, mówiąc o Eliaszu, Jezus ma na myśli kogoś zupełnie innego? Czyż nie chodzi tu o Osobę Ducha Świętego, która ukrywa się pod imieniem Eliasza? Wówczas jest zrozumiałe zdanie: „Eliasz wpierw przyjdzie i wszystko naprawi”.
Tak więc dochodzimy do wniosku, że scena przemienienia na górze w Galilei jest de facto teofanią Trójcy Świętej, i to – teofanią nadzwyczaj wyrazistą. Imiona Mojżesza i Eliasza – to kryptonimy. Mojżesz jest pośrednikiem Starego Przymierza, reprezentantem i prorokiem Boga Jahwe. Dlatego pod jego imieniem ukrywa się Bóg Ojciec. Imię Eliasz (Eli) jest synonimem imienia Boga. Tym imieniem będzie Chrystus wzywał na krzyżu, w ostatniej minucie swego człowieczego życia Ducha Świętego: „ Eli, Eli lambda sabathani ” zaś obecni tam będą mówić „Eliasza wzywa”. Eliasz jako Ojciec Proroków przez których przemawiał Duch Święty, mąż pełen ognia jest doskonałym pseudonimem dla trzeciej Osoby Boskiej.
Na krótko przed tym wydarzeniem na górze Jezus zapowiada „ukazanie się Królestwa Bożego, które przyjdzie w chwale”. „Zaprawdę powiadam wam: Są wśród obecnych tutaj tacy, którzy nie umrą, aż nie ujrzą Królestwa Bożego przychodzącego ze swą potęgą” /Mr 9,1/. Dla egzegetów wypowiedź ta jest niejasna. Nie ma bowiem racji, by odnosić ją do eschatologicznego przyjścia Chrystusa, gdyż nikt z uczniów tego nie dożyje. Nie stosuje się ona również do zmartwychwstania Jezusa, ponieważ wszyscy uczniowie będą przeżywali zjawienia się chwalebnego Jezusa. Nie ma także żadnego sensu odnosić tej zapowiedzi do roku siedemdziesiątego, gdyż zburzenia Jerozolimy nie można uważać jako ukazania się królestwa Bożego. Chodzi tu więc o teofanię Trójcy Świętej na górze przemienienia. Ci, którzy jeszcze za życia ujrzą królestwo Boże przychodzące w chwale, to świadkowie teofanii – Piotr, Jakub i Jan. Wspominając to wydarzenie, Piotr powie: „Byliśmy naocznymi świadkami Jego wielkości” /2 P,16/
Nie można się dziwić temu, że przez niemal dwa tysiąclecia Kościół nauczający nie zdołał rozszyfrować owego wspaniałego wydarzenia na górze w Galilei. Najpierw dlatego, że było osłonięte podwójną tajemnicą. Incognito dwóch Osób Boskich było rzeczywiście majstersztykiem. Po wtóre, sam Jezus dodatkowo otoczył całe wydarzenie tajemnicą, nie pozwalając Apostołom o nim mówić do czasu Jego zmartwychwstania. Jednakże właściwy powód tkwił w pneumatycznym pojmowaniu Boga. Uznając bowiem Boga jako „czystego ducha”, nie można było w żadnej mierze nawet przypuszczać, że Osoby Boskie są osobami fizycznymi i postać dwóch pozostałych Osób Boskich tj. Boga Ojca i Ducha Świętego jest identyczna z postacią Chrystusa uwielbionego. Dopiero przyjęcie materialności Boga, pozwala nam rozwiązać wiele teologicznych zagadek, które w ujęciu spirytualistycznym były całkowicie niemożliwe do rozwiązania.
3. Chrystusowa taktyka objawiania Trójcy Świętej
Właściwego rozwiązania oczekuje jeszcze problem imion Osób Boskich. Czy imiona Osób Boskich: „Bóg Ojciec”, „Syn Boży” i „Duch Święty” mają swe uzasadnienie w Boskiej Rzeczywistości, czy są po prostu wynikiem stosowanej przez Jezusa metody powolnego objawiania tej tajemnicy uczniom? Nazwy Osób Boskich są jedynie wynikiem sytuacji, jaka zaistniała na skutek wcielenia drugiej Osoby Boskiej.
Wiadomo, że w Starym Testamencie prawda o Trójcy Świętej nie została objawiona w sposób wyraźny, ponieważ objawiona być nie mogła, gdyż Izraelici nie byli przygotowani na jej przyjęcie. Prawdę tę zrozumieliby zapewne opacznie, jako istnienie trzech odrębnych bóstw, do czego nie można było dopuścić.
Nazbyt pośpieszne i wyraziste odsłonięcie przez Jezusa całej prawdy o trójjedynym Bogu, byłoby dla prawowiernych Izraelitów szokiem, co wykorzystaliby niewątpliwie dla oskarżenia Jezusa o bałwochwalstwo. Izraelici bowiem mieli bardzo silnie wpojoną prawdę o jedyności Boga Jahwe. Tak zresztą pouczała ich Tora: „ Słuchaj Izraelu: Jahwe jest Bogiem twoim, Jahwe jedyny”.  Tę jedyność Boga Jahwe wszczepił Narodowi Wybranemu Mojżesz tak dobitnie, że wszelkie odstępstwo od niej stawiało Izraelitę poza nawiasem narodu, pośród niewiernych pogan. Dlatego Jezus, przedstawiając uczniom tajemnicę Trójcy św., musi postępować bardzo powoli i ostrożnie, podług z góry ustalonej strategii.
Jedyny Bóg przebywa w niebie, które nie jest w stanie objąć Jego potęgi. Jezus to przyznaje: Bóg jest w niebie i nazywa go swoim Ojcem. I właśnie na zasadzie stosunku najbliższego pokrewieństwa typu: Ojciec – Syn, będzie starał się bardzo ostrożnie uświadomić słuchaczom swoją tożsamość z Bogiem, który jest w niebie, czemu wyśmienicie służy relacja syna do ojca. Jezus nazywa Boga swoim Ojcem, a jednocześnie siebie nazywa Jego Synem. Ten stosunek na pozór nie ma w sobie nic dziwnego. Przecież „Synami Bożymi” nazywano Aniołów, także bardzo bliskich Bogu ludzi, a więc nazywając się Synem Bożym, Jezus stawia siebie wprawdzie bardzo blisko Boga, ale nie wykracza jeszcze tym określeniem poza granice człowieczeństwa. Ową relację: Syn – Ojciec Jezus będzie coraz bardziej zacieśniał i pogłębiał, dając do zrozumienia, że stosunek ten jest o wiele bardziej ścisły i wyjątkowy, nie taki, jak to ma miejsce w odniesieniu do bardzo świętych ludzi. Jezus więc powoli wprowadza w świadomość swych słuchaczy tożsamość natury Ojca z naturą Syna. Najpierw ostrożnie napomyka, że jest posłany przez Ojca i od Ojca pochodzi. Następnie mówi o jedności swojej woli z wolą Ojca. Wreszcie wskazuje na swoją odwieczność, aby w końcu konkludować: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” /J 10,30/ Tu już wyraźnie rozumieją słuchacze, co Jezus myśli: „Jak Ty, będąc człowiekiem, czynisz siebie Bogiem?” – replikują w odpowiedzi. Wówczas Jezus, gdy usiłują Go przycisnąć do muru, czyni krok wstecz: „Czy               w waszym Prawie nie napisano: Rzekłem: Bogami jesteście?” /J 10,34/ Zaraz jednak, gdy opuszczą kamienie, Jezus czyni krok naprzód. „Przekonacie się, że Ojciec jest we mnie, a ja w Ojcu” /J 10,38/. Zarówno Ojciec jak i Jezus są dawcami życia: „Bo jak Ojciec ma życie w sobie, tak też dał Synowi, aby miał życie   w sobie” /J 5,26/. W ten sposób zarysowują się powoli w Jezusowym nauczaniu kontury dwóch Osób Boskich: Osoba Ojca i Osoba Syna, którym jest On sam. W końcowej fazie swego nauczania, na krótko przed odejściem  z tej ziemi, Jezus poczyna ukazywać coraz wyraźniej trzecią Osobę Boską. Dlaczego nadaje jej miano Ducha Świętego? Słowo „Duch” oznaczało zawsze coś nieznanego. Dwie Osoby Boskie: Ojciec i Syn zostały już dostatecznie przedstawione słuchaczom, a więc są im już znane, gdyż Ojca ukazywał cały Stary Testament, Chrystusa zaś poznali z autopsji, gdyż objawiał się im jako Bóg zarówno w słowach jak i w znakach Bożej wszechmocy. Tymczasem trzecia Osoba Boska pozostała przez dłuższy czas w całkowitym cieniu, a więc była zupełnie nieznana, to też Jezus określa ją mianem „Ducha”, czyli kogoś nieznanego, kto wprawdzie istnieje, ale nie wiadomo kim jest i jak go określić. „Kiedy przyjdzie Obrońca, którego wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który pochodzi od Ojca, wyda o mnie świadectwo” /J 11,26/. „Lepiej dla was, że ja odchodzę, bo jeślibym nie odszedł, Obrońca nie przyszedłby do was, jeśli zaś odejdę,  poślę  Go do  was. A  kiedy On przyjdzie, przekona świat o grzechu,          o sprawiedliwości i o sądzie” /J 16,7-11/. „A kiedy On Duch Prawdy, przyjdzie będzie waszym przewodnikiem w drodze do pełnej prawdy” /J 16,13-14/.
Duch Święty-Obrońca i Przewodnik do pełnej prawdy –jest ową trzecią, tajemniczą i dotychczas nieznaną uczniom Osobą Boską. Chrystus objawia Ją tylko wąskiemu gronu swoich uczniów, czyli – Kościołowi. To w zupełności wystarczy, aby Kościół przekazał tę naukę dalej po całej Judei   i Samarii, i aż po krańce Ziemi. „Duch” – osoba nieznana, zaś przymiotem „Święty” – określano tylko samego Boga. Przymiot ten w pełni podkreśla Bożą transcendencję, Jego różność od stworzenia, które niezmiernie przewyższa. Przymiot ten przynależy szczególnie trzeciej Osoby Boskiej jako Kadosz Jahwe.
4. Absolutna równość Osób Boskich
Z imion, jakie Jezus nadaje Osobom Boskim w trakcie ich ukazywania uczniom, teologowie wydedukowali tzw. teorię pochodzenia Osób Boskich, która utrzymuje, że między poszczególnymi Osobami Trójcy Świętej zachodzą rzeczywiste relacje pochodzenia. Tu należy przypomnieć znany spór między Kościołem Zachodnim a Wschodnim o „Filioque”. Według wspomnianej teorii Osoba Ojca nie pochodzi od nikogo, Osoba Syna pochodzi od Ojca na zasadzie „wiecznego rodzenia”, zaś Osoba Ducha Świętego, według nauki Kościoła Zachodniego – pochodzi od Ojca i Syna (Filioque), zaś według nauki Kościoła Wschodniego – tylko od Ojca. Do tych wniosków doszli teologowie Starożytności na podstawie samej analizy znaczenia imion, nadanych Osobom Boskim przez Jezusa, przy czym uwzględniono tu typowe relacje ludzkie, jakie istnieją między ojcem – rodzicielem, a synem – potomkiem. W rzeczy samej imiona Osób Boskich     i relacje, jakie miedzy nimi zachodzą w nauczaniu Jezusa, mają uzasadnienie jedynie w sposobie, w jaki Jezus przedstawia słuchaczom arcytrudną do zrozumienia prawdę o Trójcy Świętej; natomiast nie odpowiada im żadna rzeczywistość w wewnętrznym życiu Bożym, a więc stosunku Osób Boskich do siebie. W Boskiej Rzeczywistości nie może być mowy o jakimś „rodzeniu” Syna przez Ojca, gdyż wszelkie rodzenie oznacza danie początku, tymczasem wiadomo, że wszystkie Osoby Boskie są odwieczne. Chcąc uniknąć tej trudności, stworzono pojęcie „odwiecznego rodzenia”, które de facto zawiera w sobie wewnętrzną sprzeczność. Rodzić – to znaczy dać czemuś początek. To, co zrodzone, nie może być odwieczne. „Odwieczne rodzenie”, „odwieczny początek” – to pojecie wybieg, ślepa uliczka. Ponadto relacja ojciec – syn mieści w sobie nierówność. Ojciec ma coś więcej niż syn. Mówi się, że ojciec rodzi syna, ale nie można powiedzieć odwrotnie. To „coś więcej” to jest rodzicielstwo właściwość, która przysługuje tylko ojcu, natomiast nie posiada jej syn. Rodzicielstwo, to właśnie to, czym ojciec góruje nad synem. Takie więc ujęcie wprowadziłoby nierówność        u Osób Boskich, które de facto są sobie równe pod każdym względem i nie może tu zaistnieć jakikolwiek wyjątek. Tradycyjne ujęcie pochodzenia Osób Boskich     w konsekwencji prowadzi prostą drogą do subordynacjanizmu.
Między Osobami Boskimi nie istnieje relacja pochodzenia, ale raczej fakt, że istnienie jednej Osoby Boskiej jest uwarunkowane istnieniem Drugiej, zaś Drugiej – Trzeciej, Trzeciej – istnieniem Pierwszej itd. W ten sposób krąg się zamyka. Można wyrazić to inaczej. Pierwsza Osoba Boska ma rację swego istnienia w Drugiej, Druga w Trzeciej, a Trzecia – w Pierwszej. Paradoks? Tylko pozorny. Po prostu: zamknięty krąg wiekuistego istnienia 
Opracowanie Ks. Zbigniew Grussa

czwartek, 1 grudnia 2011

RELIGIA A ZDROWIE


Co to jest zdrowie? Najbardziej znaną i najczęściej stosowaną definicję zdrowia sformułowała Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) w preambule do swojego statutu z roku 1940: „Zdrowie jest stanem fizycznej, psychicznej i społecznej równowagi”. Twórcy WHO rozumieli, że w przyszłości zabezpieczenie trwałego pokoju będzie w dużej mierze zależało od poprawy zdrowia narodów.
definicji tej wyraźnie wynika, że troska o zdrowie to coś więcej niż unikanie chorób, obejmuje
również sferę samopoczucia i funkcjonowania pod względem fizycznym, psychicznym i społecznym. W tej definicji brakuje jednak elementu duchowego. Być może założyciele WHO obawiali się, że niektóre narody mogą zgłosić zastrzeżenie przeciw podkreślaniu elementu duchowego.
Co obejmuje zdrowie fizyczne? Zdrowie fizyczne określa się zazwyczaj jako brak choroby czy niepełnosprawności, a także posiadanie wystarczającej energii i witalności, aby spełniać codzienne obowiązki i aktywnie uczestniczyć w zajęciach rekreacyjnych bez nadmiernego zmęczenia.
Zdrowie społeczne to przede wszystkim umiejętność nawiązywania więzi z ludźmi i życia w społeczeństwie. Istnieją dowody na to, że ludzie posiadający dobre relacje społeczne mniej chorują.
Zdrowie psychiczne czy umysłowe odnosi się do braku nieprawidłowości psychicznych, jak również umiejętności i sprawności codziennych wyzwań i funkcjonowania w środowisku społecznym bez doświadczenia psychicznych, emocjonalnych i behawioralnych problemów. Dobre psychiczne samopoczucie ma ogromny wpływ na zdrowie fizyczne. Niestety, wielu wybitnych lekarzy nadal podtrzymuje pogląd, że mózg nie wywiera znaczącego wpływu na organizm. Wielu naukowców nie wyraża chęci prowadzenia badań w tym kierunku, uważając, że większość badań nad związkiem mózgu z zresztą organizmu jest niespójna.
     
Zdrowie duchowe

Na jeszcze większą niechęć napotykają próby podkreślenia zdrowia duchowego oraz łączenia spraw duchowych ze zdrowiem fizycznym. Jak dotychczas niewiele naukowych artykułów opublikowano na ten temat. Wpływa na to kilka czynników. Po pierwsze, główną przeszkodą jest fakt, że duchowe czynniki są trudne do zbadania, a nauka jest przede wszystkim zainteresowana badaniem sprawdzalnych czynników; niełatwo jest przykładać racjonalną miarę do spraw duchowych. Ponadto nikt jak dotąd nie ustalił, jakie czynniki należałoby wziąć pod uwagę i jak je precyzyjnie zdefiniować i zmierzyć. Po drugie, sprawy duchowe zaliczane są do sfery osobistej. Niektórzy naukowcy nie chcą brać pod uwagę czynników duchowych w obawie, że badani będą czuć się urażeni albo nabiorą uprzedzeń do tego typu badań. Kolejnym powodem braku zainteresowania zdrowiem duchowym jest to, że współczesna zsekularyzowana kultura jest zdominowana przez materializm i traktuje sprawy duchowe marginalnie.
Mimo to obserwujemy coraz większe zainteresowanie tego typu badaniami. Przykładem jest grupa naukowców z Jerozolimy. Dr Jechiel Friendlander z Hadasah University Hospital opublikował wyniki badań poświęconych związkowi między praktykowaniem religii a chorobą wieńcową wśród mieszkańców Jerozolimy. Wynika z nich, że Żydzi zeświecczeni częściej chorują na serce i mają bardziej typowe czynniki ryzyka niż Żydzi ortodoksyjni. Im większe religijne zaangażowanie badanych, tym mniejsze prawdopodobieństwo zachorowania na choroby serca.
Z nielicznych eksperymentalnych badań na uwagę zasługuje to przeprowadzone przez doktora Melvina Pollnera z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Opublikował on kilka artykułów na temat zdrowia duchowego. „Optymalne zdrowie duchowe” zostało zdefiniowane jako „zdolność odkrywania i wyrażania podstawowych celów życia oraz dążenie do nich, uczenie się dawania i przyjmowania miłości, radości, pokoju, prowadzenia pełnego życia, działania dla poprawy duchowego życia innych”. Redaktorzy pisma, w którym ukazały się wyniki badań, stoją zdecydowanie na stanowisku, że człowiek posiada także wymiar duchowy, którego pracownicy służby zdrowia nie powinni lekceważyć w kontaktach z pacjentami. Podkreślono, że „przez wykluczenie elementu duchowego można ograniczyć możliwości człowieka”1.

Zdrowie
a system wierzeń

Interesujące jest, dokąd naukowe badania zaprowadzą nas w przyszłości. Czy dojdą do wniosku, iż wiara w jakiekolwiek bóstwo czy przyjęcie jakiejkolwiek religii może prowadzić do podobnych korzyści zdrowotnych? Inaczej mówiąc, nie liczy się to, w co wierzysz, ale sam proces wierzenia. Jak zareagowałbyś na takie odkrycia? Wszystko wskazuje, że nie jest to obojętne, w jakiego Boga czy bóstwo wierzymy. Czy jest to Bóg Stwórca? Tak jak napisano w Piśmie Świętym: „I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył ich. Jako mężczyznę i kobietę stworzył ich”2. Zostało to również potwierdzone w czwartym przykazaniu biblijnego dekalogu: „Gdyż w sześciu dniach uczynił Pan niebo i ziemię, morze i wszystko, co w nich jest, a siódmego dnia odpoczął. Dlatego Pan pobłogosławił dzień sabatu i poświęcił go”3. Nie tylko nas stworzył, ale wziął za nas pełną odpowiedzialność. „Ponieważ w nim zostało stworzone wszystko, co jest na niebie i na ziemi, rzeczy widzialne i niewidzialne, czy to trony, czy panowania, czy nadziemskie władze, czy zwierzchności; wszystko przez niego i dla niego zostało stworzone. On też jest przed wszystkimi rzeczami i wszystko na nim jest ugruntowane”4; „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”5.
Choć jako chrześcijanie jesteśmy na tej ziemi pielgrzymami, jest wiele rad zdrowotnych, które przyjmujemy, aby uczynić nasze życie nieco łatwiejszym, bardziej efektywnym i mniej uciążliwym. Począwszy od wyboru odżywiania aż po wybór Boga, któremu ufamy, wszystko jest ważne.
Bóg nie może uczynić tak, aby ci, którzy nie przyjmują Jego rad, zmierzają w przeciwnym kierunku, nie trzymając się właściwych zasad życia, także cieszyli się dobrym zdrowiem. Chrystus wyraźnie oświadczył, że poznanie Go jest jedynym sposobem, w jaki ludzie mogą doświadczyć trwałego pokoju i radości, a także w przyszłości życia wiecznego.
Abraham Lincoln napisał, że „zostaliśmy stworzeni przez Boga tak, aby Mu ufać”. Innymi słowy, jedynie wtedy gdy postępujemy zgodnie z tym, jak zostaliśmy stworzeni przez Boga, i jeśli polegamy na Nim, możemy doświadczyć pełnego zdrowia i zadowolenia z życia. Życie bez więzi z Bogiem nie daje pełnego zdrowia i zadowolenia, gdyż człowiek nie spełnia funkcji, do której został stworzony. Tak jak fizycznie możemy zachować dobre samopoczucie i zdrowie oraz uchronić się przed wieloma chorobami, tak samo dotyczy to naszej duchowej natury. Zdrowie nie jest czymś, co się posiada, ale czymś, do czego się dąży. Nie jest czymś, co się zdobywa, ale raczej sposobem życia. Człowiek nigdy nie może powiedzieć: jestem zdrowy; zamiast tego zawsze powinien być zaangażowany w proces dążenia do celu, które się nigdy nie kończy.
Porównanie do duchowego życia jest uderzające. Nigdy nie będziemy w stanie powiedzieć, że osiągnęliśmy cel duchowego życia, póki Chrystus w czasie swego powtórnego przyjścia nie zabierze nas do swego wiecznego domu. Chrystus jest naszym Stwórcą i Odkupicielem. Kroczenie przez życie bez Niego jest nieskuteczne.

Zdrowie według Biblii

Warto także pomyśleć, co Pismo Święte mówi na temat zdrowia. Kiedy Jezus poprosił Mateusza, poborcę podatków, by „poszedł za Nim”, ten w dowód radości urządził przyjęcie dla przyjaciół, na którym honorowymi gośćmi byli Jezus i Jego uczniowie. Kiedy pełni uprzedzeń faryzeusze krytykowali Jezusa, że zasiada przy jednym stole z „grzesznikami”, jak nazywali poborców podatków, Jezus powiedział: „Nie potrzebują zdrowi [grec. hygieino] lekarza, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wzywać do upamiętnia sprawiedliwych, ale grzesznych”6. Greckie słowo hygieino pochodzi od słowa hygies — ‘zdrowie’. Apostoł Paweł wielokrotnie używa tego samego słowa na określenie „zdrowej nauki”7, „zdrowych zasad”8, „zdrowej wiary”9.
Najczęściej stosowanym biblijnym przykładem użycia tego słowa jest drugi wiersz Trzeciego Listu Jana: „Umiłowany! Modlę się o to, aby ci się we wszystkim dobrze powodziło i abyś był zdrów tak, jak dobrze się ma dusza twoja”.
W Piśmie Świętym zdrowie jest nierozłączne z dobrym samopoczuciem fizycznym i psychicznym. Na przykład w Psalmie 6, powstałym jako wyraz żalu Dawida po śmierci syna Absaloma, czytamy: „Uzdrów mnie, Panie, bo strwożyły się kości moje, a dusza moja bardzo się zatrwożyła”10. Podobne myśli znajdziemy w Psalmie 22 oraz 31: „Zmiłuj się nade mną, Panie, bom jest uciśniony! Zmętniało od zgryzoty oko moje, dusza i wnętrzności moje. Bo życie moje upływa w boleści, a lata moje w westchnieniach, siła moja słabnie z powodu winy mojej, a kości moje usychają”11.
W Przypowieściach Salomona raz po raz podkreślane są korzyści dla zdrowia wypływające z poznania Boga. „Synu mój! Nie zapominaj mojej nauki, a twoje serce niech nie zapomina moich przykazań, bo one przedłużą ci dni i lata życia oraz zapewnią ci pokój (...). Nie uważaj się za mądrego, bój się Pana, unikaj złego! To wyjdzie na zdrowie twojemu ciału i odświeży twoje kości”12. „Synu mój zwróć uwagę na moje słowa — nakłoń ucha do moich mów! Nie spuszczaj ich z oczu, zachowaj je w głębi serca, bo one są życiem dla tych, którzy je znajdują, i lekarstwem dla całego ich ciała”13. „Bojaźń Pana jest krynicą życia (...). Umysł spokojny zapewnia ciału życie, lecz namiętność toczy członki jak rak”14.
Podobnie wypowiada się dziewiętnastowieczna chrześcijańska reformatorka Ellen G. White w klasycznej pozycji poświęconej zagadnieniu zdrowia pt. Śladami Wielkiego Lekarza. Przede wszystkim mocno akcentuje związek istniejący pomiędzy zdrowiem fizycznym, psychicznym i duchowym. „Wszystko, co szkodzi zdrowiu, pomniejsza nie tylko siły cielesne, ale osłabia siły duchowe i moralne”15. „Związek, jaki istnieje pomiędzy umysłem a ciałem, jest bardzo ścisły. Gdy jedno choruje, drugie to odczuwa (...). Odwaga, nadzieja, wiara, ufność podtrzymują zdrowie i przedłużają życie”16.
Jest bardzo ważne, by poznać — zarówno z biblijnej, jak i naukowej perspektywy — czym jest zdrowie i co się na nie składa.                       
Oprac. Władysław Polok

[Opracowano na podstawie książki dr. Davida C. Niemana pt. Adwentystyczny styl zdrowego życia, Warszawa 1992].

1 „Journal of Health and Social Behaviour” 30/1989, s. 92-104. 2 Rdz 1,27. 3 Wj 20,11.
4
 Kol 1,16-17. 5 J 3,16. 6 Łk 5,31. 7 1 Tm 1,10. 8 2 Tm 1,13 Biblia Tysiąclecia. 9 Tyt 1,13 Biblia Tysiąclecia. 10 Ps 6,3-4. 11 Ps 31,10-11. 12 Prz 33,1-2.7-8. 13 Prz 4,20-22. 14 Prz 14,17-30. 15 Warszawa 2009, s. 11. 16 Tamże, s. 81.

CO JEZUS MÓWIŁ O SOBIE


Żyją wśród nas ludzie, których urodzin się nie obchodzi, po prostu nikt nie zanotował daty ich urodzenia albo też nikt o tym nie pamięta. Faktem pozostaje tylko to, że musieli się kiedyś urodzić.
Nikt nie zna dnia urodzenia Jezusa. Gdyby to było dla nas ważne, na pewno w Piśmie
Świętym byłaby chociażby krótka wzmianka. Stare tradycje podają różne daty, wśród nich dzień 25 grudnia, popularnie zwany Bożym Narodzeniem.
Wiemy jednak — wiemy to z całą pewnością — że Chrystus się urodził, że był taki dzień, w którym przyszedł na świat. Widziały Go tysiące ludzi. Uzdrawiał chorych, wskrzeszał zmarłych, mówił, jak „nigdy jeszcze człowiek (...) nie przemawiał”1. Prorok Izajasz oświadczył: „Oto panna pocznie i porodzi syna, i nazwie go imieniem Immanuel”2. Immanuel czy też Emanuel, (według Nowego Testamentu) oznacza „Bóg z nami”. Proroctwo to, obwieszczone światu siedemset lat przed narodzeniem Chrystusa, spełniło się. Wśród nas był „Bóg z nami”.

Człowiek,
który był Bogiem

Do szkoły San Roco we Włoszech wysłano reportera, który miał sfotografować obraz Narodzenie według Tintoretta. Próbował więc zrobić zdjęcie z zachowaniem naturalnych kolorów, ale to mu się nie udawało. Nie pomogło zastosowanie specjalnego oświetlenia. Obraz na zdjęciu był szary, zakurzony, zamazany. Piękno kolorów widniejące na obrazach ściennych nie utrwalało się na kliszy fotograficznej. Dopiero zastosowanie światła polaryzowanego pozwoliło reporterowi oddać na zdjęciu rzeczywistość, całą tęczę tych barw.
W ciągu wieków Boże Narodzenie nabierało znamion tradycji kościelnej i świeckiej, aż w końcu stało się słodką, cudowną, urzekającą opowieścią o dzieciątku w żłóbku, nad którym litujemy się przy opłatku. „Uboga, cicha stajenka...”. W czasie tych świąt nad faktem narodzenia się Zbawiciela góruje przejadanie się. Tak więc miliony zapominają o rzeczywistym fakcie, że Emanuel, Bóg, był z nami.
Zapominamy, w jakim celu Jezus przyszedł na świat. Nie tylko dlatego, żeby przedstawić ludziom prawdę o sobie, lecz i po to, by żyć, cierpieć, umrzeć na krzyżu i zbawić świat. Aby zostać Odkupicielem świata, Jezus musiał mieć ludzką naturę, musiał stać się człowiekiem, nie przestając być Bogiem. Jego męczeńska śmierć na krzyżu konieczna była dla zbawienia i odkupienia ludzkości. „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”3.
Używając imienia Emanuel — „Bóg z nami”, w jakimś szerszym znaczeniu potwierdzamy to, co pisał apostoł Paweł, „że Bóg w Chrystusie świat z sobą pojednał”4. Chrystus pojednał człowieka z Bogiem dzięki swej miłości, mocy, prawdzie, światłości i zbawieniu.
Cóż można powiedzieć o preegzystencji Syna Bożego? Czy Jego rzeczywiste życie rozpoczęło się w Betlejem? Oto własne słowa Jezusa: „A teraz Ty mnie uwielbij, Ojcze, u siebie samego tą chwałą, którą miałem u ciebie, zanim świat powstał”5. Czyż to nie jest jasne? Chrystus był razem z Ojcem jeszcze przed powstaniem świata. Chrystus był z Ojcem w chwale. Nieco dalej została potwierdzona ta sama prawda: „umiłowałeś mnie przed założeniem świata”6.
Jezus Chrystus to wieczny Syn Boży, druga osoba Trójcy Świętej, Bóg objawiony w ciele, żywy Zbawiciel. Narodziny w Betlejem nie były Jego początkiem! Nigdy nie był stworzony. Pismo Święte mówi, że Bóg stworzył wszystkie rzeczy przez Jezusa Chrystusa. Gwiaździste niebo jest dziełem Jego rąk, tak samo jak ziemia, ponieważ On ją stworzył. Czytamy, że „bez niego nic nie powstało, co powstało”7.
Znajdujemy również w Biblii naukę, że Jezus jest „obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia, ponieważ w nim zostało stworzone wszystko, co jest na niebie i na ziemi, rzeczy widzialne i niewidzialne, czy to trony, czy panowania, czy nadziemskie władze, czy zwierzchności; wszystko przez niego i dla niego zostało stworzone. On też jest przed wszystkimi rzeczami i wszystko na nim jest ugruntowane”8.
Świat atomów i elektronów, wirujący w najrozmaitszych wariantach, podlega Jego boskiej, kierującej ręce. Cały wszechświat zachowuje porządek i harmonię. „Tyś, Panie, na początku ugruntował ziemię, i niebiosa są dziełem rąk twoich; one przeminą, ale Ty zostajesz; i wszystkie jako szata zestarzeją się, i jako płaszcz je zwiniesz, jako odzienie, i przemienione zostaną; ale tyś zawsze ten sam i nie skończą się lata Twoje”9.
Jezus mówi: „Ja jestem alfa i omega, pierwszy i ostatni, początek i koniec”10. On i tylko On jeden mógł przywrócić jedność człowieka z Bogiem. Ten, który był Bogiem, musiał uniżyć się jako człowiek, umrzeć, by przemóc szatana i przelewając swą własną krew, otworzyć niebo człowiekowi. Musiał umrzeć na krzyżu jak najgorszy z ludzi, musiał zostać oddzielony od Boga, aby wyjednać przebaczenie dla ludzi. Musiał umrzeć, aby ludzie mogli żyć.

Mój Ojciec i Ja

Czy tego dokonał? W Piśmie Świętym czytamy tak: „Który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg wielce go wywyższył i obdarzył go imieniem, które jest ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zginało się wszelkie kolano na niebie i na ziemi, i pod ziemią i aby wszelki język wyznawał, że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca”11.
Jezus był zarówno Synem Człowieczym, jak i Synem Bożym. Mając dwanaście lat, uznawał już Boga za swego Ojca. Kiedy matka strofowała Go, że znikając na trzy dni, przyniósł zmartwienie rodzicom, odpowiedział: „Czemuście mnie szukali? Czyż nie wiedzieliście, że w tym, co jest Ojca mego, Ja być muszę?”12. Zważywszy na te słowa, na fakt, że nazywał Boga swym Ojcem, współcześni Mu ludzie domyślali się, że sam miał boską naturę.
W piątym rozdziale Ewangelii Jana znajdujemy opis wielkiego cudu, jakiego dokonał nasz Pan i Zbawiciel. Uzdrowił chorego w dzień sobotni — jakiż bowiem dzień mógł być godniejszy dla przyniesienia chwały Bogu? Jednak niektórzy sądzili, iż Jezus naruszył prawo soboty, ale On wtedy odparł: „Mój Ojciec aż dotąd działa i Ja działam”13. W ten sposób wykazał, że stwarzająca i podtrzymująca moc Jego i Ojca działa od początku aż dotąd. Jego prześladowcy nastawali więc na Niego z dwóch przyczyn, „bo nie tylko łamał sabat, lecz także Boga nazywał własnym Ojcem, i siebie czynił równym Bogu”14.
Stwierdzenie to czyniło Go równym Bogu. Słuchacze Chrystusa pojęli to. Zarówno słowa „mój Ojciec”, jak i „aż dotąd działa i Ja działam” wyjaśniły wzajemny stosunek Ojca i Syna. Każdy, kto uważnie przeczyta te słowa, zrozumie, że Pan nasz, Jezus Chrystus, obwieścił swoje Boże synostwo.
Znajdujemy także inne powiedzenie Jezusa na ten sam temat: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”15. Jego słuchacze natychmiast pochwycili kamienie, aby Go ukamienować za domniemane bluźnierstwo. W odpowiedzi na to Jezus zapytał ich: „Ukazałem wam wiele dobrych uczynków z mocy Ojca mego; za który z tych uczynków kamienujecie mnie?”16. A Żydzi odpowiedzieli Mu: „Nie kamienujemy cię za dobry uczynek, ale za bluźnierstwo i za to, że Ty, będąc człowiekiem, czynisz siebie Bogiem”17. To mówił Zbawiciel o sobie.
Gdy Arkadiusz, syn cesarza Teodozjusza, który wyparł się boskości Chrystusa, ukończył szesnaście lat, ojciec postanowił uczynić go współrządzącym. Na uroczystość tę przybyło wielu dostojników, którzy pragnęli uczestniczyć w ceremonii przyoblekania Arkadiusza w cesarską purpurę i insygnia władzy. Wśród gości znalazł się biskup Amfilocus, który po słowach powitania skierowanych do cesarza zamierzał wyjść. Widząc to, cesarz wykrzyknął: „Jak to, czyżbyś nie zauważył mego syna?”. Wówczas duchowny podszedł do chłopca i kładąc mu dłonie na czole, powiedział: „Pan niech cię błogosławi, synu mój!”. Cesarz doprowadzony do wściekłości, zawołał: „Jakże to, to cały twój respekt, jaki okazałeś księciu, którego spodobało mi się uczynić równym mnie samemu?”. Na to Amfilocus odparł: „Surowo oceniłeś moje przeoczenie w stosunku do twego syna, iż nie potraktowałem go jak równego tobie. Skoro tak jest, to co musi odwieczny Bóg myśleć o tobie, panie, jeśli ty — równego Mu i również wiecznego jak On — Syna Jego degradujesz do poziomu jednego z Jego stworzeń?”. Chcąc nie chcąc, cesarz musiał przyznać w duchu, że odpowiedź była sprawiedliwa.
Sam Jezus rzekł: „Bo i Ojciec (...) wszelki sąd przekazał Synowi, aby wszyscy czcili Syna, jak czczą Ojca. Kto nie czci Syna, ten nie czci Ojca, który go posłał”18. Oto co Jezus mówił o czci, jaka Mu się należy.
Jeszcze jedno powiedzenie naszego Pana, określające Jego boskość, znajdujemy we wspaniałym ósmym rozdziale Ewangelii Jana. Zbawiciel nasz mówi tam o sobie jako o „światłości świata”. Do tych, którzy Go widzieli, słyszeli i towarzyszyli Mu, Jezus powiedział: „Abraham, ojciec wasz, cieszył się, że miał oglądać dzień mój, i oglądał, i radował się”19. Wówczas Żydzi rzekli: „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?”20. A wtedy Jezus odpowiedział im: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, pierwej niż Abraham był, Jam jest”21.
Kiedyś wszedłem do małego pokoju znajdującego się przy Dziesiątej Ulicy w Waszyngtonie. Pokój był tak mały, że z trudnością mieściło się w nim olbrzymie łóżko. 15 kwietnia 1865 roku w tym pokoju, o godzinie 7.25, sekretarz Stanów Zjednoczonych wstał z kolan, podszedł do okna i opuścił story, a następnie zwracając się w kierunku ciała nieżyjącego prezydenta, powiedział: „Teraz on należy do wieczności”. Ktoś kiedyś rzekł, że jest to najlepsza i najkrótsza biografia Abrahama Lincolna. Lecz tak naprawdę jest tylko jedna osoba, o której rzeczywiście możemy powiedzieć, że należy do wieczności. On sam powiedział o sobie: „Ja jestem alfa i omega, pierwszy i ostatni, początek i koniec”22. Z Bożej woli i postanowienia nie tylko On należy do wieczności, ale wieczność należy do Niego.
To do Niego odnosi się pytanie: „O jego rodzie któż opowie?”23 i odpowiedź: „Początki jego od prawieku, od dni zamierzchłych”24. Chrystus należy do wieczności, do wszystkich wieków, gdyż jest On „wczoraj i dziś, ten sam i na wieki”25.
Jezus Chrystus jest Alfą i Omegą, „A” i „Z” ludzkiej historii. Nawet Abraham ujrzał Jego dzień i radował się26, Mojżesz pisał o Nim, a Dawid śpiewał. Izajasz „ujrzał chwałę jego i mówił o nim”27. Piotr i Jan siedzieli z Nim przy ostatniej wieczerzy, apostoł Paweł widział Go w drodze do Damaszku, a Jan w stanie zachwycenia na wyspie Patmos ujrzał Go stojącego wśród siedmiu złotych świeczników28.
Ten, który jest „od wieków na wieki”29, który jest Stwórcą, a zarazem utrzymuje cały wszechświat, jest również naszym Zbawcą i Odkupicielem, naszym Przyjacielem i Starszym Bratem!

Zapytajcie ich

Zapoznaliśmy się ze świadectwem naszego Pana, Jezusa Chrystusa, o samym sobie. Dowiedzieliśmy się, co mówili o Jego tożsamości święci apostołowie i prorocy. Możemy jak w sądzie dostarczyć i innych świadków i postawić im pytania. Możemy też zapytać faryzeuszy: co zarzucacie Jezusowi? A ich odpowiedź byłaby taka: On „jada z celnikami i grzesznikami”30.
A ty, Kajfaszu, który Go osądzałeś, co możesz o Nim, powiedzieć? Rozdarłem szaty, ponieważ powiedział: „Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego siedzącego na prawicy mocy Bożej i przychodzącego na obłokach nieba”31.
Zapytajcie przedstawiciela władzy i prawa rzymskiego: jaki jest twój sąd w tej sprawie? Piłat odpowie: „Żadnej winy w tym człowieku nie znajduję”32. A ty, Judaszu, który sprzedałeś Go za trzydzieści srebrników? Cóż odpowie ten, który zdradził swego Pana pocałunkiem? „Zgrzeszyłem, gdyż wydałem krew niewinną”33. Cóż powie setnik i ci, którzy Go przybili do krzyża? „Zaiste, ten był Synem Bożym”34.
A teraz jeszcze spytamy o to samo Jana Chrzciciela: co myślisz o Jezusie? „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata”35.
A Jan, umiłowany apostoł? Jaka jest jego opinia? Jezus to „korzeń i ród Dawidowy, gwiazda jasna poranna”36.
I jeszcze apostoł Piotr, ten, który najpierw wyparł się Go, ale potem zmył łzami swoją winę, i Pan mu przebaczył. Jakie jest jego świadectwo? „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”37.
I wreszcie wielki apostoł Paweł, męczennik: „Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa”38.
Oddajmy też głos aniołom: „Gdyż dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan”39.
Na koniec i my wszyscy schylmy głowy w hołdzie, oddając cześć Ojcu naszemu, który jest w niebie, i Synowi Jego, Jezusowi! Spytajmy Ojca o Syna, o Syna, którego On posłał na nasz ciemny świat, by niósł mu światło zbawienia. Z ust niezmierzonej, nieogarniętej niczym Prawdy pochodzą słowa Bożego świadectwa: „Ten jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem”40.
A co ty możesz powiedzieć? Co ja mam powiedzieć? Czyż nie powinniśmy z głębi serca powiedzieć: to jest Jezus, Syn Boży, Syn Człowieczy, nasz Zbawca, mój Zbawca?      
H.M.S. Richards

1 J 7,46. 2 Iz 7,14. 3 J 3,16. 4 2 Kor 5,19. 5 J 17,5. 6 J 17,24. 7 J 1,3. 8 Kol 1,15-17. 9 Hbr 1,10-12. 10 Ap 22,13. 11 Flp 2,6-11. 12 Łk 2,49. 13 J 5,17. 14 J 5,18. 15 J 10,30. 16 J 10,32. 17 J 10,33. 18 J 5,22-23. 19 J 8,56. 20 J 8,57. 21 J 8,58. 22 Ap 22,13. 23 Dz 8,33. 24 Mi 5,1. 25 Hbr 13,8. 26 Zob. J 8,56. 27 J 12,41. 28 Ap 1,13. 29 Ps 90,2. 30 Mt 9,11. 31 Mt 26,64. 32 Łk 23,4. 33 Mt 27,4. 34 Mt 27,54. 35 J 1,29. 36 Ap 22,16. 37 Mt 16,16. 38 Flp 3,8. 39 Łk 2,11. 40 Mt 3,17.
 ZNAKI CZASU GRUDZIEŃ 2011R.  WWW.SKLEP.ZNAKICZASU.PL

EFEKT LUCYFERA CZYLI RZECZ O NATURZE CZŁOWIEKA


Jaki jest człowiek? Z natury dobry czy zły? A może i dobry, i zły jednocześnie? Niszczymy, zabijamy, oszukujemy, ale jesteśmy też zdolni do największych poświęceń i wielkich czynów. Jaka jest nasza prawdziwa natura?
Na określenie naszej natury zabrali się w latach 50. i 60. XX wieku psycholodzy Abraham
Maslow i Carl Rogers, twórcy tak zwanej psychologii humanistycznej. Otóż założyli oni, że człowiek jest z natury dobry chce dawać i daje innym jedynie dobro, a jeśli stosuje przemoc, to działa wbrew swej naturze. Maslow zajął się budową teorii nowej szkoły psychologii, a Rogers stroną eksperymentalną. Po latach Maslow wycofał się ze swych założeń, ale Rogers mimo wielu sygnałów od terapeutów wskazujących na szkodliwość społeczną uprawianej przez niego terapii trwał przy obranych założeniach, doprowadzając do moralnej katastrofy swych podopiecznych. Ale o tym później.

Stanfordzki
Eksperyment Więzienny

Temat natury człowieka podjęli też inni naukowcy. W latach 80. XX wieku psychiatra M. Scott Peck, badając naturę człowieka, doszedł do przekonania o istnieniu w nas zła, a nie dobra. Ale najbardziej znanym badaczem tego zagadnienia jest Philip Zimbardo, autor słynnego Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego, jednego z najbardziej kontrowersyjnych badań w dziejach psychologii.
W 1971 roku Zimbardo, profesor psychologii na Uniwersytecie Stanforda w USA, losowo podzielił biorącą udział w badaniu grupę studentów na strażników i więźniów. Wszystkich umieszczono w uniwersyteckiej piwnicy, w której stworzono cele ze stalowymi kratami i zainstalowano monitoring. „Więźniowie” po wcześniejszym aresztowaniu z udziałem prawdziwej policji zostali rozebrani do naga, odwszawieni i ubrani w więzienny uniform z numerem identyfikacyjnym. Założono im również łańcuch na prawą kostkę. „Strażnicy” nosili mundury i okulary przeciwsłoneczne, mieli gwizdki i policyjne pałki. Efekty eksperymentu zaskoczyły wszystkich. Do tego stopnia, że zaledwie po sześciu dniach badanie musiano przerwać, a już po niecałych 36 godzinach zwolniono pierwszego „więźnia” bo obawiano się o jego stan psychiczny. Doskonale w swych rolach odnaleźli się bowiem „strażnicy”. Niebywale szybko zaczęli karać „więźniów” i stawali się coraz bardziej brutalni, agresywni i bezwzględni wobec kolegów z uczelnianej ławki. Poniżali ich, zastraszali i prześladowali. Co więcej, najbardziej brutalni byli w nocy, kiedy eksperymentu nie obserwowali badacze. Większość „więźniów” chciała zrezygnować z przysługującego im honorarium w zamian za zwolnienie, a jeden student przeżył załamanie. Co jeszcze ciekawsze, „strażnikom” eksperyment się tak spodobał, że z zapałem chcieli go kontynuować. Nawet po jego zakończeniu wciąż przejawiali agresję wobec kolegów „więźniów”.
Zimbardo w swej książce Efekt Lucyfera porównuje wyniki eksperymentu stanfordzkiego z tym, co wydarzyło się w 2004 roku w więzieniu Abu Ghraib gdy świat obiegł film, na którym widać, jak amerykańscy żołnierze pastwią się nad irackimi więźniami, nazywając to zwyczajnie grami i zabawami. „Do jakiego stopnia jesteśmy wytworami sytuacji, chwili, zbiorowości? I czy istnieje taki czyn, popełniony kiedyś przez kogoś, do którego z absolutną pewnością nigdy nie bylibyśmy zdolni?” pyta Zimbardo. Życie wydaje się przynosić odpowiedź. I bynajmniej nie taką, jaką chcielibyśmy usłyszeć.

Sprawa rwandyjska

„Dawny ty” może nie funkcjonować zgodnie z oczekiwaniami, gdy zmienia się reguły gry ­ podkreśla Zimbardo i tłumaczy, że znamy siebie tylko z ograniczonych doświadczeń nabytych w znajomych sytuacjach, określonych przez zasady, prawa, przekonania, naciski. Czego potrzeba, by sąsiedzi zaczęli zabijać sąsiadów, przyjaciele wydawali się na śmierć, jedne społeczeństwa eksterminowały drugie? By w ludobójstwie zaczęli brać udział tak zwani dobrzy ludzie? Nieco miejsca w swej książce Zimbardo poświęca ludobójstwu w Rwandzie. Przytacza szokującą treść wywiadów przeprowadzonych przez francuskiego dziennikarza Jeana Hatzfelda z członkami militarnych bojówek Hutu, osadzonymi w więzieniu za zabicie maczetami tysięcy cywilów Tutsi. „Zeznania tych zwykłych ludzi pisze Zimbardo w większości chodzących do kościoła farmerów oraz jednego byłego nauczyciela, mrożą krew w żyłach jako konkretna, pozbawiona skrupułów prezentacja niewyobrażalnego okrucieństwa. Ich słowa zmuszają nas raz po raz do konfrontacji z niewyobrażalnym: z tym, że istoty ludzkie są zdolne do całkowitego porzucenia swego człowieczeństwa”. Nie wystarczyło samo zabijanie, nawet poprzedzone gwałtem. Tysiące kobiet, jak napisano w raporcie ONZ, „było penetrowanych za pomocą włóczni, łusek od karabinów, butelek lub kiełków bananowców. Organy płciowe były okaleczane maczetami, polewane wrzątkiem i kwasem; odcinano kobiece piersi”. Okrucieństwo nie znało granic. 45-letnia rwandyjska kobieta została w obecności męża zgwałcona przez swojego 12-letniego syna, któremu bojownik Hutu trzymał maczetę przy gardle, a pozostała piątka jej dzieci była zmuszana do rozwierania jej ud. Tak Hutu „dawni oni”, czyli sąsiedzi, znajomi, „porządni” ludzie na rozkaz mordowali swoich przyjaciół. Jeden z morderców tak powiedział później o sąsiedzie, którego zabił: „Kiedyś piliśmy razem, a jego bydło pasło się na mojej ziemi. Był jak członek rodziny”. Inni, z którymi po rwandyjskiej masakrze rozmawiał Hatzelf, mówili: „Zabijaliśmy każdego, kogo udało nam się namierzyć [schowanego] w papirusie. Byliśmy rzeźnikami znajomych, rzeźnikami sąsiadów. Po prostu rzeźnikami”. „Kiedy wytropiliśmy Tutsi na bagnach, nie widzieliśmy już w nich istot ludzkich. Chodzi mi o osoby takie jak my, dzielące podobne myśli i uczucia. Polowanie było dzikie, łowcy byli dzicy, zwierzyna była dzika dzikość zawładnęła naszymi umysłami”. „Wiedzieliśmy, że nasi sąsiedzi Tutsi nie byli niczego winni, ale (...) nie patrzyliśmy już na nich jak na jednostki, przestaliśmy postrzegać ich takimi, jakimi są, nie widzieliśmy w nich nawet kolegów. Stali się zagrożeniem, większym niż kiedykolwiek doświadczyliśmy, ważniejszym niż nasz sposób postrzegania spraw we wspólnocie. Tak właśnie rozumowaliśmy, jednocześnie zabijając”. Jedna z ocalałych kobiet Tutsi wyznała: „Teraz wiem, że nawet osoba, z którą dzielisz się pożywieniem lub z którą spałeś, nawet ten ktoś może cię zabić bez problemu. Najbliższy sąsiad może zabić cię nawet zębami. Oto czego nauczyłam się przez to ludobójstwo”.

Nienawistna
wyobraźnia

Zimbardo wyjaśnia, co takiego dzieje się, że sąsiedzi zaczynają zabijać sąsiadów. „Potrzebna jest do tego nienawistna wyobraźnia, psychologiczna konstrukcja, która za pomocą propagandy zostaje zagnieżdżona głęboko w umysłach ludzi, przemieniając innych we Wroga. (...) Proces rozpoczyna się od stworzenia stereotypowego obrazu innego człowieka, jego zdehumanizowanego postrzegania jako bezwartościowego, ale zarazem wszechpo­tężnego Obcego, istoty demonicznej, abstrakcyjnego potwora, jako fundamentalnego zagrożenia dla czczonych przez nas wartości i przekonań. W obliczu rozpętanego publicznie strachu oraz zbliżającego się zagrożenia ze strony wroga rozsądni ludzie postępują irracjonalnie, osoby niezależne działają w sposób bezmyślnie konformistyczny, a pacyfiści postępują jak wojownicy”. To nie tylko historia Rwandy. To Holocaust, to stalinizm, to Bałkany, to reżim Mao Tse-tunga, terror Czerwonych Khmerów, ludobójstwo w Darfurze... To dziesiątki milionów ludzi zabitych tylko w XX wieku na mocy dekretów rządowych wcielanych w życie bez nuty sprzeciwu przez innych ludzi — „dawnych ich”, dobrych sąsiadów.

Gen zła

Zimbardo jest bliski prawdy o człowieku, ale żeby dobrze zrozumieć naszą naturę, trzeba cofnąć się do starej historii. Biblijna Księga Rodzaju opisuje pewne wydarzenie, które zaważyło na całej ludzkości. Rzecz dotyczy wolności wyboru. Kiedy Bóg powołał do życia świat, a na nim człowieka, rzekł: to jest bardzo dobre1. Boże stworzenie było doskonałe. Dobro jest zawsze związane z Bogiem. I z łącznością z Nim. On jest źródłem i kanałem wszelkiego dobra. Człowiek został stworzony z miłości, a miłość daje wolność. Stąd człowiek miał prawo wyboru pozostać w Bożej obecności lub się od niej oderwać. Z chwilą wyboru innej rzeczywistości, zmianie jakby uległ nasz cały genom. Coś się wydarzyło. Człowiek zaczął inaczej postrzegać świat. I zaczął się bać... Bać się Boga. Owa nienawistna wyobraźnia zawładnęła jego umysłem. Jego ciało zaczęło umierać, jego umysł fałszywie postrzegać rzeczywistość, a jego serce stało się źródłem zła. Arcyzwodziciel zatruł ludzi swą propagandą: Bóg to twój Wróg. I tak grzech wszedł na nasz świat2. Ten grzech to, jak mówi apostoł Jan, bezprawie3. To wieczny bunt człowieka przeciw Bożym doskonałym zasadom życia. Grzech to zdrada zaufania, to zerwanie więzi, zniszczenie relacji. To głupota gdyby bezpośrednio tłumaczyć to słowo z języka hebrajskiego. To wirus, który zaatakował nasz dysk życia. Nasza natura została skażona. Nie jesteśmy już dobrzy, staliśmy się z natury źli, odłączeni od Źródła dobra. To oczywiście nie znaczy, że na dobre czyny nas nie stać. Stać nas tylko dlatego, że Bóg nas nie opuścił. „Beze mnie nic uczynić nie możecie”4. Tylko dlatego, że Jego Duch wciąż krąży wokół nas, że nas przekonuje, że o nas walczy. Tę główną walkę Bóg stoczył o nas na Golgocie. Ale to też walka codzienna, przegrana przez Boga w tak wielu przypadkach: Rwanda, Bośnia, Chiny, Darfur... I kiedy matka bije na śmierć własne dziecko, gdy ojciec gwałci swą córkę; gdy kradniesz, unosisz się gniewem, zazdrościsz, złorzeczysz, oszukujesz; gdy... Dlaczego? Bo jak powiedział Chrystus, nie On jest teraz „władcą tego świata”5. Człowiek oddał koronę księciu ciemności
i na jego podobieństwo stał się zły. Zły z natury. Sam z siebie skłonny do zła, nie dobra. Tę złą naturę dziedziczymy i nic nie możemy na to poradzić. Jak powiedział Morris Venden, nie jesteśmy grzeszni dlatego, że grzeszymy, lecz grzeszymy dlatego, że jesteśmy grzeszni. Ten wirus jest przekazywany z pokolenia w pokolenie. Już w drugim pokoleniu ludzkiej rodziny zaowocował zbrodnią, gdy Kain zabił Abla. O tym, jaką mamy naturę, wprost powiedział Chrystus: „Jeśli więc wy, którzy jesteście źli...”6, podobnie odpowiadając na zadane Mu kiedy indziej pytanie o dobro: „Czemu pytasz mnie o to, co dobre? Jeden jest tylko dobry, Bóg”7. Człowiek nie jest dobry. Bo w grzech wpisują się nie tylko czyny, ale też nasze myśli i pragnienia. „Wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego”8.

Zabójcza nauka

To, co znajduje się w centrum grzechu, doskonale oddaje język angielski, grzech bowiem w tym języku to sin. W centrum tego słowa znajduje się litera „i”. „I” (czyt. aj) to po angielsku znaczy... „ja”! Egocentryzm i nakierowanie na siebie to skaza naszej natury. Co ciekawe, psychologię humanistyczną nazwano właśnie psychologią „Ja”. Jej drugą twarzą jest wynikający z założenia dobroci ludzkiej natury relatywizm moralny. Bo skoro jesteśmy dobrzy, to nasze czyny też będą dobre. Przede wszystkim dobre dla... nas samych. Tu bardzo płynna jest granica między dobrem a złem. Zależą one od kulturowych uwarunkowań i osobistych preferencji. Carl Rogers głosił człowieka wolnego od ograniczeń moralno-kulturowych, z prawem do nieskrępowanej ekspresji, nieliczenia się z normami przestrzeganymi przez ogół. Jego eksperymenty zakończyły się w latach 60. ubiegłego wieku deprawacją wielu zgromadzeń religijnych, wśród których pracował jego zespół. Przerażeni efektami psychoterapii współpracownicy zaczęli opuszczać Rogersa. Dr William Coulson tak później opisał pracę w Kalifornii: „Znaleźliśmy tam Siostry Niepokalanego Serca Maryi (SNSM). Zgodziły się na to, abyśmy weszli do szkół i rozpoczęli pracę na normalnych wydziałach, z ich normalnymi studentami i abyśmy rozpoczęli oddziaływanie na rozwój życia normalnych katolickich rodzin. To była katastrofa. (...) Ja i Rogers nazywaliśmy to Terapią dla Zdrowych. SNSM miały około 60 szkół, kiedy zaczynaliśmy, a na końcu już jedną. (...) Uczyliśmy ludzi, którzy nie mieli wewnętrznej dyscypliny Rogersa (mającej swe korzenie w jego fundamentalistycznie protestanckim wychowaniu). Ludzie ci myśleli, że bycie sobą oznacza nieskrępowane realizowanie libido. Maslow przestrzegał nas przed tym. Wierzył w obecność zła, a my nie (...). Mieliśmy umowę na trzy lata, ale odwołaliśmy nasze badania po dwóch, będąc zaalarmowani ich rezultatami. Myśleliśmy, że pomożemy SNSM stać się lepszym zgromadzeniem, a myśmy je po prostu zniszczyli. (...) Pracowaliśmy z tuzinami katolickich organizacji. (...) Wywołaliśmy wśród osób duchownych, jako terapeuci, prawdziwą epidemię nadużyć o charakterze seksualnym. (...) Jeśli dawaliśmy ludziom do zrozumienia, że mogą ufać swoim impulsom, oni pojmowali to wezwanie jako zachętę do zaufania także swoim złym impulsom i właściwie do przyjęcia przekonania, że tak naprawdę to są pozbawieni zła”9.

Wiedza a moc

Na zupełnie przeciwnym biegunie stoi nauka biblijna. Pismo Święte mówi: człowiek nie może być dla siebie normodawcą, bo z natury nie jest moralny. Zatem człowiekowi trzeba normy objawić i zapoznać go z prawami moralnymi. Ale czy to coś zmieniło w naszej naturze? Czy znajomość zasad uchroniła Izraelitów przed odstępstwem i całą gamą zbrodni? Choć chrześcijanie znają prawo Boże, czyż nie łamią nagminnie dziesięciu przykazań? A jednak znajdują się badacze, którzy chcą wierzyć, jak psycholog Lawrence Kohlberg, że aby uczynić ludzi bardziej moralnymi, wystarczy ich nauczać moralnego rozumowania. Kohlberg był przekonany, że wiedza, co jest moralne, wystarczy, aby tak postępować. Życie jednak brutalnie weryfikuje „naukowe” teorie. Może gdyby Kohlberg czytał Biblię, zrozumiałby, że prawdziwa moralność, prawdziwie dobre czyny wypływają z serca przemienionego przez siłę, która nazywa się łaską. Człowiek jest w stanie upadłym i nie może zawsze postępować moralnie. „Oto urodziłem się w przewinieniu, i w grzechu poczęła mnie matka moja” pisał skruszony Dawid po jednej z największych potworności, jakich się dopuścił. I wołał do Boga: „Serce czyste stwórz we mnie, o Boże, a ducha prawego odnów we mnie!”10. Jedyną nadzieją człowieka jest Bóg. Jedynie Jego moc może odmienić nasze zepsute serca i umysły. „I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam do waszego wnętrza, i usunę z waszego ciała serce kamienne, a dam wam serce mięsiste”11. Radykalna zmiana, która stanowi podstawę prawego życia, nie jest naturalna. Odnowienie serca prowadzące do prawdziwej moralności jest aktem stwórczym, a więc darem Bożym. Dostępnym dla każdego, kto tego zapragnie i przyjdzie schronić się w mocy Najwyższego. Chrystus zaprasza: „Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije (...) [a] z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej”12.     
Katarzyna Lewkowicz-Siejka

1 Zob. Rdz 1,31. 2 Zob. Rdz 3,1-10. 3 1 J 3,4. 4 J 15,5. 5 J 12,31; 14,30. 6 Łk 11,13. 7 Mt 19,17. 8 Rz 3,12. 9 W. Coulson, Pokonaliśmy ich tradycję, pokonaliśmy ich wiarę, cyt. w: Z. Ples, Psychologia a bezdroża irracjonalizmu, s. 253-
-255.
10 Ps 51,7.12. 11 Ez 36,26. 12 J 7,37-38.
 Znaki czasu  grudzień 2011r www.sklep.znakiczasu.pl