piątek, 8 maja 2020

Gorsze i lepsze wino

    “Każdy człowiek podaje najpierw dobre wino, a gdy sobie podpiją, wtedy gorsze; a tyś dobre wino zachował aż do tej chwili” (Jana 2:10)

   Jak wielu z nas było zachwyconych, gdy pierwszy raz naprawdę poczuło Bożą obecność w swoim życiu? Jak długo trwał ten stan? Czy dzisiaj nadal czujemy ten sam słodki smak kontaktu z Bogiem? A może coś się zmieniło i dzisiaj ten smak nie robi już na nas takiego wrażenia?

   Czy jest możliwe, że tak naprawdę nigdy nie poczuliśmy prawdziwego smaku tego, co ofiaruje nam Bóg? Poczuliśmy coś, co było inne niż to, co znaliśmy wcześniej, jednak ta różnica po pewnym czasie przestała być taka duża.

   W swojej książce „Asfaltowy saloon” Waldemat Łysiak opisał pewną ciekawą sytuację. Ta książka to relacja z jego podróży po Stanach Zjednoczonych, odbytej w towarzystwie przyjaciela. Pewnego dnia dojechali do Yumy, która według oficjalnych danych jest amerykańskim biegunem ciepła, temperatura mierzona w cieniu rzadko schodzi tam latem poniżej 120 stopni Fahrenheita (49 stopni Celsjusza). Tego dnia temperatura nie spadła poniżej tej granicy. Yuma znana jest przede wszystkim z „najstraszliwszej, otoczonej ponurą legendą tiurmy Old Westu, której formalna nazwa brzmiała: Okręgowe Więzienie Arizony, zaś nieoficjalna: „Hell Hole”, co można tłumaczyć różnie („Dziura Piekła”, „Czarcia Jama”, „Diabelska Nora”), ale czego sens jest jednoznaczny (…) Przywiezienie tutaj skazańca oznaczało wsadzenie go do piekła w piekle. Właśnie to czujemy w tym małym miasteczku, które jest jakby opustoszałe, niczym latynoska prowincja podczas sjesty. Rozprażone wnętrze huty w letargu, słońce zeszło na ziemię, żeby ją przetopić na meksykański podpłomyk, wiatr umarł z braku tlenu, a niskie domy dają małe cienie. Zdycham. W tym stanie nie dojdę do więzienia, a do wnętrza nawet się nie wczołgam. Gorąca nie da się rąbnąć w brzuch... Podjeżdżamy pod supermarket. Jest klimatyzowany! Boże, co za cudowny chłód, jaka ulga! A teraz pić, pić, pić!!! Tylko co? W kraju, w którym woda mineralna jest mało popularna i w którym pije się sto napojów orzeźwiających, z czego najpopularniejsze: coke (coca-cola), pepsi, sprite, dr Pepper, 7up i fanta - wybór jest trudny. Nie kosztowaliśmy jeszcze fioletowej fanty, wynalezionej w roku 1940 w Niemczech, gdy skończył się tam zapas coca-coli. Jest w wielkiej lodówce, zimna jak lód, małe kropelki srebrzą się kusząco na plastikowych pojemnikach. Weźmiemy największy, pełny galon (ponad 4,5 litra), i tak będzie mało, wypiłbym Pacyfik tego fioletu! Zabieramy bańkę do wozu, zdejmujemy wielkie czerwone kubki z termosów, napełniamy je i do gardła!... Cudooo! Zimny, lekko słodkawy smaczek. Do licha, po cośmy, Polacy, kupili licencję na coca-colę, jeśli można było wziąć fantę? Drugi kubek. Wspaniałe, coca-cola to przy tym nędza, może tylko trochę za słodkie. Trzeci kubek. Tak, wyraźnie mdłe, ale niezłe... Czwarty kubek. Ile już wypiliśmy, dopiero jedną trzecią?... Piąty kubek. Więcej nie dam rady” (AS s.139-140).

   Ta scena doskonale przedstawia problem, o którym mówię. Kiedy zaczynamy sobie zdawać sprawę z naszego kiepskiego stanu, ale jednocześnie czujemy w nas działanie Boga, to ogarnia nas wspaniałe uczucie radości i szczęścia. Jednak zazwyczaj po pewnym czasie to uczucie znika, nie jest już takie wyraźne, zaczynamy myśleć i czuć inaczej. Wygląda to tak, jakby nasz zapał wypalił się. Dlaczego? Czy smak tego, co pochodzi od Boga zmienił się na gorszy? Czy Bóg oferuje nam coś, co wcale nie jest lepsze od wszystkiego, co nie pochodzi od Niego? Nie, ten smak nie zmienia się, ale zmienia się nasze nastawienie. Po pierwszym zachwycie, po tym krótkim czasie, gdy byliśmy gotowi zostawić wszystko dla Boga, do głosu ponownie zaczęła dochodzić nasza grzeszna natura i przywiązanie do tego, co złe. Chcielibyśmy przez cały czas czuć ten sam smak, ten smak pierwszego kubka zimnej fanty, jednak zaczynamy sobie coraz lepiej przypominać inne smaki, a nasza grzeszna natura nie chce z nich zrezygnować. Nasz rozum zaakceptował fakt, że dobre jest tylko to, co pochodzi od Boga, ale grzeszna natura nie chce się z tym zgodzić. Dlaczego mam pić tylko fantę? Co złego jest w innych napojach? Jak wiele tego typu pytań pojawia się w naszych umysłach, kiedy zaczyna do nas docierać prawda o grzechu? Chcemy, aby to pierwsze wrażenie trwało jak najdłużej, aby ten boski napój smakował wciąż tak samo, ale bardzo szybko przekonujemy się, że jest to niemożliwe bez poważnych zmian. Jak reagujemy na przykład na to, co napisał apostoł Jakub: „Czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jakuba 4:4). Jak to, czy mam nienawidzić wszystko to, co mnie otacza? Bardzo łatwo jest wtedy skojarzyć wiarę z listą zakazów i nakazów, a w konsekwencji odrzucić to, co tak wspaniale smakowało przy pierwszym kontakcie. Można też oszukiwać samego siebie i uważać, że nie musimy rezygnować z dotychczasowego życia. Dlaczego przyjaźń ze światem to wrogość wobec Boga? Co jest złego w takiej przyjaźni? Przyjaźń sama w sobie nie jest zła, ale przyjaźń ze światem przesłania nam Boga i nie możemy zobaczyć Go takim, jakim On jest. Przyjaźń ze światem to przywiązanie do tego, czego szatan używa abyśmy nie widzieli tej Prawdy, która może z nas uczynić ludzi naprawdę wolnych. Szatan nie chce abyśmy tę Prawdę zobaczyli.

   A jeśli nawet ewangelia nasza jest zasłonięta, zasłonięta jest dla tych, którzy giną, w których bóg świata tego zaślepił umysły niewierzących, aby im nie świeciło światło ewangelii o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga (2 Koryntian 4:4)

   Prawda o tym, co jedynie Bóg może nam ofiarować jest taka, że nie da się tego zastąpić niczym innym. Jednak z powodu naszej grzesznej natury nie potrafimy właściwie ocenić wartości tego daru. Wprawdzie za pierwszym razem wydaje się nam, że poznaliśmy pełny smak Bożego daru, ale tak nie jest. Faktem jest, że to, co poczuliśmy było zdecydowanie inne od wszystkich wcześniejszych doświadczeń, jednak, aby poznać całą prawdę o wartości tego, co daje nam Bóg, musi z nas zostać usunięte wszystko to, co zakłóca naszą łączność z Bogiem. Wymaga to czasu na stoczenie przez nas boju wiary, najtrudniejszej walki jaką musi stoczyć każdy człowiek, walki z własnym JA.

   Kiedy zaczęła się uczta weselna w Kanie Galilejskiej, gospodarze podali najlepsze wino, później podawali wino, które było dobre, ale nie tak dobre, jak to pierwsze. Goście byli zadowoleni; a tym co mogło sprawić, żeby poczuli by się gorzej, był całkowity brak wina. Nie przeszkadzało im to, że jakość wina nie była już taka jak na początku. I tak niestety jest też z nami i z naszą wiarą. Po pierwszym zachwyceniu się cudownym smakiem Prawdy, wielu z nas zadowala się czymś, co wprawdzie przypomina to pierwsze wino, ale nim nie jest. Kiedy zabrakło także tego trochę gorszego wina, Jezus przemienił wodę we wspaniałe wino, lepsze nawet od tego, które podano na początku uczty weselnej. Goście, którzy mieli wrażenie, że to co piją to dobre i smaczne wino, nagle poczuli ogromną różnicę. Zrozumieli, że ich poprzednie odczucia nie były właściwe. Czy chcieli, aby ponownie podano im to wino, które pili poprzednio? Myślę, że nie. A jak często my zadowalamy się czymś, co pomimo dobrego wrażenia, wcale nie jest tym, co Bóg chce nam podarować? On daje nam tylko to, co najlepsze jednak, aby to przyjąć, musimy zrezygnować z wszystkich tych rzeczy, które nie pochodzą od Boga. To one sprawiają, że nie znamy prawdziwego smaku wolności od grzechu. I nigdy nie poznamy tego smaku, jeżeli z nich nie zrezygnujemy. Ta rezygnacja nie może być jedynie skutkiem decyzji podjętej przez nasz rozum, ona musi się stać potrzebą naszego serca, naszym pragnieniem. To właśnie to pragnienie, wywołane miłością do Boga sprawia, że to, co kiedyś wydawało się nam takie dobre i atrakcyjne, przestaje takie być. Spada zasłona i zaczynamy widzieć prawdziwą wartość tych rzeczy. Widzimy, że one nie są w naszym zasięgu, aby zaspokajać nasze prawdziwe potrzeby, ale po to, aby oddzielić nas od Boga, od Tego, który jest jedynym źródłem życia.

   Czy przed moimi oczami nie ma już tej zasłony, czy też może nadal tak jest, ale ja nie chcę jej zauważyć?
___________________________________
AS – Waldemar Łysiak, „Asfaltowy Saloon”

niedziela, 3 maja 2020

Bóg - Stwórca i Zbawiciel

   Gdyby jakiś człowiek miał sto owiec i jedna z nich zabłąkałaby się, czyż nie zostawi w górach dziewięćdziesięciu dziewięciu i nie pójdzie szukać zabłąkanej? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę powiadam wam, że się z niej bardziej raduje niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu, które się nie zabłąkały (Mateusz 18:12-13)

Astronomowie uważają, że nasza galaktyka ma średnicę około 100.000 lat świetlnych, to jest około 950.000.000.000.000.000 km, i składa się z około 200 miliardów gwiazd. Ilość galaktyk oszacowano na podstawie obserwacji niewielkiego fragmentu nieba (0,000001%) przeprowadzonej przy pomocy teleskopu Hubble’a. Tylko w tym niewielkim obszarze znajduje się około 10.000 galaktyk. Przy założeniu, że galaktyki są rozmieszczone w sposób równomierny, ich całkowita liczba we wszechświecie może liczyć 100 miliardów. Nawet gdyby rzeczywiste liczby były wielokrotnie mniejsze, to i tak robią duże wrażenie. Zwłaszcza, gdy mamy świadomość, że wszystko to zostało stworzone przez Boga. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie istotę, która stworzyła swoim słowem te ogromne ilości galaktyk, gwiazd i światów? A to przecież nie wszystko, Bóg nie tylko stworzył gwiazdy i galaktyki, jego dziełem jest każdy pojedynczy atom! Szacuje się, że sama ziemia składa się z około 1050 atomów! A ile jest atomów w całym wszechświecie? Są to liczby, które trudno sobie nawet wyobrazić. A przecież Bóg nie tylko stworzył to wszystko, ale także w każdej chwili, swoim słowem, podtrzymuje istnienie całego wszechświata!

Niebiosa opowiadają chwałę Boga, a firmament głosi dzieło rąk jego (Psalm 19:2)

Kto wysłowi potężne dzieła Pana, kto ogłosi całą chwałę jego? (Psalm 106:2)

A co z naszymi myślami? Bóg w odpowiednim momencie „ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc” (1 Koryntian 4:5), a to oznacza, że On doskonale zna nasze myśli, nawet te, które ukrywamy bardzo głęboko. Nasz Stwórca zna nas lepiej niż my sami, ponieważ czasem nie chcemy przyznać się sami przed sobą do tego, co mamy w naszych sercach. Przed Bogiem nic nie można ukryć. I jest jeszcze coś, co pokazuje nam jaki jest Bóg. On nie tylko wie o wszystkim, co się dzieje, ale też wie o wszystkim, co ma się stać.

      Oczy twoje widziały czyny moje, w księdze twej zapisane były wszystkie dni przyszłe, gdy jeszcze żadnego z nich nie było (Psalm 139:16)

Jakimi możliwościami musi dysponować Bóg, aby nie tylko stwarzać i podtrzymywać istnienie tego co stworzył, ale też znać swoje stworzenia i ich przyszłość? Myślę, że to wielokrotnie przekracza możliwości naszej wyobraźni. A to przecież jeszcze nie wszystko. Ten Wszechmocny, Wszechobecny i Wszechwiedzący Bóg kocha wszystkie swoje stworzenia tak mocno, że dla ratowania upadłych ludzi zrezygnował ze swojej pozycji w Niebie i przyszedł na naszą planetę, jedyne skażone grzechem miejsce w całym wszechświecie, aby zrealizować plan naszego zbawienia. Przypowieść o zagubionej owcy w symboliczny sposób przedstawia właśnie tę prawdę o Jezusie. To Jezus jest właścicielem stu owiec, i to jemu zaginęła jedna z nich. To my, upadła i przywiązana do grzechu ludzkość jesteśmy tą jedną zagubioną owcą. Spośród wszystkich stworzonych przez Boga światów tylko jeden został skażony grzechem. I chociaż Jezusowi pozostało dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, czyli nieupadłych i bezgrzesznych światów, to nasze grzechy nie zmieniły Jego miłości do nas. Bóg kocha nas i właśnie ze względu na nasz stan dokłada wszelkich wysiłków, aby nas uratować. „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”. (Jana 3:16). „O, tajemnico odkupienia! Miłości Boża do świata, który Go nie kochał! Kto może poznać głębię miłości przekraczającej ‘wszelki rozum’? Przez nieskończone wieki nieśmiertelne umysły, usiłując zgłębić tę niezgłębioną miłość, będą trwać w zachwycie i uwielbieniu” {PPr 44.3}.

      Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie na jaką zmianę zdecydował się Jezus? W roku 1881 ukazała się powieść Marka Twaina „Książę i żebrak”, w której dochodzi do zamiany miejsc między dziedzicem tronu angielskiego, księciem Edwardem i młodym żebrakiem, który nie tylko urodził się w tym samym czasie co książę, ale też był do niego bardzo podobny. Dla młodego księcia ta zamiana była czymś, co zrobił dla zabawy, jednak dosyć szybko zabawa zmieniła się w koszmar. Książę robił wszystko, aby ten koszmar zakończyć. Czy między życiem księcia a życiem żebraka jest duża różnica? Z całą pewnością, jednak na pewno nie tak duża, jak między życiem Króla i Władcy całego świata, a życiem skromnego człowieka na ziemi. Jezus dokładnie wiedział co spotka go na ziemi i jak będzie wyglądało jego życie. Gdyby książę Edward wiedział co go spotka, nigdy nie doprowadziłby do tego, aby znaleźć się na miejscu żebraka. Jezus nie tylko wiedział jaki czeka go los, ale pragnął tej zamiany. I to jest właśnie to, czego nasze egoistyczne z natury serce nie może zrozumieć. Jak można pragnąć takiego poniżenia?

         Pragnę czynić wolę twoją, Boże mój, a zakon twój jest we wnętrzu moim (Psalm 40:9)

Tylko nieliczni ludzie są gotowi do całkowitego poświęcenia samego siebie w celu ratowania kogoś bliskiego, ale czy to, co tracą, pomijając sytuacje, gdy tracą życie, może choćby w minimalnym stopniu równać się z tym, z czego zrezygnował Jezus? On zajmował w Niebie pozycje Boga, ale „na krótko uczyniony został mniejszym od aniołów” (Hebrajczyków 2:9). Wiedział, że realizacja planu zbawienia pozbawi go na zawsze jednej z boskich cech, ponieważ po związaniu się z ludzkim ciałem Jezus stracił możliwość wszechobecności. To dlatego powiedział swoim uczniom: „Lepiej dla was, żebym Ja odszedł. Bo jeśli nie odejdę, Pocieszyciel do was nie przyjdzie, jeśli zaś odejdę, poślę go do was” (Jan 16:7). A mimo to chciał to zrobić. Jak wielu z nas w pewnych sytuacjach robi coś dla innego człowieka, ale myśli o tym jako o wielkim poświęceniu i tak naprawdę nie chce tego robić? Jezus o swojej roli w planie zbawienia oraz o posłuszeństwie Ojcu myślał zupełnie inaczej.

      Ustawy twoje są rozkoszą moją (…) Prowadź mnie ścieżką przykazań twoich, bo w niej mam upodobanie! (…) oto tęsknię do przykazań twoich (…) Rozkoszuję się przykazaniami twoimi, które pokochałem” (Psalm 119:24.35.40.47).

Myślę, że wielu z nas zna pewne uczucie, które sprawia, że czasem nie możemy powstrzymać się od działania. W takich sytuacjach nawet nie myślimy o tym, że musimy to coś zrobić, po prostu odczuwamy tak dużą potrzebę zrobienia tego czegoś, że nic nie jest w stanie nas powstrzymać. Z jakiego powodu podejmujemy wtedy decyzję o działaniu? Co nas popycha do tego działania? Są dwie możliwości, obie związane z miłością. Pierwsza to nieegoistyczna, Boża miłość; druga to miłość do samego siebie, czyli egoizm. Przykłady tej drugiej każdy z nas może odnaleźć we własnym życiu. Wystarczy przypomnieć sobie te sytuacje, w których decydowaliśmy się na zrobienie czegoś, co było sprzeczne z tym, co podpowiadał nam zdrowy rozsądek i głos sumienia. Najlepszym przykładem tej pierwszej jest oczywiście Jezus Chrystus.

To miłość była powodem wszystkich działań podjętych przez Jezusa, miłość do Ojca i miłość do nas, jego stworzeń. Jak wielka jest ta miłość, skoro świadomość tego, co się z Nim stanie, nie mogła Go powstrzymać od przyjścia na ziemię? Czy naprawdę potrafimy to sobie wyobrazić? Czy rzeczywiście poznaliśmy cenę, jaką Jezus zapłacił za to, aby umożliwić nam zbawienie i czy ta wiedza wpłynęła we właściwy sposób na nasze życie? Jaką wiedzę zdobyliśmy podczas studiowania Bożego Słowa? Czy ta wiedza jest dla nas objawieniem Bożego charakteru, Bożej miłości?

Jezus powiedział do religijnych przywódców Izraela: „Badacie Pisma, bo sądzicie, że macie w nich żywot wieczny; a one składają świadectwo o mnie” (Jana 5:39). Bóg dał nam Biblię nie tylko po to, aby przekazać nam Boże Prawo, ale przede wszystkim po to, aby objawić nam Prawdę, czyli Jezusa Chrystusa. Biblia jest objawieniem Bożego charakteru, którego fundamentem jest miłość, a właściwie najwyższy rodzaj miłości, o której Jezus powiedział: „Większej miłości nikt nie ma nad tę, gdy kto życie swoje kładzie za przyjaciół swoich” (Jana 15:13). Boże Słowo ma w sobie moc zdolną do doprowadzenia grzesznika do upamiętania, pokochania Boga i odrzucenia grzechu. Każdy, kto zrozumiał ten przekaz Biblii, może odczuć tę moc we własnym życiu. Niestety nie wszyscy ci, którzy czytają Biblię, odnajdują w niej tę prawdę, i z tego powodu błądzą, chociaż są przekonani, że poznali Prawdę. Do takich właśnie ludzi Jezus powiedział: „Czy nie dlatego błądzicie, że nie znacie Pism ani mocy Bożej” (Marek 12:24). Byli to faryzeusze i uczeni w Piśmie, ale całą ich wiedzę Jezus ocenił jako bezwartościową. Dlaczego? Ponieważ nie rozumieli prawdziwego znaczenia tego, co czytali. I co ważniejsze, w ich życiu nie objawiło się działanie mocy Bożej, tej mocy, która jako jedyna jest w stanie przekształcić grzesznika w człowieka sprawiedliwego. Ta moc objawiła się na przykład w życiu tych Tesaloniczan, którzy przyjęli ewangelię przekazaną im przez apostoła Pawła. „A przeto i my dziękujemy Bogu nieustannie, że przyjęliście Słowo Boże, które od nas słyszeliście nie jako słowo ludzkie, ale, jak jest prawdziwie, jako Słowo Boże, które też w was wierzących skutecznie działa” (1 Tesaloniczan 2:13). To samo Słowo Boże, które skutecznie działało na Tesaloniczan, może też działać na nas, ponieważ nadal jest „żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne ocenić zamiary i myśli serca” (Hebrajczyków 4:12).

Czy Boże Słowo tak właśnie działa w moim życiu? Czy przenika jak ostry miecz moją świadomość i obnaża przede mną prawdę o tym, kim jestem? Czy Boże Słowo uświadomiło mi jak bardzo potrzebna mi jest Boża pomoc? Jezus powiedział: „Kto trwa we mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze mnie nic uczynić nie możecie” (Jana 15:5). Według Jezusa jedynym warunkiem dobrego życia jest trwanie w Nim. Dlaczego nie powiedział tu o tym, jak ważne w naszym życiu jest przestrzeganie przykazań? Czy na kilka godzin przed swoją śmiercią na krzyżu zaprzeczył sam sobie, skoro wcześniej mówił, że kto chce być zbawionym, powinien przestrzegać przykazań? Nie ma tu żadnej sprzeczności, ponieważ przestrzeganie przykazań jest owocem trwania w Jezusie, a nie sposobem na trwanie w Nim. Trwanie w Bogu to przede wszystkim miłość do Boga, ponieważ „na tym bowiem polega miłość ku Bogu, że się przestrzega przykazań jego, a przykazania jego nie są uciążliwe” (1 Jana 5:3). „Kto zachowuje Słowo jego, w tym prawdziwie dopełniła się miłość Boża. Po tym poznajemy, że w nim jesteśmy. Kto mówi, że w nim mieszka, powinien sam tak postępować, jak On postępował” (1 Jana 2:5-6). 

Czy właśnie tak Słowo Boże działa w moim życiu? Jeżeli nie, to świadczy to o tym, że jeszcze nie poznałem Boga i nie pozwoliłem Bożemu Słowu skutecznie we mnie działać. A jeżeli tak, to moja cała wiedza o biblijnych prawdach w żaden sposób nie przybliży mnie do Boga i do zbawienia. Mój rozum może przyjąć i zaakceptować fakt, że to Biblia jest najwyższym autorytetem w sprawach wiary, mogę zgadzać się z tym, że tradycja, doświadczenie i inne źródła wiedzy o Bogu muszą być podporządkowane Biblii i przez Biblię sprawdzane. Mogę akceptować doktryny wiary, ponieważ widzę ich biblijne uzasadnienie. Mogę być przekonany o tym, że to sobota jest Bożym sabatem, albo że po śmierci umarli nie idą do nieba, czyśćca lub piekła, ale zapadają w sen, który trwać będzie aż do zmartwychwstania. Mogę wierzyć w to, że nie ma wiecznego piekła i nie ma czyśćca, a mimo to, mimo całej tej wiedzy nie bliżej Boga niż ateiści. Dlaczego? Ponieważ Boże Słowo nie działa skutecznie w moim życiu, ponieważ Boże Słowo nie ujawniło w moim życiu swojej mocy. Ponieważ cała posiadana przeze mnie wiedza nie zmieniła mnie i nie uczyniła ze mnie człowieka narodzonego na nowo. Ponieważ tak naprawdę nie poznałem Boga i nie pokochałem Go tak, abym dzięki tej miłości żył tak, jakby to Jezus żył we mnie. Ponieważ moje myśli, uczucia i pragnienia nie są takie, jak myśli, uczucia i pragnienia Jezusa. Ponieważ nie jestem doskonały w jedności z Nim, a przecież o taką jedność Jezus modlił się przed swoją śmiercią na krzyżu:

Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a Ja w tobie, aby i oni w nas jedno byli, aby świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś” (Jana 17:21).

Życie Jezusa jest najlepszym i najdoskonalszym objawieniem Bożej miłości. Jest objawieniem tego, jak bardzo nasz Bóg, Stwórca całego wszechświata, ten który każdego dnia podtrzymuje swoim Słowem istnienie tego, co stworzył, jak bardzo kocha On wszystkie swoje stworzenia, wliczając w to nas, upadłych i przywiązanych do grzechu ludzi, żyjących na planecie, która jako jedyna w całym Bożym stworzeniu została zanieczyszczona i zepsuta grzechem. Czy świadomość ogromu tej miłości robi jeszcze na nas jakieś wrażenie?
_____________________________________
PPr – Ellen White, Patriarchowie i prorocy


poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Kluczowa zmiana

Któż może wstąpić na górę Pana? I kto stanie na jego świętym miejscu? Kto ma czyste dłonie i niewinne serce (Psalm 24,3-4)

Tu i teraz jesteśmy grzesznikami. Nikt z nas nie ma czystych rąk i niewinnego serca. W takim stanie nikt z nas nie może stanąć przed Bogiem i żyć. Oznacza to, że gdzieś pomiędzy „tu i teraz” a tą chwilą, gdy zbawieni staną przed obliczem Boga, musi w nich nastąpić zmiana, której skutkiem będzie uznanie ich za sprawiedliwych. Jeżeli chcemy być zbawieni, to musi w nas nastąpić taka zmiana.

Panie! Kto przebywać będzie w namiocie twoim? Kto zamieszka na twej górze świętej? Ten, kto żyje nienagannie i pełni to, co prawe, i mówi prawdę w sercu swoim (Psalm 15,1-2)

Zmienić się musi zarówno zachowanie, jak i myśli i pragnienia. Musimy mieć „czyste dłonie i niewinne serce”, inaczej mówiąc musimy zacząć „żyć nienagannie” oraz mówić „prawdę w sercu swoim”. Musimy odzyskać ten stan, jaki Adam i Ewa stracili z powodu grzechu.

Na początku człowiek został obdarzony równowagą umysłu i szlachetnymi siłami. Był istotą doskonałą, harmonijnie żyjącą z Bogiem. Myśli jego były czyste, a cele święte. Jednak nieposłuszeństwo skierowało szlachetne władze umysłu i serca na inne tory; miejsce miłości zajęło samolubstwo. Przestępstwo tak osłabiło naturę człowieka, iż nie był zdolny przeciwstawić się mocy zła własną mocą. Stał się więźniem szatana i byłby został nim na wieki, gdyby Bóg nie interweniował w szczególny sposób {DC 15.1}

Kiedy powinna nastąpić ta zmiana? Wrócę do pierwszych dwóch cytatów. „Któż może wstąpić na górę Pana? I kto stanie na jego świętym miejscu?”. To jest przyszłość, coś co dopiero nastąpi, natomiast druga część tej wypowiedzi: Kto ma czyste dłonie i niewinne serce” dotyczy czasu teraźniejszego. Ta sama sekwencja czasów znajduje się też w drugim cytacie: „Panie! Kto przebywać będzie w namiocie twoim? Kto zamieszka na twej górze świętej? Ten, kto żyje nienagannie i pełni to, co prawe, i mówi prawdę w sercu swoim”. Nasza przyszłość uzależniona jest od tego, jacy jesteśmy dzisiaj. I jeszcze jeden ważny wniosek, nasza przyszłość nie zależy od tego, jacy byliśmy. „Ten, kto żyje nienagannie i pełni to, co prawe, i mówi prawdę w sercu swoim” doświadcza Bożego miłosierdzia, ponieważ Bóg nie będzie mu przypominał „żadnych jego przestępstw, które popełnił” (Ezechiel 18,22). Wymagania Bożej sprawiedliwości są w pełni zaspokojone, gdy „bezbożny odwróci się od wszystkich swoich grzechów, które popełnił” (Ezechiel 18,21).

Jeden grzech sprawił, że straciliśmy zdolność przeciwstawiania się mocy zła. Sami z siebie nie jesteśmy w stanie uwolnić się z niewoli grzechu. W związku z tym wielu z nas zadaje sobie pytanie, „w jaki sposób człowiek może być usprawiedliwiony przed Bogiem? Jak grzesznik może stać się sprawiedliwy?” {DC 23.1}. Osiągnięcie tego stanu jest możliwe tylko wtedy, gdy „bezbożny odwróci się od wszystkich swoich grzechów, które popełnił”, jednak nikt z nas nie jest w stanie tego zrobić. Nasza grzeszna natura i nasze przywiązanie do grzechu skutecznie przeciwstawiają się naszym wysiłkom w osiągnięciu sprawiedliwości. Nie mamy wystarczająco dużo sił, aby samodzielnie odrzucić grzech, ale to nie oznacza, że ta zmiana jest niemożliwa, ponieważ „przez Chrystusa możemy powrócić do harmonii z Bogiem” {DC 23.1}. Apostoł Paweł powiedział: „Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie” (Filipian 4,13). Ta zmiana nie odbywa się w jednej chwili, ta zmiana wymaga czasu, ponieważ składa się z kilku etapów, ale najważniejsze jest to, że jest ona możliwa.

Na początku musimy uświadomić sobie prawdę o tym, kim jesteśmy. Nasze przywiązanie do grzechu sprawia, że nie lubimy źle myśleć o sobie, ale bez problemów potrafimy myśleć źle o innych. „Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku” (Łukasz 18,11-12). „Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję” (Apokalipsa 3,17). Nawet gdy dostrzegamy jakieś własne wady, to uważamy, że nie mają one dużego znaczenia i że wystarczy drobna korekta charakteru, abyśmy stali się sprawiedliwi. Jednak prawda jest inna, nieprzyjemna, a nawet brutalna. „Wszyscy staliśmy się podobni do tego, co nieczyste, a wszystkie nasze cnoty są jak szata splugawiona” (Izajasz 64,6). „Wszyscy są pod wpływem grzechu, jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego. Grobem otwartym jest ich gardło, językami swoimi knują zdradę, jad żmij pod ich wargami; usta ich są pełne przekleństwa i gorzkości; nogi ich są skore do rozlewu krwi, spustoszenie i nędza na ich drogach, a drogi pokoju nie poznali. Nie ma bojaźni Bożej przed ich oczami” (Rzymian 3,10-18). Taki jest wyjściowy stan każdego człowieka, tacy jesteśmy i takimi pozostaniemy tak długo, jak długo świadomie będziemy odrzucać Boga, lub pomimo wrażenia, że żyjemy z Bogiem, chcemy własnymi siłami dostosować się do wymagań Bożego prawa lub dostosować Boże prawo do naszych wymagań.

Pierwszym krokiem do zmiany jest akceptacja naszego prawdziwego stanu, przyjęcie prawdy o tym, że jesteśmy niewolnikami grzechu. Bez tej świadomości nikt nie może odczuwać potrzeby zmiany swojego życia. Każdy grzesznik musi najpierw zrozumieć kim jest, a potem zapragnąć z całego serca zmiany.

Ale gdy serce poddaje się wpływowi Ducha Świętego, budzi się sumienie. Grzesznik lepiej dostrzega wówczas głębię i świętość prawa Bożego (…) oraz odczuwa pragnienie, by zostać oczyszczonym i przywróconym do wspólnoty z niebem {DC 25.1}

Prawdziwe nawrócenie nie polega na osiągnięciu stanu sprawiedliwości, ale na pragnieniu osiągnięcia sprawiedliwości. Nawrócenie nie polega na powstrzymywaniu się od grzechu, ale na odwróceniu się od grzechu, zmianie nastawienia do grzechu. Człowiek nawrócony przestaje kochać grzech, a zaczyna go nienawidzić, zaczyna czuć wstręt do grzechu.

Prawdziwe nawrócenie to serdeczny żal za grzechy i odwrócenie się od nich. Dopóki nie zrozumiemy istoty grzechu, nie będziemy mogli z nim zerwać. Dopóki sercem nie odwrócimy się od niego, dopóty w życiu nie nastąpi prawdziwa zmiana {DC 23.2}

Ta zmiana jest tak radykalna, że Biblia porównuje ją do śmierci i ponownych narodzin. Po tej zmianie człowiek staje się kimś całkowicie innym. Nowonarodzony człowiek myśli i czuje inaczej, ma inne pragnienia i inne priorytety. Przestał kochać grzech, do którego był kiedyś przywiązany, a zaczął kochać Boga, od którego kiedyś się odwracał i którego nie chciał słuchać. Teraz Słowo Boże stało się dla niego czymś najbardziej pożądanym.

Mam upodobanie w przykazaniach twoich (…) dusza moja omdlewa ustawicznie z tęsknoty za prawami twoimi (…) ustawy twoje są rozkoszą moją (…) oto tęsknię do przykazań twoich” (Psalm 119)

Powtórzę ponownie, bo jest to bardzo istotne, że ta zmiana wymaga czasu. To proces, w trakcie którego Bóg usuwa z nas to, czego sami nie jesteśmy w stanie usunąć. Robi to krok po kroku, a każdy z tych kroków składa się z objawienia prawdy o tym, co w naszym charakterze wymaga zmiany, a następnie wprowadzenia tej zmiany, pod warunkiem, że tego chcemy. Nasza zgoda jest niezbędna do Bożego działania i nie polega ona tylko na słownej deklaracji, ta zgoda musi być wynikiem gorącego pragnienia usunięcia tej wady, którą objawił nam Bóg. Musi to być pragnienie serca, a nie tylko rozumu. Musi być efektem prawdziwego żalu za grzechy.

Modlitwa Dawida [Psalm 51] po upadku jest przykładem prawdziwego żalu za grzech. Jego nawrócenie było głębokie i szczere. (…) Dawid widział ogrom swego przestępstwa, widział plamy na swej duszy i poczuł wstręt do grzechu. Wówczas prosił nie tylko o przebaczenie, lecz o czystość serca. Tęsknił do radości, świętości i pragnął wrócić do harmonii i wspólnoty z Bogiem. {DC 25.2}

Kiedy grzesznik zaczyna widzieć swój prawdziwy stan i jednocześnie zaczyna widzieć piękno charakteru Boga i ogrom Jego miłości, to może w nim powstać pragnienie zmiany umożliwiającej mu zbliżenie się do Boga. To pragnienie jest wyrazem powstałej w sercu miłości do wspaniałego Stwórcy, który jest miłością. To miłość do Boga sprawia, że grzesznik może z Bożą pomocą przełamać opór swojej grzesznej natury i pozwolić Bogu na oczyszczenie swojego charakteru.

Gdy Chrystus kieruje uwagę grzeszników na swój krzyż, a oni uświadamiają sobie, że to ich grzechy przebiły Go, wówczas przykazania Boże znajdują dostęp do sumienia. Ujawnione zostaje zepsucie ich życia i głęboko w sercu tajony grzech. Zaczynają pojmować sprawiedliwość Chrystusową i pytają: „Czymże jest ten grzech, jeżeli wybawienie od niego wymaga aż tak wielkiej ofiary? Czyż trzeba było aż takiej miłości, takiego cierpienia, tak ogromnego upokorzenia, żeby nas ratować i uczynić dziedzicami życia wiecznego?” {DC 29.2}
Grzesznik może opierać się tej miłości i nie chcieć zbliżenia się do Chrystusa. Jeżeli jednak podda się działaniu łaski, zostanie do Niego przyciągnięty. Znajomość planu zbawienia doprowadzi go do stóp krzyża w poczuciu żalu za grzechy, które spowodowały cierpienia Syna Bożego. Ten sam boski umysł, który pracuje w przyrodzie, przemawia do serca ludzkiego, powodując niewymowną tęsknotę za czymś, czego dotąd serce nie znało. {DC 30.1}

Wszyscy jesteśmy grzesznikami od urodzenia, jednak Bóg nie osądza nas za to. On wie o tym, że przychodzimy na ten świat z grzeszną naturą, jest ona naszym dziedzictwem i nie mamy na to wpływu. Dlatego mówi nam, że musimy narodzić się na nowo, ponieważ bez przemiany w całkowicie inną istotę, nikt z nas nie może, a raczej nie jest w stanie żyć w warunkach, jakie panują w Królestwie Bożym, tym królestwie, na które przecież czekają wszyscy chrześcijanie. Bóg wie także o tym, jak silne jest nasze przywiązanie do grzechu i jak trudno jest nam odwrócić się od tych wszystkich rzeczy, którymi ten świat stara się przyciągnąć nas do siebie i jednocześnie odciągnąć nas od Boga. Bóg o tym wie, a ponieważ jest Bogiem miłości i zmuszanie ludzi do posłuszeństwa jest sprzeczne z Jego naturą, objawia nam prawdę o sobie i w ten sposób chce przyciągnąć nas do siebie. Nie zachowuje się jak mężczyzna, który chce poślubić kobietę i mówi do niej: „Patrz jaki jestem dobry dla ciebie, powinnaś mnie za to kochać”, chociaż często jego zachowanie świadczy o czymś przeciwnym. Bóg nie mówi nam, że musimy Go kochać, ale objawiając nam samego siebie daje nam możliwość pokochania Go. Nasza grzeszna natura wywołuje w nas niechęć do zaakceptowania tych objawień, ponieważ one wywołują w nas nieprzyjemne uczucia, związane ze świadomością naszej niedoskonałości. Bóg to rozumie, jest w końcu Bogiem i dlatego z ogromną cierpliwością prowadzi nas przez proces polegający na stopniowym poznawaniu i akceptowaniu prawdy. Krok po kroku zdejmuje z nas więzy niewoli od grzechu i pozwala nam poczuć smak prawdziwej wolności.

Każdy chrześcijanin poczuł to w swoim życiu przynajmniej jeden raz. Każdy, kto po raz pierwszy zobaczył i poczuł swoim sercem Boga, poczuł też różnicę między swoim dotychczasowym życiem, a życiem w obecności Boga. Tak naprawdę, to nikt nie poczuł od razu pełnego smaku wolności, ponieważ pierwsza zmiana nie jest zmianą całkowitą. To jedynie pierwszy krok do usunięcia wszystkich więzów grzechu, jednak ta różnica jest wystarczająco wyraźna, aby człowiek zapragnął czuć jej smak przez cały czas. Jednak dosyć szybko to pierwsze wrażenie, to uczucie radości i szczęścia, zostaje zakłócone rosnącą świadomością tych wad, które jeszcze w nas pozostały. Rosnąca świadomość Bożej miłości i doskonałości związana jest z rosnącą świadomością własnej niedoskonałości. Dlatego Bóg nie tylko pomaga nam poznać prawdę o nas, ale jednocześnie objawia nam prawdę o Nim, aby grzesznik nie wpadł w depresję z powodu swoich wad tylko pociągnięty do Niego miłością, pozwolił Mu na dokonanie kolejnych zmian. Są one konieczne do tego, aby w końcu grzesznik został całkowicie uwolniony z niewoli grzechu, aby w końcu narodzić się na nowo, stając się nowym stworzeniem. Jezus powiedział: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mateusz 11,28). On nie powiedział, że wystarczy przyjść do Niego jeden raz, powinniśmy to robić ciągle, każdego dnia. Jezus daje ukojenie tym, którzy codziennie biorą na siebie Jego jarzmo i stają się tacy, jak On, cisi i pokornego serca. „Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie” (Łukasz 9,23). Tylko wtedy, gdy każdego dnia jesteśmy otwarci na kolejne objawienia prawdy o nas samych, kiedy z całego serca pragniemy tej prawdy oraz pragniemy, aby Bóg zmienił w nas to, co nam objawia; tylko wtedy będziemy czuć, że Jego jarzmo jest miłe, a brzemię lekkie (Mateusz 11,30).

Niektórzy chrześcijanie popełniają błąd, myląc osiągnięcie pewnego etapu zmiany z całkowitą zmianą charakteru. Uczucie ukojenia pojawiające się po zakończeniu każdego etapu nie zmienia faktu, że grzeszna natura nadal wywołuje w nas niechęć do kontynuowania tej drogi. Łatwo jest wtedy zrezygnować z następnych zmian i skupić się na pozytywnych uczuciach wynikających z częściowej zmiany charakteru, jednak częściowa przemiana nie przystosowuje nas do warunków Bożego Królestwa. Nie można narodzić się częściowo, człowiek albo jest, albo nie jest narodzony na nowo, albo jest nowym stworzeniem, albo nim nie jest. Nowe stworzenie to nie zmodyfikowana wersja starego, to całkowicie nowe stworzenie. „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego” (Jan 3,3). Jak w związku z tym można uniknąć popełnienia takiego błędu?

Jednym z Bożych darów dla nas jest głos sumienia. Jest to głos Boga przemawiający bezpośrednio do naszych umysłów, nie tyle poprzez zrozumiałą dla nas mowę, co poprzez wrażenia i uczucia. Bóg poprzez głos sumienia informuje nas o tym, w jakim kierunku powinniśmy iść. To w ten sposób pomaga nam podejmować właściwe decyzje. Czyż sami nie mówimy o tym, że nasze sumienie coś nam mówi? Grzeszność naszej natury sprawia, że nie lubimy słuchać głosu naszego sumienia, nie lubimy, kiedy nasze sumienie próbuje powstrzymywać nas przed zrobieniem czegoś, co lubimy robić i do czego jesteśmy przywiązani. Słuchanie głosu sumienia to nie słuchanie naszych pragnień, a przede wszystkim pożądliwości. One starają się raczej uciszyć głos naszego sumienia, wyłączyć źródło nieprzyjemnych myśli. To szatan na różne sposoby próbuje zaabsorbować nasze umysły tak, abyśmy nie słyszeli głosu sumienia. Tak więc głos sumienia jest jednym z tych zabezpieczeń przed błędami, w jakie wyposażył nas Bóg.

Innym zabezpieczeniem jest nasz rozsądek, czyli umiejętność logicznego myślenia. Logika jest także czymś, co pochodzi od Boga. Wbrew temu, co sądzi wielu chrześcijan, wiara jest bardzo logiczna i nie ma w niej miejsca na sprzeczności. To dzięki umiejętności logicznego myślenia, wspieranej pomocą Ducha Świętego, jesteśmy w stanie zrozumieć te prawdy, o których Bóg mówi w Biblii. Studiowanie Pisma Świętego musi odbywać się z pomocą Boga, a jedną z form tej pomocy jest właśnie logika. To dzięki niej możemy dostrzec to, że Biblia nie zaprzecza sama sobie. To logika pokazuje nam w jak wspaniały sposób łączą się ze sobą różne fragmenty Biblii, spisane przez różnych ludzi w różnych czasach. I to właśnie logika jest tym, co Bóg wykorzystuje, aby ustrzec nas przed błędami. Właśnie dlatego szatan stara się wpływać na nas tak, abyśmy stracili umiejętność logicznego myślenia. A robi to tak, aby zachować w naszych umysłach wrażenie, że nadal myślimy logicznie i racjonalnie.

Podam przykład ilustrujący jak to działa. Przez wiele lat byłem ateistą. Jako dziecko przestałem wierzyć w istnienie Boga, a moje późniejsze doświadczenia i zdobyta wiedza tylko wzmocniły moje przekonanie, że Bóg nie istnieje. Bóg cierpliwie próbował pobudzić mój umysł do prawidłowego myślenia, ale skutecznie broniłem się przed tym. Im dłużej trwał mój opór, tym trudniej mi było rozpoznać Boże działania. Myślę, że tak dzieje się w każdym z nas, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie. Wiem również, że ten trwanie tego oporu oznacza, że ​​pewnego dnia umysł nie będzie już mógł zmienić sposobu myślenia na taki, który pozwoli mu zaakceptować prawdę.

Myślę, że byłem bardzo blisko tego stanu. Stało się jednak coś, co zniszczyło mój ateistyczny światopogląd. Dostrzegłem coś, czego nie potrafiłem wyjaśnić w żaden racjonalny i logiczny sposób. Jedynym logicznym wyjaśnieniem było nadprzyrodzone działanie istoty wyższej, w którą nie wierzą ateiści i ewolucjoniści. Bóg najpierw wykorzystał poważne problemy moich rodziców i odciął mnie od wpływów tego świata. Znalazłem się w miejscu, w którym nie miałem dostępu do Internetu, telewizji, kolegów i wielu przyjemności tego świata. To było jak doświadczenie Izraela na pustyni. Jedyne, co mogłem zrobić poza pracą, to czytanie książek.

Ponieważ zawsze lubiłem książki, zacząłem czytać te, które były w miejscu, w którym byłem. To miejsce było domem moich rodziców, adwentystów dnia siódmego, więc domowa biblioteka zawierała głównie książki Ellen White, ale ja nie byłem nimi zainteresowany. Znalazłem kilka niereligijnych książek, ale przeczytałem je wszystkie bardzo szybko i szukając czegoś nowego znalazłem książkę „Historia reformacji”. Chociaż Reformacja jest tematem religijnym, potraktowałem tę książkę jako historyczną i zacząłem ją czytać.

Myślę, że właśnie tego chciał Bóg. Zacząłem czytać o historii Reformacji i nic nie mogło mnie od tego odciągnąć, ponieważ byłem jak na pustyni. Świat nie był w stanie dać mi czegoś, co mogłoby odwrócić moją uwagę od tej książki. A kiedy poznawałem coraz więcej faktów o działalności Marcina Lutra, w pewnym momencie doznałem czegoś w rodzaju objawienia. Uświadomiłem sobie, że jedynym wyjaśnieniem faktu, że Marcin Luter nie stał się kolejną ofiarą papiestwa, jest działanie nadprzyrodzonej mocy, takiej istoty jak Bóg. Był to moment, w którym mój umysł zaakceptował fakt istnienia Boga.

Bóg użył resztek logiki w moim umyśle, aby mnie poruszyć i zmienić mój stosunek do poznania Go. W podobny sposób Bóg działa z każdym człowiekiem, dając każdemu szansę na pokutę i nawrócenie. Bóg czyni to nie tylko z tymi, którzy w Niego nie wierzą, ale także z tymi, którzy nazywają siebie chrześcijanami, ale naprawdę są daleko od Boga.

W mojej historii jest coś, na co chcę zwrócić uwagę. To jest mój sposób myślenia w okresie, kiedy byłem ateistą. Zawsze uważałem się za racjonalnego i logicznego człowieka. Prawda była jednak taka, że ​​zignorowałem te myśli, które sugerowały mi, że pewne moje poglądy były nielogiczne. Usuwałem z umysłu wszystkie fakty, które były sprzeczne z moją ateistyczną filozofią i pomimo takich chwil zwątpienia, byłem przekonany, że mam rację i że mój światopogląd jest zgodny z prawdą. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież dzisiaj także myślę, że mój obecny światopogląd jest zgodny z prawdą. Różnica polega na tym, że dzisiaj nie odczuwam nielogiczności w tym, w co wierzę, a moje sumienie nie mówi mi tego, co często słyszałem jako ateista.

Ten sposób myślenia jest charakterystyczny dla każdego, kto jest przywiązany do grzechu. Nie ma znaczenia, czy jest on ateistą, katolikiem czy adwentystą. Jak pisała Ellen White, teoretyczna znajomość prawd nie czyni nas chrześcijanami. Jako ludzie uważający się za chrześcijan także potrafimy nie słuchać głosu sumienia oraz myśleć w bardzo nielogiczny sposób, kierując się bardziej emocjami niż logiką. Dokładnie tego chce szatan i wykorzystuje wszystkie możliwości, aby pozbawić nas zdolności słuchania tego, co Bóg mówi nam poprzez sumienie i zdrowy rozsądek. Szatan robi to na każdym etapie zmiany chrześcijanina, a im bliżej jesteśmy celu, tym gwałtowniejsze są jego działania.

To co napisałem o sobie to dopiero początek historii nawrócenia, prowadzącego do narodzenia się na nowo. Pomimo tego, że uwierzyłem w Boga, a następnie ochrzciłem się i zostałem członkiem Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, Bóg nadal miał dużo do zrobienia w moim życiu. Nastąpiła we mnie pewna zmiana, ale nie było to narodzenie się na nowo. Co jakiś czas Bóg objawiał mi kolejne prawdy o mnie, pobudzając moje sumienie do działania. Chociaż lubiłem myśleć o sobie, że teraz już jestem dobrym człowiekiem, to prawda była zupełnie inna. Nadal byłem przywiązany do wielu złych rzeczy, a takie przywiązanie jest przeszkodą uniemożliwiającą życie w obecności Boga. Ellen White napisała, że „najcięższą spośród wszystkich walk jest walka przeciwko samemu sobie. Oddanie siebie i podporządkowanie wszystkiego woli Bożej wymaga walki, ale człowiek musi się poddać Bogu, zanim dozna odnowy w świętości” {DC 51.3}. Całkowicie zgadzam się z tą opinią. Wiem z własnego doświadczenia, że o wiele łatwiej jest zaakceptować pewne religijne doktryny niż prawdę o własnych wadach i uzależnieniu od grzechu. Kiedy uwierzyłem w Boga i zacząłem czytać Biblię, mój rozum bez większego problemu zaakceptował niektóre z adwentystycznych doktryn, na przykład szybko znalazłem w Biblii potwierdzenie, że to sobota jest Bożym sabatem. Jednak ta nowa wiedza nie przełożyła się na dużą zmianę moich przyzwyczajeń, nadal lubiłem robić rzeczy, o których teraz już wiedziałem, że nie są dobre. W końcu zrozumiałem, że wiedza rozumiana jako znajomość prawd i faktów nie czyni z nas prawdziwych chrześcijan, czyli naśladowców Jezusa. Bo prawdziwy naśladowca Jezusa to nie ten, kto robi to samo, co robił nasz Zbawiciel, ale przede wszystkim ktoś, kto myśli i czuje to samo co Jezus. To ktoś, kto żyje takim życiem, jakim Jezus żyłby będąc na jego miejscu. Taki ktoś może „wstąpić na górę Pana” i stanąć „na jego świętym miejscu”, ponieważ taki ktoś ma „czyste dłonie i niewinne serce”.

sobota, 18 kwietnia 2020

Droga życia

Życie każdego człowieka toczy się na dwóch płaszczyznach, fizycznej i duchowej. Fizycznie rodzimy się w różnych miejscach i w różnych środowiskach, mniej lub bardziej przyjaznych, a to w dużym stopniu decyduje o tym, co możemy robić. A jak jest z naszym życiem duchowym?

Wszyscy rodzimy się z taką samą grzeszną naturą, co oznacza, że od urodzenia łatwiej jest nam grzeszyć niż żyć w zgodzie z Bożymi przykazaniami. Nikt nie rodzi się jako dobry i sprawiedliwy człowiek, każdy z nas odziedziczył naturę zepsutą grzechem. Nawet jeżeli ktoś przez całe swoje życie nie zrobił czegoś złego, to nie oznacza to, że jest sprawiedliwy. Prawda o naszej naturze ujawnia się dopiero wtedy, gdy mamy realną możliwość zrobienia czegoś złego. Tak prawda ujawnia się nie tyle w samej decyzji, co w procesie myślenia prowadzącym do podjęcia decyzji. Jezus powiedział, że „każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim” (Mateusza 5,28). Boże standardy sprawiedliwości są o wiele wyższe niż ludzkie i dotyczą przede wszystkim myśli i uczuć. „Urodziłem się w przewinieniu i w grzechu poczęła mnie matka moja” (Psalm 51,7). „Wszyscy są pod wpływem grzechu, jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego (…) wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej” (Rzymian 3,9-12.23).

Życie duchowe każdego człowieka zaczyna się w miejscu, które, o ile nie nastąpi drastyczna zmiana, nie daje mu szans na zbawienie i wieczne życie w obecności Boga. Gdyby nasza przyszłość zależała tylko od nas, to nikt z nas nie zostałby zbawiony. Jednak jest ktoś, komu bardziej niż nam zależy na naszym zbawieniu. To Bóg, ten który nas stworzył, ten który pokochał nas zanim zaistnieliśmy. Bóg stworzył nas pomimo tego, że wiedział, że upadniemy i odwrócimy się od Niego. Dlaczego? Ponieważ dla Boga nie jest problemem to, jacy rodzimy. On nie osądza nas za to, co w sensie duchowym odziedziczyliśmy po przodkach. Sądzeni będziemy za to, co zrobiliśmy z możliwościami zmiany naszego stanu, możliwościami danymi nam przez Boga. Zbawienie nie jest uzależnione od osiągnięcia określonego stanu czy wiedzy, ale od pragnienia zmiany i chęci przyjmowania i akceptowania całym sercem tego, co dostajemy od Boga. Zbawienie człowieka zależy od tego, czy w jego życiu nastąpiła zmiana i w sensie duchowym stał się on nowym stworzeniem. „Albowiem ani obrzezanie, ani nieobrzezanie nic nie znaczy, lecz nowe stworzenie” (Galacjan 6,15). Nie ma znaczenia nasze pochodzenie i przeszłość. Nie ma znaczenia to, w co wierzyliśmy wcześniej. Apostoł Paweł napisał o poganach: „Skoro bowiem poganie, którzy nie mają zakonu, z natury czynią to, co zakon nakazuje, są sami dla siebie zakonem, chociaż zakonu nie mają; dowodzą też oni, że treść zakonu jest zapisana w ich sercach; wszak świadczy o tym sumienie ich oraz myśli, które nawzajem się oskarżają lub też biorą w obronę” (Rzymian 2,14-15). Według Pawła tacy poganie są w lepszej sytuacji niż ci Żydzi, którzy wprawdzie znają zakon, jednak nie maja go w swoich sercach. „Jeśli tedy ty mienisz się Żydem i polegasz na zakonie, i chlubisz się Bogiem, i znasz wolę jego, i umiesz rozróżnić dobre od złego, będąc pouczonym przez zakon, i uważasz siebie samego za wodza ślepych, za światłość dla tych, którzy są w ciemności, za wychowawcę nierozumnych, za nauczyciela dzieci, mającego w zakonie ucieleśnienie wiedzy i prawdy, ty więc, który uczysz drugiego, siebie samego nie pouczasz? Który głosisz, żeby nie kradziono, kradniesz? Który mówisz, żeby nie cudzołożono, cudzołożysz? Który wstręt czujesz do bałwanów, dopuszczasz się świętokradztwa? Który się chlubisz zakonem, przez przekraczanie zakonu bezcześcisz Boga?” (Rzymian 2,17-23). Każdy zna Boga w stopniu uzależnionym od możliwości. Inne możliwości mają poganie, a inne ci, którzy uważają się za lud Boży. I ważne są nie tyle same możliwości, ale to, co z nimi robimy. Według ludzkich kryteriów bieg na sto metrów wygrywa ten, kto najszybciej znajdzie się na mecie. Jednak Bóg ocenia to inaczej. Według Bożych kryteriów bieg wygrywa ten, kto w pełni wykorzystał swoje możliwości. Ktoś, kto mógł przebiec sto metrów w czasie 10 sekund, ale zrobił w 11 sekund, nawet jeżeli był pierwszy na mecie, wcale tego biegu nie wygrał. Wygrał go natomiast ten, kto miał możliwość pokonania stu metrów w 20 sekund i zrobił to. A tak przy okazji, to w ludzkich zawodach wygrać może tylko jeden człowiek, w Bożych każdy może być zwycięzcą. Wszystko zależy od tego, czy człowiek wykorzystał dane mu możliwości. „Komu wiele dano, od tego wiele będzie się żądać, a komu wiele powierzono, od tego więcej będzie się wymagać” (Łukasz 12,48).

Potrzeba duchowej zmiany jest skutkiem tego, co stało się w ogrodzie Eden. Kiedy Bóg stworzył Adama i Ewę, nie potrzebowali oni zmiany a jedynie rozwoju i pogłębiania więzi z Bogiem. „Na początku człowiek został obdarzony równowagą umysłu i szlachetnymi siłami. Był istotą doskonałą, harmonijnie żyjącą z Bogiem. Myśli jego były czyste, a cele święte. Jednak nieposłuszeństwo skierowało szlachetne władze umysłu i serca na inne tory; miejsce miłości zajęło samolubstwo. Przestępstwo tak osłabiło naturę człowieka, iż nie był zdolny przeciwstawić się mocy zła własną mocą. Stał się więźniem szatana i byłby został nim na wieki, gdyby Bóg nie interweniował w szczególny sposób” (EGW, DC 15.1). Celem zmiany jest przywrócenie pierwotnego stanu równowagi umysłu i harmonii z Bogiem. Przed grzechem „człowiek miał radosną społeczność z tym, ‘w którym są ukryte wszystkie skarby mądrości i poznania’ (Kolosan 2,3). Jednak po upadku w grzech świętość nie sprawiała mu radości i starał się uciec przed obecnością Boga. Taki też jest wciąż stan nieodrodzonego serca. Nie jest w harmonii z Bogiem i nie cieszy się z duchowej więzi, jaką mogłoby z Nim mieć. Grzesznik nie mógłby czuć się szczęśliwym w Bożej obecności. Uciekałby od towarzystwa świętych istot. Nie znalazłby żadnej radości, gdyby pozwolono mu dostać się do nieba. Panujący tam duch niesamolubnej miłości, gdy każde serce odpowiada na Nieskończoną Miłość wypływającą z serca Boga, nie poruszyłby w tym człowieku żadnej pozytywnej struny. Jego myśli, zainteresowania, motywy działania byłyby różne od tych, które przyświecają bezgrzesznym mieszkańcom nieba” (EGW, Droga do Chrystusa, s.5). Tak długo jak nasze myśli, zainteresowania i motywy działania nie ulegną zmianie, nie będziemy pasować do Bożej rzeczywistości, a tym samym nie będziemy mogli być zbawieni. Nie będzie to skutkiem arbitralnej decyzji Boga, ale nasz wybór. Bez zmiany serc i charakterów po prostu nie chcemy żyć w takich warunkach, jakie panują w Królestwie Niebios, nawet jeżeli twierdzimy, że tak nie jest.

Tak więc ta zmiana jest niezbędna i konieczna, jednak jej przeprowadzenie przekracza nasze możliwości. „To niemożliwe, byśmy o własnej sile wydostali się z przepaści grzechu, w której toniemy. Pobudki serca naszego są złe i nie potrafimy ich zmienić (…) Wykształcenie, kultura, ćwiczenie woli i wszystkie ludzkie wysiłki mają swoje właściwe znaczenie, tutaj jednak są bezsilne. Choć mogą wprowadzić zewnętrzną poprawę obyczajów, to jednak serca odrodzić nie zdołają: nie mogą oczyścić źródeł życia — utajonych motywów naszego działania. Musi to być moc działająca od wewnątrz, nowe życie pochodzące z góry” (EGW, DC 17.1). Na szczęście „u ludzi to rzecz niemożliwa, ale u Boga wszystko jest możliwe” (Mateusz 19,26). Bóg nie tylko może nas zmienić, ale jest to jego gorącym pragnieniem. Jest tylko jeden warunek, musimy mu na to pozwolić. Tylko tyle, ale jednocześnie aż tyle, ponieważ nasze przywiązanie do tego co złe jest przerasta naszą wyobraźnię. Jedną z naszych wad jest to, że lubimy dobrze o sobie myśleć. „Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję”. Jednak Jezus mówi każdemu kto tak myśli: Jesteś „pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły” (Apokalipsa 3,17). To nasze wady sprawiają, że nie chcemy dopuścić do naszej świadomości myśli, że nasz duchowy stan jest beznadziejny. A jest to konieczne do tego, aby ten stan się zmienił. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie prawdy o samym sobie. Bóg pomaga nam w tym objawiając nam tę prawdę krok po kroku. Gdyby objawił nam od razu całą prawdę, nasza psychika nie wytrzymałaby tego. Bóg objawia nam dwie prawdy, o nas i o sobie. Odsłania przed nami nasze wady, abyśmy poprzez porównanie z Nim dostrzegli jak nisko upadliśmy. Odsłania przed nami głębię swojej miłości do nas, upadłych ludzi, pozwala nam dojrzeć jak bardzo nas kocha i że jest gotowy poświęcić dla nas wszystko, a świadomość Jego miłości budzi w nas nadzieję i pragnienie życia obok tak wspaniałego i kochającego nas Boga. To pragnienie jest tym, co jest konieczne do tego, abyśmy przełamali opór naszej grzesznej natury i pozwolili Bogu na rozpoczęcie zmian naszych charakterów i serc.

Jak to jest z możliwościami jakie daje nam Bóg, aby nasze życie duchowe mogło się zmienić? Biblia omawia to zagadnienie na przykładzie wielu ludzi. Jednym z nich był Jakub, syn Izaaka. Jakub był dobrym dzieckiem i wyrósł na dobrego człowieka, jednak miał pewne wady, które popchnęły go to posłużenia się kłamstwem w celu uzyskania tego, co kiedyś obiecał mu Bóg. Jakub podstępem wyłudził od Ezawa pierworództwo, a następnie oszukał ojca, aby uzyskać błogosławieństwo, które zwyczajowo należało do pierworodnego syna. Czy Jakub był zepsutym do szpiku kości człowiekiem? Z całą pewnością nie. Starał się być wierny i posłuszny Bogu, starał się też żyć uczciwie. Jednak w chwilach próby, kiedy miał możliwość wyboru między zaufaniem i wiernością Bogu a oszustwem, wybierał to drugie. A mimo to Bóg nie porzucił Jakuba. Przy różnych okazjach cierpliwie objawiał mu prawdę, dając Jakubowi szansę na opamiętanie i nawrócenie. Intelektualna akceptacja pewnych dogmatów nie jest prawdziwą wiarą. „Największym błędem ludzkich umysłów za czasów Chrystusa było przekonanie, że samo uznanie prawdy jest równoznaczne z prawością. Całe ludzkie doświadczenie wskazuje, że teoretyczna znajomość prawdy nie wystarcza do zbawienia duszy, gdyż nie wyrasta z niej sprawiedliwość (…) Podobne niebezpieczeństwo istnieje również dziś. Niektórzy uważają za oczywiste, że są chrześcijanami, z tego tylko powodu, że uznają pewne teologiczne zasady. Nie wprowadzili jednak prawdy do praktycznego życia, nie uwierzyli i nie pokochali jej, toteż nie otrzymali siły i łaski, które płyną z uświęcenia przez prawdę. Ludzie mogą wyznawać swą wiarę w prawdę, ale jeśli to nie czyni ich szczerymi, łagodnymi, cierpliwymi, wytrwałymi, jeżeli ich myśli nie dotyczą spraw nieba, to prawda staje się dla nich przekleństwem, a przez ich wpływ jest przekleństwem dla świata” (ZJ 216.1-2). Jakub wierzył w Boga, jednak ta wiara nie wpłynęła na zmianę jego charakteru, nie usunęła z jego serca przywiązania do tego, co niewłaściwe. Jakub wierzył, ale nie ufał bezwarunkowo Bogu. W chwilach próby polegał na sobie, a nie na Bogu. Jednak przyszedł taki moment, gdy Jakub przełamał opór swojej grzesznej natury, ukorzył się przed Bogiem, wyznał mu wszystkie swoje słabości, poprosił o pomoc i otrzymał ją. Przestał ufać sobie i zaczął bezwarunkowo ufać Bogu. A jak było z Abrahamem? Opowieść o nim zaczyna się, gdy Abraham miał siedemdziesiąt pięć lat. Wierzył w Boga i słyszał Boży głos, był też posłuszny Bogu. Jednak w chwilach próby nie ufał Stwórcy, ale polegał na sobie. Kiedy w pełni zaufał Bogu? Kiedy miał ponad sto lat, a Bóg poddał go próbie na górze Moria. Kolejny przykład to apostoł Paweł. Ile lat Bóg cierpliwie objawiał mu prawdę, a Paweł, jeszcze jako Saul, nie chciał jej zaakceptować? A król Dawid?

Są też w Biblii przykłady ludzi, którzy kiedyś nie wierzyli w Boga, ale wykorzystali dane im  możliwości i w końcu naprawdę w Niego uwierzyli. Uwierzyli i zaufali Mu. Taką osobą była Rachab, mieszkanka Jerycha. Takim człowiekiem był Naaman, wódz wojsk króla Asyrii. Byli nimi także Nebukadnesar, król Babilonu, Szymon Cyrenejczyk oraz Greczynka z Syrofenicji. Byli to ludzie, którzy kiedyś byli poganami, jednak, gdy Bóg objawił im prawdę o sobie, uwierzyli w Niego i to zmieniło ich życie. Tak też było ze mną. Bóg przez większą część mojego życia objawiał mi samego siebie, jednak ja nie chciałem nawet zaakceptować tego, że On istnieje. Przez długie lata byłem ateistą. Jednak Bóg cierpliwie ponawiał próby dotarcia do mojego serca i w końcu zrozumiałem, że ateizm jest tylko fałszywą religią. Zrozumiałem, że Bóg istnieje, jednak to był dopiero początek. Moje życie jest dowodem na słuszność tego, co Ellen White napisała o największym błędzie ludzkich umysłów w dniach Chrystusa. Ja też dosyć długo wierzyłem w to, że wystarczy uwierzyć w istnienie Boga oraz zaakceptować pewne biblijne prawdy, aby stać się chrześcijaninem i zostać zbawionym. Jednak jest to nieprawda. Wiara w istnienie Boga jest tylko zmianą poglądów na temat świata i nie powoduje tej zmiany, która jest warunkiem zbawienia, jednak jest konieczna do tego, aby nabrać zaufania do Boga, czyli naprawdę w Niego uwierzyć.

Jak wielu chrześcijan jest dzisiaj przekonanych o tym, że są prawdziwie uczniami Chrystusa? Czy mają rację? Biblia mówi nam, że niestety nie. „Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie” (Mateusz 7,21-22). A skoro Jezus ostrzega nas, że większość chrześcijan popełnia fatalny w skutkach błąd, to może warto sprawdzić czy rzeczywiście jesteśmy chrześcijanami i czy zaszła w nas ta zmiana, która jest konieczna do zbawienia? Zmiana ta dotyczy naszych serc. Bez tej zmiany nasze myśli, zainteresowania i motywy działania są różne od tych, „które przyświecają bezgrzesznym mieszkańcom nieba”. Bez tej zmiany w naszym życiu występują „uczynki ciała”, o których apostoł Paweł opisał w liście do Galacjan. Bez tej zmiany nie ma w naszym życiu tego, co Paweł nazwał owocem Ducha. Wiem, że wielu z nas lubi czytać ten fragment w pewien specjalny sposób. Polega on na tym, że zadowalamy się objawianiem w naszym życiu owocu Ducha, a jednocześnie uważamy, że pojawiające się od czasu do czasu uczynki ciała nie mają znaczenia. Jednak prawda jest inna. Pojawienie się choćby jednego uczynku ciała świadczy o tym, że nasze życie nie daje owocu Ducha, a to co wydaje się nam być tym owocem, jest tylko jego podróbką. „Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców” (Mateusz 7,18). To stwierdzenie nie dyskwalifikuje nas jako chrześcijan, ale świadczy o tym, że Bóg wciąż ma z nami coś do zrobienia, a my wciąż jesteśmy przywiązani do czegoś, co nie pochodzi od Boga.

Drodzy bracia i siostry. Przestańmy oceniać siebie na podstawie tego, co robimy. To nie czyny określają, kim jesteśmy, ale nasza motywacja. Dobre uczynki są ważne, ale ważniejsze jest, dlaczego robimy wszelkiego rodzaju dobre rzeczy. Zła motywacja oznacza, że to, co wydaje się dobre, jest bezwartościowe dla tego, kto to robi. Nie ma znaczenia, że jesteśmy w kościele w każdy sabat (poza okolicznościami, które mamy teraz). Nie ma znaczenia, że oddajemy dziesięcinę, dajemy dary i uczestniczymy w pracy ewangelizacyjnej. Nie ma znaczenia, że pomagamy biednym i chorym, jeśli wszystkie te działania nie są wynikiem miłości do Boga i do bliźniego. To nasze charaktery i zawartość naszych serc określają, dlaczego coś robimy. A prawda o naszych charakterach ujawnia się w tych momentach, gdy podejmując decyzje kierujemy się miłością do Boga, czy też raczej naszym przywiązaniem do tego, o czym doskonale wiemy, że jest złe, ale nasza grzeszna natura pożąda tego. I dotyczy to wszystkich takich sytuacji, nawet tych, które nie wydają się ważne i istotne.

Z powodu tego, jacy się rodzimy, nikt z nas nie może zostać zbawiony. Jedyna droga do zbawienia prowadzi przez zmianę serca i charakteru, i każdy człowiek ma szansę na taką zmianę. Bóg robi wszystko, aby powstało w nas pragnienie stania się nowym stworzeniem, pozbawionym dotychczasowych wad i wypełnionym Bożą miłością. Aby tak się stało musimy zacząć wykorzystywać te możliwości, jakie daje nam Bóg. Musimy zacząć odpowiadać na Boże wezwanie i pozwolić Mu na działanie w nas. Oby każdy, kto jeszcze nie wszedł na tę drogę, znalazł się na niej jak najszybciej, a ci którzy już na niej są, z Bożą pomocą wytrwali na niej do końca.

piątek, 10 kwietnia 2020

Hebrajski niewolnik

Jeżeli kupisz niewolnika hebrajskiego, sześć lat służyć ci będzie, a siódmego wyjdzie na wolność bez okupu. Jeżeli sam przyszedł, odejdzie sam; a jeżeli był żonaty, i żona z nim odejdzie.  Jeżeli jego pan dał mu żonę, a ona urodziła mu synów lub córki, żona i jej dzieci należeć będą do pana, a on odejdzie sam. Jeżeli niewolnik oświadczy wyraźnie: Miłuję mojego pana, moją żonę i moje dzieci i nie chcę wyjść na wolność, wtedy jego pan zaprowadzi go przed Boga, potem postawi go u drzwi albo u odrzwi i przekłuje mu pan jego ucho szydłem, i będzie niewolnikiem jego na zawsze” (Wyjścia 21,2-6)

Bóg poprzez Mojżesza wypowiedział te słowa do Izraela. Gdzie i kiedy? Miało to miejsce pod górą Synaj i był to początek czterdziestoletniego pobytu Izraela na pustyni. Najpierw „Pan mówił wszystkie te słowa i rzekł: Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli” (Wyjścia 20,1-2) i osobiście przekazał ludowi treść dziesięciu przykazań. „A gdy wszystek lud zauważył grzmoty i błyskawice, i głos trąby, i górę dymiącą, zląkł się lud i zadrżał, i stanął z daleka, i rzekli do Mojżesza: Mów ty z nami, a będziemy słuchali; a niech nie przemawia do nas Bóg, abyśmy nie pomarli”. Od tej pory Bóg przemawiał tylko przez Mojżesza, przekazując swojemu ludowi różne prawa i zasady, których stosowanie miało nakierować Izraelitów na właściwy sposób życia. Warto zwrócić uwagę na to, jakie sprawy Bóg omówił na początku, ponieważ w takich sytuacjach zaczyna się od spraw najważniejszych. Od czego zaczął Bóg? Najpierw, nawiązując do pierwszego i drugiego przykazania, powiedział o ołtarzu i składaniu ofiar, a potem przekazał prawa dotyczące niewolników hebrajskich. Czy chodziło tylko o specjalny sposób traktowania hebrajskich niewolników, czy też może Bóg chciał przekazać swojemu ludowi coś więcej.

Popatrzmy na tę scenę z trochę szerszej perspektywy. Trzy miesiące wcześniej Izrael wyszedł z Egiptu. Izraelici przestali być niewolnikami i stali się wolnymi ludźmi. Kiedy żyli w Egipcie, byli nie tylko niewolnikami, ale tak naprawdę nie wierzyli w Boga. Prawdziwa wiara to nie tylko uznanie faktu istnienia Boga, ale przede wszystkim zaufanie do Niego i wynikające z tego zaufania posłuszeństwo. Prawdziwa wiara to miłość do Boga, a tej miłości większość Żydów nie miała. Świadczy o tym sposób, w jaki przyjęli Mojżesza. Wprawdzie najpierw „lud uwierzył, a gdy usłyszeli, że Pan ujął się za synami izraelskimi i że dojrzał ich niedolę, pochylili głowy i oddali pokłon”, jednak, gdy pojawiły się problemy, ci sami Żydzi, którzy uwierzyli i oddali pokłon Bogu, powiedzieli Mojżeszowi: „Niech wejrzy Pan na was i osądzi, żeście nas tak zohydzili u faraona i jego sług. Włożyliście do ręki ich miecz, aby nas zabili”. Prawdziwa wiara nie objawia się w zachowywaniu pewnych ceremonii lub wygłaszaniu teologicznych prawd, ale w zaufaniu do Boga wtedy, gdy wiara poddawana jest próbom. To trudności, przez które przechodzimy, ujawniają prawdę o naszej wierze. Gdy Mojżesz przybył do Egiptu, Żydzi takiej wiary nie mieli. Pierwsze trzy plagi dotknęły zarówno Egipcjan jak i Żydów, co oznacza, że w oczach Boga pomimo swojej deklaracji wiary w Jedynego Boga, Izrael nie różnił się od Egipcjan. Wyjście z Egiptu było zakończeniem okresu niewoli, ale było też wejściem na drogę prowadzącą do prawdziwej wolności. Izraelici przestali być niewolnikami, jednak wcale nie czuli się jak ludzie wolni. Odpowiadało im to, że nie muszą pracować jako niewolnicy, jednak z drugiej strony nie odczuwali radości z życia prowadzonego według Bożych zasad. Jezus powiedział: „Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie” (Mateusza 11,29-30). Nie mieli w sobie miłości do Boga, która na tym polega, „że się przestrzega przykazań jego, a przykazania jego nie są uciążliwe” (1 Jana 5,3). I dlatego dla wielu z nich jarzmo egipskiej niewoli było lżejsze i milsze od tego, które otrzymali poprzez Mojżesza.

Kiedy Bóg przekazał Izraelowi prawa związane z hebrajskimi niewolnikami, przedstawił im drogę, jaką musiał przejść każdy z nich. Po wyjściu z Egiptu w sensie duchowym nadal czuli się jak niewolnicy. Odzyskali fizyczną wolność, ale nie robili tego, co chcieli. Ich pragnienia nie były zgodne z Bożym prawem. Przestrzeganie Bożego prawa było dla nich tym samym, co dla niewolnika wykonywanie poleceń pana. Zmiana ich nastawienia wymagała przejścia długiej drogi, której początkiem było wyjście z Egiptu, przejście przez Morze Czerwone i góra Synaj. Na końcu tej drogi było uwolnienie. „Jeżeli kupisz niewolnika hebrajskiego, sześć lat służyć ci będzie, a siódmego wyjdzie na wolność bez okupu”. Te sześć lat to symbol tego okresu życia, w którym człowiek wierzący z jednej strony chce żyć zgodnie z Bożym prawem, ale z drugiej strony odczuwa to jako ciężkie i niemiłe jarzmo. To czas, jaki Bóg daje każdemu, kto zaakceptował Go jako Boga i Stwórcę, aby taki człowiek poznał Boga, nabrał do Niego zaufania i zapragnął uwolnienia z niewoli grzechu. Ten czas to czas walki z samym sobą, czas walki między grzeszną naturą a miłością do Boga. I ten czas w pewnym momencie się kończy, kończy się walka z samym sobą. I są tylko dwie możliwości zakończenia, obie są związane z uwolnieniem.

Jeżeli kupisz niewolnika hebrajskiego, sześć lat służyć ci będzie, a siódmego wyjdzie na wolność bez okupu. Jeżeli sam przyszedł, odejdzie sam”. Bóg przez pewien czas pomaga nam, ludziom wierzącym, poznać prawdę. My często te prawdy odrzucamy, jednak Bóg robi to nadal. On wie, że ze względu na naszą grzeszną naturę, potrzebujemy dużo czasu, aby jednak te prawdy zaakceptować. Jednak odrzucenie jednej prawdy sprawia, że następne objawienie jest trudniejsze do przyjęcia. I w ten sposób pewnego dnia dochodzimy do miejsca, z którego nie ma powrotu. W świadomy sposób odrzucamy posłuszeństwo Bogu, które odczuwamy jako niewolę, i wybieramy wolność, polegającą na życiu według własnych zasad, upodobań i pożądań. Bóg pozwala nam wybrać ten rodzaj wolności, chociaż chciałby, abyśmy wybrali inną wolność.

Jeżeli niewolnik oświadczy wyraźnie: Miłuję mojego pana, moją żonę i moje dzieci i nie chcę wyjść na wolność, wtedy jego pan zaprowadzi go przed Boga, potem postawi go u drzwi albo u odrzwi i przekłuje mu pan jego ucho szydłem, i będzie niewolnikiem jego na zawsze”. Prawdziwa wolność to stan, w którym człowiek pragnie żyć według Bożych zasad, a takie życie nie tylko nie kojarzy mu się z niewolniczym posłuszeństwem, ale jest źródłem nieustającej radości i zadowolenia. Hebrajski niewolnik, który zrezygnował z wolności, zostawał w domu swego pana i robił dokładnie to samo, co przedtem, ale nie czuł się już jak niewolnik. Poznał swojego pana i pokochał go tak, że nie wyobrażał sobie innego życia. Bardzo ważnym elementem tej dobrowolnej niewoli, czyli prawdziwej wolności, jest więź łącząca go z żoną i dziećmi. Pewnego razu Jezus powiedział, że „ktokolwiek czyni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest moim bratem i siostrą, i matką” (Mateusza 12,50). Ten kto kocha Boga nie może nie kochać ludzi. Miłość do Boga jest nierozerwalnie związana z miłością do ludzi. Hebrajski niewolnik, który czuje się związany ze swoją żoną i dziećmi to symbol człowieka wierzącego, który czuje się związany ze swoimi braćmi i siostrami w Chrystusie. Hebrajski niewolnik kocha też innych, ale miłość do kogoś, kto nie chce być hebrajskim niewolnikiem nie sprawi, że opuści on dom swojego Pana. „Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien” (Mateusza 10,37). Niestety życie na tym świecie jest czasem związane z bolesnymi wyborami, kiedy ktoś, kogo kochamy nie chce iść z nami drogą prowadzącą do Boga. Ten, kto naprawdę kocha Boga nigdy nie zejdzie z właściwej drogi, nawet w sytuacji, gdy ci, których kocha, na różne sposoby wpływają na niego, aby to zrobił.

Naszym największym problemem jest grzech i nasze uzależnienie od grzechu. Kiedy Jezus powiedział do Żydów, że poznają prawdę, która ich wyswobodzi, mówił o wyzwoleniu z niewoli grzechu. Kiedy Bóg przekazał Izraelowi swoje prawo, to w pierwszym zdaniu powiedział o tym, że to On uwolnił ich z domu niewoli. Te słowa miały wtedy znaczenie dosłowne, ale też symboliczne, ponieważ Bóg mówił też o niewoli grzechu. I kolejne Boże słowa związane z niewolą to te, w których przekazał Izraelitom prawa związane z hebrajskimi niewolnikami. Te słowa także miały i nadal mają znaczenie zarówno dosłowne jak i symboliczne. To my jesteśmy hebrajskimi niewolnikami. Chyba każdy z nas pamięta takie momenty, w których już jako wierzący odczuwał pewne swoje chrześcijańskie obowiązki jako rodzaj niewoli. To uczucie związane jest z przywiązaniem do grzechu i znika, gdy każda forma grzechu staje się dla nas czymś obrzydliwym. Wtedy i tylko wtedy stajemy się dobrowolnymi hebrajskimi niewolnikami, czyli ludźmi wiernymi Bogu w każdym aspekcie życia. Jako doskonale posłuszni niewolnicy Boga robimy tylko to, co się Jemu podoba. Jesteśmy jak ludzie, którzy nie mają własnej woli, ale poddają się we wszystkim woli Boga, jednak piękno tego rodzaju niewoli polega na tym, że wcale nie tracimy naszej wolnej woli. Nadal możemy i jesteśmy w stanie samodzielnie podejmować decyzje, jednak nasza wola, nasze pragnienia i dążenia są dokładnie takie same, jakie ma Bóg. Nikt nie musi zmuszać się do robienia czegoś, co jest jego pragnieniem, a pragnienia każdego człowieka, który wierzy w Boga są pragnieniami Boga. Podstawą takiej dobrowolnej niewoli jest miłość do Boga.

Jak czujemy się my, ludzie uważający się za chrześcijan, czy jak niewolnicy, którzy muszą wykonywać polecenia swojego Pana, czy też jak dobrowolni niewolnicy, którzy pragną wykonywać te polecenia?