piątek, 31 października 2025

Komentarz do lekcji szkoły sobotniej pastora Janka Polloka

 

Bóg walczy za ciebie

Felieton do Szkoły Sobotniej na 1 listopada 2025

W tym tygodniu ponownie zajmowaliśmy się trudnymi tematami, które stawia przed nami księga Jozuego między innymi czy wydarzenia opisane w Księdze Jozuego odzwierciedlają bezpośrednią, czy pośrednią wolę Boga. Jak wyjaśnić znaczenie wojny sankcjonowanej przez Boga oraz jakie są ograniczenia i warunki, które towarzyszom takiemu konfliktowi.

Nasza lekcja zaczyna się od pytania, na czym polegała „nieprawość narodów” zamieszkujących Kanaan? Jakie cechy sprawiały, że ludy te podlegały boskiej karze? Autor lekcji wskazał na takie praktyki jak składanie ofiar z dzieci, wróżbiarstwo, czarnoksięstwo, nekromancja i spirytyzm. Sposób w jaki sformułowana została ta teza implikuje pytanie: czy te praktyki były odrażające same w sobie, czy też są odrażające dla nas? Wszyscy możemy się zgodzić, że składanie ofiar z dzieci jest obiektywnie potworne i nigdy nie powinno być tolerowane. Jednak praktyki takie jak magia czy wróżbiarstwo nie są z natury brutalne; są wyrażeniem kulturowym. Z biblijnej a zwłaszcza chrześcijańskiej perspektywy są problematyczne, ponieważ odzwierciedlają wierzenia i rytuały, które nie stawiają Boga w centrum. Jednak kiedy zachowujemy się tak, jak gdyby ludzie praktykujący inaczej byli odrażający, ryzykujemy, że mówimy tonem, którego – jak sądzę – Bóg nie używa. Bardzo często chrześcijanie traktują niewierzących lub wierzących inaczej jako zepsutych lub nikczemnych. Jestem jednak przekonany, że Bóg postrzega ich jako umiłowanych. Nie ma wątpliwości, że Bóg jest zasmucony z powodu grzechu i bałwochwalstwa, ponieważ takie praktyki często pozostawiają ludzkie serce w niepewności i powodują, że jest ono puste. Jednak autorzy Starego Testamentu redukują złożone problemy do prostych emocji moralnych w których brakuje subtelnych niuansów. Takie spłaszczenie problemu wynika częściowo z faktu, że wielu interpretatorom Biblii brakowało precyzyjnego języka do wyrażania emocjonalnej złożoności.

W naszym kościelnym żargonie często słychać echo ustalonej przez lata retoryki używanej do usprawiedliwiania taktyki zdobywania władzy w imię Boga. Przykre jest to, gdy chrześcijanie poniżają inne kultury w imię Boga. Przykre jest również to, gdy używamy tonu i retoryki, która redukuje innych do moralnej karykatury tylko dlatego, że są inni. Bardzo szybko dochodzimy do wniosku, że ci ludzie zasługują na karę boską, a nawet wojnę. Ten sam impuls widzimy we współczesnej retoryce skierowanej na przykład do społeczności muzułmańskich, gdzie praktyki duchowe są wykorzystywane do usprawiedliwiania pogardy. Kiedy pozwalamy sobie na potępianie innej kultury, wkraczamy na niebezpieczną ścieżkę.

Ta retoryka powraca, gdy ludzie tłumaczą klęski żywiołowe. Po huraganie Katrina, tsunami które spustoszyło Tajlandię w 2004 czy wielkiej powodzi podczas karnawału w Brazylii przypominam sobie chrześcijan, którzy twierdzili, że te tragedie były Bożym sądem nad czarami i rozwiązłością seksualną. Ci, którzy mówią w ten sposób, często zapominają, że mówią o ludzkim życiu. Takie ujęcie jest bardzo niepokojące, ponieważ grzeszność jest wykorzystywana do usprawiedliwiania przemocy i traktowanie Boga przede wszystkim jako karzącego sędziego, a nie jako tego, który odczuwa ból. Sprowadzanie sprawiedliwości do zemsty i sugerowanie, że miłosierdzie należy się tylko sprawiedliwym, zmniejsza naszą zdolność do współczucia z cierpiącymi.

Pisząc to zdecydowanie nie chcę powiedzieć, że osoby wierzące mogą i powinni akceptować każdą praktykę, ani nie sugeruję, że wszystkie kultury są moralnego punktu wiedziana takie same. Nie twierdzę również, że Kananejczycy żyli w idealnej harmonii. Chcę jedynie zwrócić uwagę na schemat, którym się posługujemy: czy podchodzimy do innych ludzi z potępieniem, czy z ciekawością? Czy zakładamy, że pokój i dobrobyt istnieją tylko w obrębie naszej religijnej koncepcji? Jeśli naprawdę wierzymy, że nasza droga przyniosła prawdziwy pokój, to właściwa postawa wobec innych powinna obejmować pragnienie dzielenia się tym pokojem, a nie unicestwiania tych, którzy się różnią. Niestety w naszej interpretacji tekstu biblijnego często poszukujemy potwierdzenia własnych przekonań lub teorii.

Możemy starać się wyjaśniać trudne fragmenty Starego Testamentu, w taki sposób, aby pasowały do naszego obecnego światopoglądu, zamiast zmuszać siebie do ciężkiej pracy współczucia, pokory i szczerego żalu. Często jesteśmy zadowoleni z koncepcji wojny sankcjonowanej przez Boga, dopóki nie poczujemy się odrzuceni tak jak Kananejczycy i nie staniemy się narodem, który stoi po przeciwnej stronie na osi sprawiedliwości zdefiniowanej przez kogoś innego.

Dotykamy jedną z najistotniejszych i najbardziej niewygodnych prawd o tym, jak ludzie wiary podchodzą do Pisma Świętego. Historia Kananejczyków i inne podobne jej fragmenty nie są zaproszeniem do potępienia czy zniszczenia, lecz lustrem odbijającym, jak łatwo posługujemy się imieniem Boga, by legitymizować nasze lęki i chęć sprawowania kontroli. Kiedy sprowadzamy całe narody lub kultury do moralnych karykatur, tracimy z oczu Boga, który jest raczej zasmucony z powodu grzechu, a nie szuka pretekstu, aby odreagować swoje niezadowolenie. Sednem ewangelii nie jest podbój, lecz współczucie. Jak łatwo jest przedstawiać Boga w naszych ludzkich kategoriach.

Nasze lekcja ukazuje Boga jako Najwyższego Sędziego – tego, którego świętość nie może współistnieć z grzechem ani niesprawiedliwością. W przeciwieństwie do ludzkich sędziów, Boża sprawiedliwość jest czysta, bezstronna i zakorzeniona w miłości. Boska „wojna” jest aktem sądu nad złem. Kiedy autor biblijny przedstawia Boga jako wojownika, nie ma na celu gloryfikacji przemocy, lecz potwierdzenie Jego zaangażowania w przywrócenie sprawiedliwości, pokoju i porządku moralnego w świecie zniekształconym przez grzech. Boży sąd jest przedłużeniem Ewangelii i obietnicą, że wyzysk, okrucieństwo i cierpienie nie będą trwać wiecznie.

Autor lekcji zwrócił uwagę, że pierwotnym zamiarem Boga nie było unicestwienie Kananejczyków, ale ich wywłaszczenie i wygnanie. Celem było usunięcie zepsutych systemów, bożków i praktyk utrwalających niesprawiedliwość – a nie unicestwienie wszystkich ludzi. Większość zniszczeń opisanych w Piśmie Świętym była skierowana przeciwko obiektom kultu bożków, a nie przeciwko jednostkom. Ci, którzy zwrócili się ku Bogu podobnie jak Rachab zostali oszczędzeni. Jednak, gdy Kananejczycy zatwardzili swoje serca i przylgnęli do opresyjnych i brutalnych praktyk, stali się nierozerwalnie związani z kulturą, którą Bóg pragnął zreformować, a zniszczenie stało się tragicznym skutkiem ich oporu.

Ostatni akapit w części na wtorek jest dla mnie trudny do zaakceptowania: „Analiza tekstów biblijnych dotyczących podboju Kanaanu ujawniła, że pierwotnym celem podboju było rozproszenie ludności kananejskiej. Jednak większość Kananejczyków, podobnie jak faraon Egiptu, zatwardziła swoje serca i w ten sposób zjednoczyła się z kulturą do tego stopnia, że zniszczenie ich kultury oznaczało, że oni również musieli zostać zniszczeni”.

Taka interpretacja zawiera bardzo niepokojącą tezę, ponieważ brzmi, tak jakby Bóg aprobował unicestwienie całego ludu tylko ze względu na jego kulturową przynależność. Traktuje Kananejczyków tak, jakby ich kultura była tak zła, że „trzeba ich było zniszczyć”. Tego rodzaju myślenie było wykorzystywane w historii do usprawiedliwiania okrutnych aktów, takich jak ludobójstwo i kolonizacja, gdzie całe grupy były postrzegane jako mniej godne życia. Taka teza myli również Bożą sprawiedliwość z ludzką władzą i zakłada, że Boży plan realizował się przez dominację, a nie przez miłosierdzie i odnowę.

Warto zastanowić się jak mogłoby wyglądać życie Kananejczyków, gdyby zaproponowano im zmianę norm kulturowych. Czy istniał jakiś program, który pozwalał im zmienić sposób postrzegania świata? Czy istniał proces edukacji? W Biblii znajdujemy precedens takiego działania w postaci misji Jonasza. W czasach nowożytnych, stosowano inne metody, często inspirowane „misyjną ideologią” czy to w Ameryce Północnej, Południowej, Australii w stosunku do rdzennej „pogańskiej” ludności, gdzie misjonarze zakładali dla nich szkoły z internatem w których nauczyciele pozbawiali ich kultury, języka i ziemi. Interpretacja Kananejczyków zawarta w tej lekcji nawiązuje do tej samej logiki, co słynne powiedzenie Richarda Henry'ego Pratta: „Zabij Indianina, ratuj człowieka” – przekonania, że cały naród musi zostać unicestwiony, aby go „oczyścić” lub „odkupić”. Oba te stwierdzenia odzwierciedlają niebezpieczny sposób myślenia, który myli dominację ze zbawieniem i usprawiedliwia przemoc w imię moralnego lub duchowego postępu.

Taki sposób interpretacji myśli teologicznej Starego Testamentu jest niebezpieczny i jest przykładem kolonizacyjnego światopoglądu. W takiej perspektywie narracja o boskim podboju Kanaanu jest bliska filozofii, która usprawiedliwia dominację. Takie sformułowanie sugeruje, że wola Boga może być utożsamiana z ekspansją terytorialną, wymianą kulturową i wykorzenieniem „skorumpowanych” społeczeństw. Taki język odzwierciedla logikę europejskiej kolonizacji, która od czasów późnego Średniowiecza była inspirowana chrześcijańską koncepcją ewangelizacji „ogniem i mieczem”. W tej perspektywie Izraelici stają się kolonizatorami, a Kananejczycy są przedstawiani jako „inni”, nieodkupieni i zasługujący na wywłaszczenie lub zniszczenie. Taka interpretacja była historycznie wykorzystywana do racjonalizacji ludobójstwa, niewolnictwa i kradzieży ziemi. Według takiej interpretacji działalność kolonizatorska była wykonywaniem Bożej woli na „pogańskich narodach”. Z perspektywy kolonizacyjnej „wywłaszczenie” jest interpretowane jako wykonanie boskiej sprawiedliwości, a nie przemoc, i w ten sposób przesłania człowieczeństwo, sprawczość i świętość tych, którzy zostali uznani za outsiderów.

Warto jednak spojrzeć na historię z księgi Jozuego oczami wysiedleńców i nie utożsamiać Bożej sprawiedliwości z podbojem. Zamiast tego, zinterpretować te teksty jako przestrogę przed tym, co się dzieje, gdy wiara zostaje zawłaszczona przez strach, nacjonalizm lub władzę. Celem Boga nigdy nie była dominacja, lecz transformacja.

Zachodnie chrześcijaństwo pomyliło zbawienie z posiadaniem, przekształcając Boży dar przynależności w ideologię kontroli. Co stałoby się z naszym czytaniem Biblii i naszym rozumieniem Boga, gdybyśmy zaczęli czytać tekst patrząc na niego z innej perspektywy? Jakie znaczenie ma fakt kto opowiada historię i kto na tym korzysta? Czy Bóg dokonuje podboju ludzi, czy raczej dokonuje podboju nad przemocą? To pytania wydają się kontrkulturowe w stosunku do sposobu, w jaki uczono nas studiować Biblię. Lekcja w tym tygodniu pokazała nam, że istnieje wielki potencjał, aby poszerzyć nasz punkt widzenia i zrozumienie tekstu.

W kontekście Księgi Jozuego i historii Kananejczyków, pytanie „kto opowiada historię i kto z niej korzysta?” możemy rozpatrywać na kilku poziomach. Pierwszy z nich musi dotyczyć pierwotnych autorów. Autorzy biblijni nie zawsze pisali dosłowną historyczną relację. Koncepcja historii tak jak my ją dzisiaj rozumiemy nie była znana autorom antycznym w świecie bliskowschodnim. Nasze zrozumienie czym jest historia i jak należy ją interpretować nie była znana tamtym ludziom. Często tworzyli oni narrację, aby opowiedzieć szerszą historię – historię Boga, który chroni oraz historię ludu, który został przez Niego wybrany. Znaczna część Starego Testamentu odzwierciedla właśnie taką rzeczywistość, w tym Księga Jozuego.

Wiele narracji, w tym właśnie z księgi Jozuego nie zgadza się z tym, co ujawniły badania archeologiczne. Nie oznacza to, że Pismo Święte jest pozbawione wartości lub prawdy, ale oznacza, że musimy zadawać krytyczne pytania, jeśli chcemy je czytać holistycznie. Jaki sposób myślenia wnieśli autorzy do tej historii i jak ich kontekst, w którym pisali tę historię wpłynął na ich przesłanie? Czy ich pisma miały na celu dokładne udokumentowanie historii, czy też mieli oni za zadanie motywować swoich czytelników bądź słuchaczy przez tę narrację? Jak interpretować te teksty, jeżeli ich autorzy nigdy nie zamierzali, aby te narracje służyły jako dokumentacja historyczna? Czy jest możliwe, że nakładamy na te teksty naszą wrażliwość historyczną? Jak powinna więc wyglądać prawidłowa egzegeza tego tekstu?

Drugi poziom pytania, „Kto opowiada historię i kto na niej korzysta?”, dotyczy procesu transmisji tekstu. W jaki sposób kształtowała się tradycja ustna tej historii i w jaki sposób została ona zapisana oraz kto przetłumaczył te teksty i co mogło zostać utracone lub dodane, gdy słowa przekraczały granice języków i wieków. Język zawsze niesie ze sobą znaczenie, a tłumaczenie nieuchronnie je zmienia.

Trzecia warstwa pytania „Kto opowiada historię i kto na niej korzysta?” dotyczy, sposobu interpretacji tej historii w późniejszych pokoleniach. Chrześcijaństwo w dużej mierze ukształtowało się pod wpływem eksterminacji ludzi, których uznano za „nieodkupionych”, oraz usprawiedliwiania przemocy w imię Boga. Historia interpretacji tekstu biblijnego w czasach Konkwisty, o czym wspomniałem wyżej jest tego dowodem. Jako adwentyści dobrze o tym wiemy. Nasza historia uwypukla waldensów i innych chrześcijańskich męczenników, podkreślając prześladowania ze strony tych, którzy sprawowali władzę. Jednak nawet te historie przypominają nam, że to władza decyduje, czyja perspektywa zwycięży.

Pytanie „Kto opowiada tę historię i kto z niej korzysta?” musi zatem wykraczać poza pierwotnych autorów, obejmując tłumaczy, interpretatorów i kaznodziejów. Ich opowieści głęboko ukształtowały nasze rozumienie Boga i nas samych. Warto pamiętać, że sposób opowiadania historii w dużej mierze zależy od tego, kto ją opowiada i jakie prawdy próbuje chronić lub ujawniać. Historia uczy nas, że chrześcijaństwo często wykorzystywało narracje na temat dominacji i wyższości. Pytanie, kto czerpie korzyści z tej historii, jest w wielu przypadkach pytaniem, czyj spokój chronimy, a czyj ból ignorujemy.

W części na środę autor lekcji napisał, „Od chwili pojawienia się grzechu na świecie nie istnieje neutralność – można być albo po stronie Boga, albo przeciwko Niemu. To pierwsze prowadzi do życia wiecznego, a drugie do wiecznej śmierci.” Taki binarny podział, odstrasza wielu ludzi od chrześcijaństwa. Czy jest miejsce na proces dojrzewania? Czy wszystko w życiu jest naprawdę czarno-białe? Czarno-biała perspektywa sprzyja rozwojowi perfekcjonizmu i lęku, a nie przemiany i łaski. Prowadzi wierzących do obsesyjnego rozmyślania o grzechu, zamiast polegania na pewności, że choć grzech jest wielki, to Bóg i Jego łaska jest większa. Taka metoda promuje modyfikację zachowań, a nie wewnętrzną odnowę. Zbawienie nie jest wynikiem perfekcjonizmu, lecz wytrwałej wiary.

Jaki obraz Boga przedstawiamy ludziom, którzy są wokoło nas? Czy powodem, dla którego tak wielu ludzi opuszcza kościół (w tym również nasz kościół) nie jest obraz Boga jaki im przedstawiamy? Budowanie relacji z Bogiem, który jest przedstawiany jako mściwy i domagający się lojalności pod groźbą zniszczenia jest stresujące i nieskuteczne.

Kolejny niepokojący fragment lekcji głosi, że „Bóg w wyjątkowy sposób zlecił wykonanie części swojego wyroku wybranemu ludowi, starożytnemu Izraelowi.” Takie uzasadnienie jest również dzisiaj wykorzystywane do usprawiedliwiania przemocy. Chociaż autor podkreśla, że decyzje Boga nie były arbitralne ani nacjonalistyczne i że również Izraelici mogli utracić swój uprzywilejowany status, to jednak takie ujęcie nadal przedstawia Boga jako kapryśnego i destrukcyjnego wobec tych, którzy się z Nim nie zgadzają. Jeżeli jako kościół budujmy naszą tożsamość na podkreślaniu odrębności i moralnej wyłączności to znacznie łatwiej jest wyobrazić sobie Boga wojny niż zaznać pokoju w czasie obcowania z Bogiem, który przynosi wszystkim pokój. Aby zaakceptować obraz takiego Boga, trzeba skonfrontować sposób w jaki usprawiedliwiamy teologicznie wykluczenie, izolację i wyższość. Trzeba porzucić komfort dominacji na rzecz radykalnego włączania i akceptacji.

Co by się stało, gdybyśmy zamiast studiować wojnę jako boską konieczność, zaczęli studiować pokój jako boską wyobraźnię. Co by było, gdybyśmy nasze kościoły stały się laboratoriami pojednania, a nie instytucjami strachu – miejscami, w których praktykujemy ciężką, codzienną pracę zaprowadzania pokoju, którą Jezus nazwał błogosławioną? Czy „czynienie pokoju” może oznaczać „oduczenie się” binarności, która nas dzieli i ponowne nauczenie się tego, co znaczy usiąść przy studni z tymi, których odrzuciły nasze tradycje? Jednak taka metoda oznacza, że najpierw musimy nauczyć się słuchać, zanim będziemy się bronić, musimy naprawić zanim będziemy osądzać i wyobrazić sobie, że zbawienie jest komunią.

Być może kolejna wielka reformacja teologiczna musi polegać na ponownym odkryciu Bożej czułości – mocy, która przywraca i buduje, a nie niszczy. Jak mógłby wyglądać Kościół, który studiuje, jak Bóg zaprowadza pokój – a następnie odważył się wspólnie przeżywać tę historię?

DO PRZEMYŚLENIA

Koncepcja Bożej lub „świętej” wojny, w której Bóg upoważnia jedną grupę ludzi, aby unicestwiła inną, rodzi poważne wątpliwości. Głównym celem lekcji w tym tygodniu jest pokazanie, że historię powszechną oraz historię biblijną można prawidłowo zrozumieć jedynie w świetle konfliktu kosmicznego.

Pwt 18:9-14. Czego dowiadujemy się z tego fragmentu na temat zachowania Kananejczyków, gdy Izraelici dotarli do granicy Kanaanu? W jaki sposób Kpł 18:24-30 uzupełnia ten obraz? Co Rdz 15:16 mówi nam na temat Boga?

Rdz 18:25, Psalm 7:11 i 96:10 oraz 2 Tym 4:8. Czego dowiadujemy się z tych fragmentów na temat charakteru Boga? Czy jest jakiś związek pomiędzy ewangelią i 400 letnią historią Kananejczyków?

Wj 23:23, 27-30, Lb 33:52, Pwt 7:5 i 12:2-3. Jaki był ostateczny plan Boga dotyczący usunięcia Kananejczyków z ziemi i dlaczego było to konieczne? Co było potrzebne, aby usunąć Kananejczyków z ziemi bez użycia siły? Joz 2:9-14. Jaką inną opcję mieli Kananejczycy według tego tekstu? Co stało się z tymi, którzy odrzucili tę opcję i stawili opór (Joz 11:19-20)? Co mogłoby być odpowiednikiem kananejskich „obiektów kultu” we współczesnym świecie?

Jaki był cel Boga dla Izraela po wejściu do Kanaanu (Wj 19:5-6; Rdz 12:1-3)? Iz 9:6; 60:17; Oz 2:18; Mi 4:3; Hbr 2:5-9 Jaki jest ostateczny cel Boga dla rodzaju ludzkiego i całego wszechświata?

2 Krl 6:16-23. Jedną z przeszkód w budowaniu pokoju jest wrogość, jaką ludzie żywią z powodu krzywd wyrządzonych w przeszłości. W ST znajduje się historia, która opowiada, w jaki sposób Bóg radzi sobie z tego rodzaju wrogością.

Pomyśl o znaczeniu wolnej woli człowieka. Dlaczego Bóg szanuje naszą wolność wyboru? Jaki jest związek między miłością a wolnością wyboru?

Stary Testament zawiera wiele opowieści o wojnach i konfliktach, ale ostatecznie zapowiada wizję pokoju. W odniesieniu do okolicy, w której mieszkasz, jaką rolę Ty lub jakikolwiek inny chrześcijanin powinien odegrać w budowaniu pokoju w tym środowisku?

Jak mogłoby się zmienić nasze rozumienie Boga jako Sędziego, gdybyśmy postrzegali sąd Boży jako przywrócenie właściwych relacji, a nie karę czy podbój?

Co by było, gdyby historia Kananejczyków została opowiedziana z perspektywy tych, którzy padli ofiarą najazdu Izraela – jak mogłoby to zmienić naszą wiedzę o Bożej sprawiedliwości, cierpliwości i miłości?

W jaki sposób Kościół wykorzystywał narracje o sądzie Bożym do usprawiedliwiania kolonizacji, wykluczenia lub przemocy? Jak możemy oduczyć się tych nawyków i zamiast tego ucieleśniać pokój?

Co oznacza dla wspólnoty wiary „napełnianie kraju pokojem” zamiast „wypędzania innych”? Jak może to kształtować nasze dzisiejsze relacje z ludźmi o różnych wierzeniach i kulturach?

Jeśli ostatecznym celem Boga jest pełnia i harmonia, jakie praktyki mógłby przyjąć Kościół, aby studiować, nauczać i ucieleśniać ten pokój w naszym sąsiedztwie i relacjach?



















Przygotował Jan Pollok

piątek, 24 października 2025

Biblia i Jezus Objawiają Boży Charakter

 Alfred Palla

BIBLIA I JEZUS OBJAWIAJĄ BOŻY CHARAKTER
„Bóg jest miłosierny i litościwy, nierychły do gniewu, a obfity w miłosierdziu i w prawdzie, mający miłosierdzie nad tysiącami, gładzący nieprawość i przestępstwo i grzech” (Wj 34:6-7). On jest „Bogiem łaskawym i miłosiernym, cierpliwym i pełnym łaski” (Jon 4:2), ponieważ ma „upodobanie w łasce” (Mi 7:18).
Bóg złączył nasze serca z samym sobą przez niezliczone dowody miłości objawione na niebie i na ziemi. Objawił się nam przez dzieła przyrody oraz najgłębsze i najczulsze więzi, jakich może doświadczyć człowiek. Jednak one tylko w niedoskonały sposób odzwierciedlają Jego miłość. Pomimo tych wszystkich dowodów ludzie spoglądają na Boga z lękiem, ponieważ wróg tego, co dobre, przyćmił ich umysły. Myślą o Nim jako o istocie surowej i nieprzebaczającej. Szatan spowodował, że ludzie zaczęli postrzegać naturę Boga jako sprawiedliwość, a Jego jako surowego i szorstkiego sędziego. Szatan ukazuje Stworzyciela jako wychwytującego błędy i potknięcia ludzi, tak aby mógł wykonać na nich srogi wyrok. Jezus żył wśród ludzi, aby usunąć ten fałszywy obraz, objawiając nieskończoną miłość Boga.
Syn Boży przyszedł z nieba, aby objawić swojego Ojca. „Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go” (J 1:18). „Nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić” (Mt 11,27). Gdy jeden z Jego uczniów prosił: „Pokaż nam Ojca” (J 14:8), Jezus odpowiedział: „Tak długo jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: Pokaż nam Ojca?” (J 14:9). Opisując swoją misję na ziemi, Jezus powiedział: „Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność” (Łk 4:18). To było Jego dzieło. Chodził czyniąc dobrze i uzdrawiając wszystkich, których gnębił szatan. Były takie wioski, w których nie słyszano żadnego jęku, ponieważ wcześniej Jezus w nich był i uzdrowił wszystkich chorych. Jego praca świadczyła o Jego boskim powołaniu. W każdym Jego czynie widać było miłość, miłosierdzie i współczucie. Z sercem przepełnionym łagodnością i zrozumieniem podchodził do ludzi. Przyjął na siebie ludzką naturę, aby doświadczyć potrzeb człowieka. Najbiedniejsi i najpokorniejsi nie bali się do Niego podejść. Przychodziły do Niego nawet małe dzieci. Uwielbiały wspinać się na Jego kolana i wpatrywać się w Jego zamyśloną twarz promieniującą miłością.
Jezus nigdy nie zataił ani jednego słowa prawdy, ale zawsze wypowiadał je z miłością. Przebywając z ludźmi, był w najwyższym stopniu taktowny i zwracał się do nich z uprzejmością i troskliwością. Nigdy nie był szorstki i nie wypowiadał zbędnie ostrych słów, i nigdy niepotrzebnie nie zadawał bólu wrażliwej osobie. Nie potępiał ludzkiej słabości. Mówił prawdę, ale zawsze z miłością. Demaskował hipokryzję, niewiarę i nikczemność, ale Jego głos załamywał się, gdy wypowiadał słowa ostrej nagany. Płakał nad Jerozolimą, swoim ukochanym miastem, które odrzuciło Go jako drogę, prawdę i życie. Odrzucili Go jako Zbawiciela, lecz On spoglądał na nich ze współczuciem i łagodnością. Jego życie było przykładem wyrzeczenia i uważnej troski o innych, ponieważ każdy człowiek był w Jego oczach cenną istotą. Chociaż cechowała Go boska godność, z największą czułością pochylał się nad każdym członkiem Bożej rodziny. W Jego oczach każdy człowiek był zgubioną duszą, której zbawienie było Jego misją. Właśnie taki charakter Chrystus objawił w swoim życiu i jest to charakter samego Boga. Boże współczucie, mające swoje źródło w sercu Ojca i objawione w Chrystusie, spływa na wszystkich ludzi. Jezus, łagodny i współczujący Zbawiciel, był Bogiem, który „objawił się w ciele” (1 Tm 3,16).
“The Lord, The Lord God, merciful and gracious, long-suffering, and abundant in goodness and truth, keeping mercy for thousands, forgiving iniquity and transgression and sin.” Exodus 34:6, 7. He is “slow to anger, and of great kindness,” “because He delighteth in mercy.” Jonah 4:2; Micah 7:18. God has bound our hearts to Him by unnumbered tokens in heaven and in earth. Through the things of nature, and the deepest and tenderest earthly ties that human hearts can know, He has sought to reveal Himself to us. Yet these but imperfectly represent His love. Though all these evidences have been given, the enemy of good blinded the minds of men, so that they looked upon God with fear; they thought of Him as severe and unforgiving. Satan led men to conceive of God as a being whose chief attribute is stern justice,—one who is a severe judge, a harsh, exacting creditor. He pictured the Creator as a being who is watching with jealous eye to discern the errors and mistakes of men, that He may visit judgments upon them. It was to remove this dark shadow, by revealing to the world the infinite love of God, that Jesus came to live among men. The Son of God came from heaven to make manifest the Father. “No man hath seen God at any time; the only begotten Son, which is in the bosom of the Father, He hath declared Him.” John 1:18. “Neither knoweth any man the Father, save the Son, and he to whomsoever the Son will reveal Him.” Matthew 11:27. When one of the disciples made the request, “Show us the Father,” Jesus answered, “Have I been so long time with you, and yet hast thou not known Me, Philip? He that hath seen Me hath seen the Father; and how sayest thou then, Show us the Father?” John 14:8, 9. In describing His earthly mission, Jesus said, The Lord “hath anointed Me to preach the gospel to the poor; He hath sent Me to heal the brokenhearted, to preach deliverance to the captives, and recovering of sight to the blind, to set at liberty them that are bruised.” Luke 4:18. This was His work. He went about doing good and healing all that were oppressed by Satan. There were whole villages where there was not a moan of sickness in any house, for He had passed through them and healed all their sick. His work gave evidence of His divine anointing. Love, mercy, and compassion were revealed in every act of His life; His heart went out in tender sympathy to the children of men. He took man’s nature, that He might reach man’s wants. The poorest and humblest were not afraid to approach Him. Even little children were attracted to Him. They loved to climb upon His knees and gaze into the pensive face, benignant with love. Jesus did not suppress one word of truth, but He uttered it always in love. He exercised the greatest tact and thoughtful, kind attention in His relationships with the people. He was never rude, never needlessly spoke a severe word, never gave needless pain to a sensitive soul. He did not censure human weakness. He spoke the truth, but always in love. He denounced hypocrisy, unbelief, and iniquity; but tears were in His voice as He uttered His scathing rebukes. He wept over Jerusalem, the city He loved, which refused to receive Him, the way, the truth, and the life. They had rejected Him, the Savior, but He regarded them with pitying tenderness. His life was one of self-denial and thoughtful care for others. Every soul was precious in His eyes. While He ever bore Himself with divine dignity, He bowed with the tenderest regard to every member of the family of God. In all men He saw fallen souls whom it was His mission to save. Such is the character of Christ as revealed in His life. This is the character of God. It is from the Father’s heart that the streams of divine compassion, manifest in Christ, flow out to the children of men. Jesus, the tender, pitying Savior, was God “manifest in the flesh.” 1 Timothy 3:16.